|
|
|
Na spotkaniach osób zainteresowanych upowszechnianiem nauki Grzegorz Filip
Czytelnicy działów naukowych w polskich gazetach codziennych zyskują przekonanie, że w kraju nic się nie dzieje, że naukę robi się gdzie indziej. Na łamach naszych dzienników króluje przecież Krzemowa Dolina, NASA, „Science”, „Nature”. I bardzo dobrze, bo trzeba wiedzieć, co się tam dzieje, jednak nie można zapominać o własnym podwórku. Osiągnięcia polskiej nauki i techniki należy także upowszechniać – zgadzali się uczestnicy poświęconej tym problemom konferencji, którą w listopadzie ub. roku zorganizowało Centrum Upowszechniania Nauki PAN. Skoro nie gazety, to może radio i telewizja? Wolne żarty! – Nas obowiązuje limit 5 proc. oglądalności – mówiła Ewa Chrabąszcz-Smoczyńska, redaktor programujący audycje edukacyjne. Jeśli program nie ma takiej widowni, spada z ramówki. A ponieważ audycje popularnonaukowe, z wyjątkiem może niedzielnego programu Proton (takich programów powinno być zresztą w publicznej TV dziesięć, a nie jeden), nadawane są w porach, gdy nikt prawie nie ogląda telewizji, czyli przed południem w dni powszednie, nie mają one szansy zebrać przed ekranem owych magicznych 5 procent. Kółko się zamyka. Okazuje się, że TVP produkuje jednak dobre programy popularnonaukowe. Można je czasem obejrzeć na antenie telewizji regionalnych, gdzie emitowane są w dogodniejszym dla normalnego widza czasie. Radio, szczególnie program I PR i Polskie Radio BIS, robi znacznie więcej dla upowszechniania nauki i techniki. Mówił o tym na konferencji Krzysztof Michalski, dziennikarz naukowy, autor wspomnianego programu Proton, upominając się o częstotliwość dla nowego radiowego kanału edukacyjnego. Radio ma jednak mniejsze możliwości oddziaływania na młodzież, która dziś używa tego medium jedynie do słuchania muzyki. Gdy nastolatek słyszy z radia mowę, z reguły zmienia falę. Kultura słuchania, wpajana niegdyś m.in. za pomocą metody głośnej lektury, odchodzi wraz z najstarszym pokoleniem. Nie wróży to dobrze przekazowi radiowemu. CZAS SZARLATANÓWZnacznie lepsze efekty niż nauka ma w upowszechnianiu swych „osiągnięć” pseudonauka. Mówił o tym prof. Andrzej Trzebski, który uważa, że pseudonauka rozrasta się wraz z rozwojem nauki i cywilizacji. Astrologia, której pełno w gazetach i telewizji, radiestezja, piramidki szczęścia, numerologia, przepowiednie, w których zapisano losy świata – nie są jeszcze takie groźne. Gorzej jest z paramedycyną, której poświęcone było wystąpienie prof. Trzebskiego. Ta ostatnia daje bowiem ludziom nieuzasadnione nadzieje, odwodzi niektórych od stosowania normalnego leczenia i prowadzi często do tragedii. Paramedycyna udaje przy tym prawdziwą naukę. Wychodzi z założenia, że normalna medycyna leczy chorobę, nie pacjenta, co często jest rzeczywiście prawdą, i z tych przesłanek wyciąga wniosek, iż potrzebne jest nowe podejście. Tu pojawiają się teorie, których nie zweryfikowała dotąd nauka, będące najczęściej szarlatanerią. Paramedycy epatują swoich klientów komputerami, filozofiami Wschodu, tajemniczością i egzotyką, irracjonalizmem – słowem, wszystkim, co się da, by osiągnąć efekt. Mieszają ze sobą różne metody albo rozciągają na wszystkie choroby metody skuteczne tylko w niektórych schorzeniach (np. magnetoterapię stosowaną przez lekarzy w ortopedii, reklamuje się jako panaceum). Naukowość praktyk pseudomedycznych budowana jest na przykład poprzez zakładanie stowarzyszeń. Wydają one swoje czasopisma, mają rady naukowe, w których zasiadają utytułowane osoby. Homeopatia, będąca „metodą leczenia” za pomocą granulek składających się z cukru i wody, to ogromny przemysł, który zarabia na ludzkiej naiwności. Mylona bywa ona często z ziołolecznictwem, najzupełniej uprawnionym i skutecznym sposobem leczenia niektórych chorób. Rewelacje pseudonaukowców były wielokrotnie poddawane testom naukowym i nigdy nie udało się w tych badaniach potwierdzić ich prawdziwości. Skrupulatnie badano założenia teoretyczne homeopatii, by wykazać w rezultacie ich fałszywość. – Homeopatia została w ubiegłym roku nominowana do Anty-Nobla, „wyróżnienia” przyznawanego przez Uniwersytet Harvarda dla najgłupszej i najbardziej absurdalnej teorii strojącej się w piórka nauki – przypomina prof. Trzebski. Badano irydologię, telepatię, telekinezę, psychokinezę, jasnowidzenie – zawsze z wynikiem negatywnym. Informacje te jakoś nie przebijają się do mediów, które wolą epatować odbiorcę irracjonalizmem. A przecież audycja popularnonaukowa, w której dyskwalifikowano by i kompromitowano pseudonaukowe teorie i metody leczenia, miałaby kolosalną popularność. Czasopisma niekiedy zajmują się jednak dezawuowaniem pseudonauki. Na przykład ostatni numer „Frondy” podaje obszerny zestaw nieprawdopodobnych wprost bredni pseudonaukowych, popularnych w Stanach Zjednoczonych. DZIENNIKARZE I UCZENISpotkania na temat popularyzacji nauki pełne są zazwyczaj wzajemnych pretensji. Uczeni mają za złe mediom i dziennikarzom, że nie zajmują się upowszechnianiem wiedzy naukowej. Dziennikarze mają pretensje do uczonych, że ci unikają współpracy z mediami, a gdy już dadzą się namówić, bywają nieprzekonujący i „niemedialni”. Uczeni wolą uciekać w teoretyzowanie na temat strategii upowszechniania nauki, tworzyć programy popularyzacji wiedzy, powoływać komitety. Na szczęście są i tacy, którzy przechodzą do praktyki. Na warszawskim spotkaniu gościli: prof. Magdalena Fikus, organizatorka Festiwalu Nauki i Kawiarni Naukowej w Warszawie, prof. Aleksandra Kubicz, organizatorka Festiwalu Nauki we Wrocławiu i prof. Andrzej Maziewski, organizator podobnej imprezy w Białymstoku. Magdalena Fikus uważa, że w obliczu kryzysu zaufania między publicznością a nauką, ważny jest bezpośredni kontakt. Festiwal daje radość dzięki obcowaniu. – My widzimy sens naszej pracy, oni, że robimy coś sensownego – mówi. Na co dzień do społeczeństwa powinni jednak mówić dziennikarze, nie naukowcy. Ci zaś winni za to podwyższać autorytet dziennikarstwa naukowego. Prof. Kubiczowa podkreślała przy tym istotną rolę integracyjną festiwalu w stosunku do poszczególnych wydziałów uczelni, a także integrację uczelni ze środowiskiem zewnętrznym. Wrocławski festiwal, inaczej niż w Warszawie, jest imprezą miejską, świętem całej nauki wrocławskiej. Duży udział biorą w nim środowiska pozaakademickie: Opera, Ossolineum, muzea. Warszawskie kręgi naukowe, zainteresowane popularyzacją wiedzy, coraz częściej wyrażają chęć założenia w stolicy Domu Nauki, swoistego eksploratorium, które byłoby permanentnym festiwalem nauki. Mówi się o fabryce Norblina lub elektrociepłowni na Powiślu jako możliwych miejscach lokalizacji. Postulat podjęcia prac nad powstaniem eksploratorium przedstawił na konferencji dyrektor Polskiej Fundacji Upowszechniania Nauki prof. Wojciech Wiśniewski. Niestety, nie wiadomo, skąd wziąć na to pieniądze. – Muzea i eksploratoria są znacznie droższe niż programy w telewizji – przypomniał Jan Krzysztof Frąckowiak. DOBRY SERWISNiezwykle ważny pomysł, przy tym niedrogi w realizacji, zaproponował Andrzej Gorzym, redaktor naczelny „Wiedzy i Życia”. Chodzi o stworzenie w Polsce dobrego serwisu internetowego informującego o osiągnięciach naukowych. Mógłby on działać pod egidą PAN lub KBN. Najwyższy czas na decyzje w tej sprawie. Taki serwis powinien już u nas istnieć od dawna. Trudno będzie jednak, jak sądzę, znaleźć osoby, które dobrze by go przygotowały. Istnieje np. biuletyn „Nauka. Informacja sygnalna”, który jest przykładem złego upowszechniania nowości w polskich badaniach. Przeznaczony, jak piszą autorzy, dla parlamentarzystów, władz centralnych i wojewódzkich, kręgów gospodarki i biznesu, prasy, radia i telewizji, a także kierowany do środowisk naukowych, operuje często językiem niezrozumiałym, a zamieszczone w nim noty nie dają wyobrażenia o charakterze prowadzonych badań. Jeśli serwis internetowy miałby być redagowany w podobny sposób, szkoda na to czasu i pieniędzy. Druga istotna uwaga Andrzeja Gorzyma dotyczyła polityki informacyjnej instytucji naukowych. Nie mają one aktywnych rzeczników prasowych, którzy sami przebijaliby się do mediów, a pytani przez dziennikarzy potrafili powiedzieć, co się dzieje w ich instytucjach. Popularyzacją nauki zajmują się u nas amatorzy (w obu znaczeniach tego słowa, a więc zarówno miłośnicy, jak i nieprofesjonaliści). Dziennikarz naukowy powinien być obeznany zarówno z dziennikarstwem, jak i z nauką. Na brak kształcenia popularyzatorów, brak działań w kierunku doskonalenia ich warsztatu zwracali uwagę Krzysztof Michalski i Witold Błachowicz, redaktor naczelny miesięcznika „Nauka i Przyszłość”. Padła propozycja utworzenia letniej szkoły dziennikarzy naukowych, którzy powinni stać się partnerami dla uczonych. Jak dotąd, prowadzone są zajęcia z popularyzacji nauki w szkole dziennikarskiej w KUL. Istnieją także studia podyplomowe w tej specjalności w Instytucie Badań Literackich PAN. NAUKA I KULTURAPół wieku temu ustawiono w środku Warszawy Pałac Kultury i Nauki. I tak zostało do dziś: kultura i nauka, niby razem, ale osobno. Człowiek kulturalny może być śmiało ignorantem w sprawach nauki. Jeśli skończył wydział nauk humanistycznych czy społecznych, mógł nie mieć szansy zetknięcia się z dyscyplinami przyrodniczymi i techniką. A przecież nauka jest integralną częścią kultury. Stwierdzenie to nie może być przy tym uważane za odkrycie naszych czasów. Zauważono to już dość dawno, bo od dawna twórczość naukowa partycypowała w dziele budowy gmachu kultury. Dziś jednak nauka staje się coraz ważniejszym i coraz obszerniejszym elementem przestrzeni kultury. Osiągnięcia nauki, jak i jej niepowodzenia, mają też w naszych czasach zasadniczy wpływ na życie społeczne i los człowieka na Ziemi. Decydują o naszym istnieniu. Nowa sytuacja znajduje odzwierciedlenie w zainteresowaniach wykształconej części społeczeństwa. Człowiek kulturalny czyta dziś nie tylko Szekspira, Dostojewskiego czy Manna, lecz także Hawkinga, Cricka i Penrose’a. Nie wypada dziś być zupełnym ignorantem w dziedzinie fizyki, biologii czy techniki, tak jak do niedawna nie wypadało być ignorantem w dziedzinie literatury, sztuki i historii. Sytuacja ta wpływa z wolna na zmianę sposobu myślenia o kulturze. Obecnie kultura to nie tylko, i nie tyle, sztuka, teatr, literatura piękna i muzyka. Kultura nie może dziś funkcjonować w oderwaniu od nauki, musi się w jakiś sposób wobec niej określić. Zaakceptować i wejść z nią w dialog lub też odrzucić ją. Drugi człon tej alternatywy znajdujemy w ideologii prądów kulturowych nowego irracjonalizmu, New Age, które próbują tworzyć cywilizację opartą na antynauce. Mnie bliższa jest postawa pierwsza, postawa integracji nauki i kultury, upowszechniania kultury wraz z nauką, jako jednym z jej najważniejszych elementów. |
|
|