Teisseyrowie. Linia lwowsko-wrocławska
Poprzedni Następny

 

W historii rodzinnej przewijają się pozornie przeciwstawne cechy: barwny rozmach 
oraz skwapliwe umiarkowanie. W istocie dopełniają się i warunkują wzajemnie,
 czyniąc wytężoną pracę kolejnych pokoleń owocną i radosną.

Linia lwowsko-wrocławska

Magdalena Bajer

Okolice Lascaux, i to już od średniego paleolitu, były prawdziwą Ziemią Obiecaną, nie tyle płynącą mlekiem i miodem, ile gorącą krwią zwierząt. Tak jak później miasta powstawały na przecięciu dróg handlowych, w epoce kamiennej osady ludzkie skupiały się na szlakach czworonogów. Co wiosnę stada reniferów, dzikich koni, krów, byków, bizonów i nosorożców szły przez te ziemie ku zielonym pastwiskom Owernii. Tajemnicza regularność i błogosławiony brak pamięci zwierząt, które co roku podążały tą samą drogą ku pewnej masakrze, były dla człowieka paleolitycznego takim samym cudem, jak dla starożytnych Egipcjan wylewy Nilu. Ze ścian groty Lascaux odczytać można potężną suplikację, aby ten porządek świata trwał wiecznie.

Zbigniew Herbert, 
Barbarzyńca w ogrodzie

Fot. Stefan Ciechan

Urywek książki poety zamajaczył mi w pamięci na samym początku spotkania u prof. Mieczysława Teisseyre’a – z udziałem jego stryjecznego brata Jerzego i jego syna Ryszarda – choć odbywało się setki mil od południa Francji i północy Hiszpanii, w mieście, które należało do Czechów, Niemców i Polaków – we Wrocławiu. Dlatego może, że na samym początku rozmowy dowiedziałam się, iż najpewniej właśnie z południowej Francji wywodzi się rodzina, a w Polsce znalazła się wtedy, gdy „porządek świata” po raz kolejny od czasów paleolitu odmienił się krwawo. A poza tym jest w tej rodzinie, głównie przyrodniczo-inżynierskiej, także postać profesora Akademii Sztuk Pięknych w Sopocie, potem w Poznaniu – Stanisława, który umiłowawszy szczególnie ziemię rodzinną dalekich przodków, w południowej Francji gorliwie szukał ich śladów.

W SZKOŁACH

Najdawniejszy znany z imienia przodek Ludwik de Teisseyre był oficerem gwardii Ludwika XVI. W czasie rewolucji podzielił los rojalistów – zginął na szafocie. Potomkom została po nim biała opaska z haftowanymi złotem słowami: Fidelit? constance de Dieu et le Roi. Wdowa z czteroletnim synem Ludwikiem Stanisławem znalazła się w Krakowie prawdopodobnie już w roku 1794. Chłopiec ukończył szkoły i został magistrem zajmując się nauczaniem francuskiego. Ożenił się z Czeszką, córką dyrygenta, popełniając oczywisty mezalians. Ośmioro jego dzieci to już Polacy – usłyszałam od praprawnuków potwierdzenie występującej przez kilka stuleci prawidłowości rychłego polonizowania się i manifestowania polskiego patriotyzmu w rodzinach cudzoziemskich przybyszów.

Od Ludwika Stanisława, jeszcze Francuza, zaczyna się inteligencka tradycja rodu Teisseyrów. Umocnił ją wyraźnie Henryk, pradziad moich wrocławskich gospodarzy. Pierwszą jego żoną była Julia de Belina, Węgierka, od niej to pochodzi linia lwowska, później przeniesiona nad Odrę. Drugie małżeństwo Henryka, z Marceliną Grabowską, dało początek linii gdyńskiej, przybyłej tam ze Lwowa przed drugą wojną światową, zapisanej postacią Olgierda, profesora Wyższej Szkoły Morskiej.

Sam Henryk Teisseyre miał wyższe wykształcenie, był inżynierem kolejowym o „inklinacjach takich troszkę badawczych”, jak powiada prawnuk Mieczysław, autor drzewa genealogicznego, przygotowanego po starannych kwerendach w zasobach archiwaliów i pamiątek. Twierdził on, że najważniejszą zasługą pradziada dla potomnych jest zapewnienie wykształcenia dzieciom. Nie wszystkie robiły karierę akademicką – tak jest aż po dzisiejsze pokolenie – wszystkie jednak kończyły rozmaite szkoły, upatrując w tym najbardziej naturalny, oczywisty początek życiowej drogi.

MOCNY FILAR

Tak określają wnukowie Karola Wawrzyńca de Teisseyre (owego „de” nie zawsze Teisseyrowie używają, Henryk stanowczo zeń zrezygnował), który był w rodzinie pierwszym uczonym. Studia w zakresie geologii oraz paleontologii kończył w Wiedniu. Później prowadził badania w Karpatach, uwieńczone odkryciem złóż naftowych w Rumunii, na terenach Rosji i tych, które po odzyskaniu niepodległości znalazły się w granicach Polski. Przez 15 lat kierował rumuńskim instytutem geologicznym, później był wicedyrektorem Instytutu Geologicznego w Warszawie. Wiele międzynarodowych organizacji naukowych nadało mu członkostwo i rozmaite odznaczenia.
Pan Jerzy przechowuje spis ok. 100 prac dziadka (widział go raz w życiu) ogłoszonych w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku. Późniejsze spisała kuzynka mieszkająca w Warszawie. Wawrzyniec Teisseyre był wiele lat profesorem Politechniki Lwowskiej, a po przejściu na emeryturę – profesorem honorowym. Wnuk, profesor Mieczysław, przekonał się, że pamięć o dziadku w tej uczelni trwa.

Spośród pięciu synów Wawrzyńca, czterej – poza ojcem mojego gospodarza, który był prawnikiem i pracował w przemyśle – obrali karierę naukową. Ojciec drugiego rozmówcy, Jerzego, został, jak wielu jego krewnych, inżynierem. Wykładał budowę płatowców. Po wybuchu wojny przedostał się do Francji – odbywając drogę odwrotną to tej, jaką przebył jego przodek – wstąpił do formującego się tam polskiego wojska, po czym znalazł się w Wielkiej Brytanii. Tam spotkała go oferta rządu tureckiego dla polskich specjalistów, którzy mogliby rozwijać przemysł lotniczy w Turcji. Pojechał i w Turcji opracował ok. 20 prototypów samolotów, produkowanych potem seryjnie.

Powojenne władze polskie nie zgodziły się na wyjazd rodziny do Anglii, wobec tego ojciec pana Jerzego wrócił i zorganizował Wydział Lotniczy w Politechnice Wrocławskiej. Wydział z czasem przeniesiono do stolicy, ale Jerzy Teisseyre senior pozostał wierny Wrocławowi.

Kiedy byłam w domu pana Mieczysława, żył jeszcze jego ojciec, prof. Andrzej Teisseyre, specjalista od konstrukcji silników spalinowych, który przewalczywszy wojnę – ciężko ranny w Powstaniu Warszawskim – osiadł we Wrocławiu, prowadząc badania i wykładając w politechnice. Z jego skryptów wciąż uczą się studenci.
Trzej synowie Andrzeja nie są uczonymi, ale wszyscy ukończyli studia. Żyją daleko od Polski i od ojczyzny przodów – w Sydney.

Podczas rozmowy z panami Teisseyrami powracało mi kilkakroć określenie ich dziada jako „mocnego filaru” naukowej tradycji w rodzinie. Wyrosła od jego czasów cała budowla rozmaitych osiągnięć, pionierskich przedsięwzięć, wykształconych uczniów – to ostatnie dzisiejsi Teisseyrowie uważają za szczególnie cenne („belfrów ciągle jest dużo”). Myślę, że poczucie zobowiązania wobec tego, który był pierwszym filarem, wobec następnych, którzy wznosili budowlę, jest ciągle mocnym spoiwem.

KOLEJNE PIĘTRO

W pokoleniu dziś bliskim już emerytury wszyscy odebrali wyższe wykształcenie, wielu poszło drogą naukową. Za najwybitniejszą postać moi rozmówcy uważają zgodnie brata pana Mieczysława, prof. Romana Teisseyre’a, należącego do warszawskiej linii rodu. Siostra również mieszka w Warszawie i również jest naukowcem. Oboje zajmują się geofizyką (odezwała się echem tradycja pradziada Wawrzyńca).

Mieczysław dziedziczy techniczny wątek, będąc z wykształcenia inżynierem mechanikiem z dodatkiem: energetyk. Zajmuje się aparaturą służącą ochronie powietrza atmosferycznego, czyli „ochroną środowiska, ale w sensie inżynierskim”. Jeszcze przed ukończeniem studiów w Politechnice Wrocławskiej został asystentem wolontariuszem w Katedrze Pomiarów Maszynowych i z tym miejscem, które z czasem przekształciło się w instytut jest związany do dzisiaj. W latach 60., kiedy bronił doktoratu z zakresu zagadnień gazów zapylonych, słowa „ekologia” dopiero zaczynano używać. Politechnika Wrocławska i prof. Mieczysław Teisseyre mają tu prekursorskie zasługi. Opracował szereg urządzeń do kontrolowania emisji gazów zapylonych. Podkreśla, że zawsze był „ukierunkowany na praktykę”, dotychczas blisko współpracuje z przemysłem, znajdując w tym najwięcej satysfakcji.

Jerzy Teisseyre junior nie robił kariery akademickiej. Ma naturalnie wyższe wykształcenie i silne poczucie przynależności do warstwy inteligenckiej, z jej wszelkimi, czasem kwestionowanymi zadaniami, z całym bagażem społecznych zobowiązań stąd wynikających. Pan Jerzy przyczynia się znacznie do gromadzenia rodzinnych pamiątek, aby nie zatraciły się wzory wypracowane w poprzednich pokoleniach, tak potrzebne pokoleniu obecnemu, jakkolwiek nie zawsze wiernie naśladowane.

Najmłodszy mój rozmówca, Ryszard, syn gospodarza, jest fizykiem z wieloletnim stażem w Polskiej Akademii Nauk. Teraz prowadzi firmę budowlaną, nie uważając tego za sprzeniewierzenie się tradycji. Powrócił do dawnej wersji nazwiska de Teisseyre, uzasadniając to zobowiązaniem, jakie wynika ze szlacheckiego pochodzenia.

UCZENIE, BADANIE, PODRÓŻE, SPORT...

Co we własnych dziejach uważają za istotne, najcenniejsze, o co chcieliby się troszczyć zawsze? Służbą społeczną w tej rodzinie było od kilku pokoleń nauczanie innych, choć pewnie nikt tego służbą nie nazywał. Do cnót najbardziej cenionych należały „pilne kształcenie się” i patriotyzm. W długiej rozmowie tylko jednozdaniowe wzmianki zaświadczały tę ostatnią. Dopiero przy końcu dowiedziałam się, że ojcowie Mieczysława oraz Jerzego byli Orlętami, podobnie jak ich dalsi krewni, że wszyscy bez wyjątku „warszawscy Teisseyrowie” walczyli w powstaniu. W domach rodzinnych nie rozmawiano o tym wiele, jak nie poświęca się czasu temu, co oczywiste ani tym, co po prostu spełniają obowiązek.

Rozmawiało się zawsze i rozmawia o podróżach, które wszyscy umiłowali i odbywają wedle możliwości. Także o sporcie wymienionym jako znacząca cecha rodziny. Stryjowie Andrzej i Stanisław, wspomniany profesor sztuk pięknych, byli zawodnikami narciarskimi, Andrzej nawet wicemistrzem Polski w kombinacji norweskiej i uczestnikiem FIS w Zakopanem.

W młodszym pokoleniu zamiłowania podzieliły się między narty, góry i żeglarstwo, namiętnie uprawiane przez Mieczysława i jego żonę. Najmłodszy uczestnik spotkania, zżyty od dziecka z rowerem, podczas wakacji objeżdża nim Polskę, myśląc o zagranicznych wojażach tym sposobem.

Nigdy nie było w rodzinie biznesu. Zauważył to aktualny przedsiębiorca, który swojej działalności mianem biznesu nie opatruje, choć można by ją tak określić. Zatrzymaliśmy się chwilę wszyscy przy tej konstatacji. Ojciec i stryj Ryszarda przypominali sobie, jak to fortuna nie bywała dłużej przy Teisseyrach. Dziad Wawrzyniec zrobił pieniądze na rumuńskiej nafcie, ale przeniósłszy się z żoną do Grazu rychło je stracił podczas pierwszej wielkiej wojny. – Zarabiać umiemy, robić pieniądze, nie – konkluduje pan Jerzy, podkreślając, że umieją też pieniądze wydawać – z pożytkiem i zadowoleniem.

W całej historii rodzinnej przewijają się pozornie przeciwstawne cechy: barwny rozmach oraz skwapliwe umiarkowanie. W istocie dopełniają się i warunkują wzajemnie, czyniąc wytężoną pracę kolejnych pokoleń – tę belferską, naukową i tę w przemyśle – owocną i radosną.

Obecność czy nieobecność dziedzicznego „de” w podpisach zdaje się nie wpływać na poglądy, zawsze demokratyczne, nigdy skrajne, z zawsze żywą świadomością, że rodzinne dziedzictwo szlacheckie, potem inteligenckie, trzeba pomnażać. Do tego dziedzictwa należy przede wszystkim nauka. – Jest to chyba nam przypisane – słyszę – to najlepiej umiemy robić. I jeszcze, na sam koniec: że warto się starać o to, żeby poczucie oczywistości postaw, zachowań, odruchów, które tylekroć przynosiły dobro, rozszerzało się.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie I Polskiego Radia SA w czerwcu 1998 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej. 

Warszawską linię Teisseyrów przedstawimy w następnym numerze.

Uwagi.