|
|
|
Świat kręci się wokół pieniędzy. Tak twierdzą cynicy, politycy i, rzecz jasna, Paweł Misiak Ostatnimi czasy coraz częściej w mediach Internet łączy się z ekonomią. Dlaczego? Bo w związku z siecią zaangażowane są coraz większe pieniądze. Dlatego wywołuje ona coraz żywsze zainteresowanie zarówno biznesmenów, jak i szarych konsumentów. Na światowych giełdach akcje firm internetowych stale idą w górę. Obserwatorzy mówią wprawdzie o „kolosie na glinianych nogach”, ale wciąż nowi amatorzy łatwego zysku inwestują w dostawców wirtualności. Ci zaś to już nie zapaleńcy, pochłonięci ideą taniej komunikacji bez granic, lecz rynkowi gracze, potrafiący dobrze liczyć pieniądze. Ich cel jest prosty – zarobić jak najwięcej, korzystając z rosnącej popularności globalnej sieci. FantasmagorieW Internecie, jak przez lupę, możemy obserwować rozmaite procesy odpowiadające temu, co dzieje się w świecie rzeczywistym. Z jednej strony, Internet jest wytworem prawdziwych ludzi. Jego działanie ma podstawy materialne w postaci komputerów i sieci teletransmisyjnych. Te zaś powstały dzięki wysiłkowi wielu naukowców, inżynierów, wynalazców. Z drugiej strony, w sieci istnieje fantomowy – jak go określa Stanisław Lem – świat zamieszkiwany przez informacyjne fantomy. Cokolwiek w tym świecie jest, istnieje wyłącznie w postaci informacji o tym, że jest i jakie jest. Tutaj „istnieć” znaczy być jakoś opisanym przez ciągi bitów. Opisanie to jest fragmentaryczne, jak nieliczne kawałki mozaiki, z których pełnego obrazu czasem trudno się nawet domyślić. Fantomy zaludniające cyberkosmos nie istnieją samoistnie. Są zależne od ludzi, którzy powołali je do życia. Noszą więc cechy ludzkie, choć niekoniecznie odpowiadają dokładnie określonej osobie. Każdy z użytkowników Internetu może przecież powołać do życia wiele postaci, różniących się nie tylko od swego „stwórcy”, lecz i między sobą. Może być też odwrotnie – kilka rzeczywistych osób tworzy i „ożywia” jednego cyberkosmitę. Można sobie wyobrazić również przypadki mieszane. Mieszkańcy cyberkosmosu jawią się głównie poprzez swoje wypowiedzi i działania w obrębie informacji krążącej w sieci. Życiową aktywność przejawiają w poczcie elektronicznej, grupach dyskusyjnych albo na stronach www. Jedni dążą do jak najszerszego rozgłosu, inni stanowią milczącą większość. Ogólnie, im większą wykazują aktywność, tym bardziej – w sensie internetowym – istnieją. Trochę to jak z pisaniem powieści, gdy autor wymyśla postacie, relacje między nimi i inne elementy przedstawianej rzeczywistości. Różnica między bohaterami literackimi a mieszkańcami internetowego świata polega na tym, że ci pierwsi opisani są zwykle bardziej całościowo i „ustawieni” raz na zawsze w określonych sytuacjach. cyberkosmici natomiast są – jak już wspomniano – fragmentaryczni i żyją w czasie, działają, wchodzą ze sobą w relacje, rodzą się, zmieniają, także giną. Ludzie ludziomZa działaniami internetowych fantomów stoją żywi ludzie. Pamiętają o tym przedstawiciele komercji. Do ludzi „ożywiających” fantomy adresowane są wysiłki w sferze reklamy i marketingu. Finansowanie przez komercję (pośrednie lub bezpośrednie) rozwoju Internetu, czy to bazy fizycznej, czy usług, ma na celu stworzenie nowego pola działań gospodarczych, głównie handlowych. Internet narodził się podobno w środowisku wojskowym, choć są tacy, co twierdzą, że w uczelni. Jakkolwiek było naprawdę, najbardziej istotne, że finansowany był z funduszy publicznych, czyli z pieniędzy podatników (amerykańskich). Początkowo rozprzestrzeniał się przede wszystkim w środowisku akademickim i był traktowany jak jeszcze jedna zabawka naukowców. Z pewnością tańsza niż gigantyczne akceleratory cząstek elementarnych czy wyprawy kosmiczne. A co być może najważniejsze, Internet dawało się rozwijać małymi krokami i niewielkimi środkami. Nie do przecenienia jest wkład wielu zapaleńców, budujących sieć „w czynie społecznym”. Ostatnie zdania niech zilustruje mała dygresja. Na przełomie lat 80. i 90. idea globalnej pajęczyny nie była jeszcze w naszym kraju specjalnie chwytliwa. Przynajmniej w tym sensie, że nie dawało się łatwo zdobyć funduszy na jej rozwój. Dlatego żądni dostępu do sieci naukowcy – chemicy, inżynierowie, fizycy – własnymi rękami układali kable, uczyli się po nocach zasad działania i obsługi komunikacji internetowej oraz nachodzili uczelniane władze, żebrząc o pieniądze na najpotrzebniejsze wyposażenie sieciowe. Dzięki temu sieć rozwijała się, mimo że nie było „zaprogramowanych” na nią funduszy. Nadszedł jednak czas, gdy sieć zaczęła być postrzegana jako nowe medium komunikacyjne. Media klasyczne – prasa, radio, telewizja – już się poniekąd „zgrały”, wyczerpały swoje możliwości oddziaływania na konsumentów. A tu pojawił się Internet otwierający nowe perspektywy. Wizjonerzy dość wcześnie dostrzegli, jak wiele korzyści może przynieść medium z natury swojej interaktywne. Globalna sieć zyskała znaczenie komercyjne. Krótko mówiąc, dostrzeżono w Internecie nowe narzędzie robienia biznesu. Kup pan...W rozwoju globalnej pajęczyny teleinformatycznej zaczęły więc partycypować podmioty gospodarcze. Jak grzyby po deszczu wyrastały (i nadal wyrastają) firmy zajmujące się budowaniem sieci, produkujące urządzenia teletransmisyjne, świadczące wszelkie usługi związane z podłączaniem użytkowników, oferujące rozmaite działania w rozrastającym się wirtualnym świecie. Całość jest oparta na nowoczesnej technice i technologii, których rozwój wymaga sporych pieniędzy. Większość pomysłów i wynalazków dotyczących komunikacji sieciowej powstaje dziś w laboratoriach przemysłowych albo w uczelniach, lecz za pieniądze firm. Niemal co tydzień dowiadujemy się o nowych, ciekawych rozwiązaniach usprawniających internetową wymianę informacji. Rozwój techniki teleinformatycznej w ciągu ostatnich paru lat jest wręcz niewiarygodny. Internet zaczął służyć do zarabiania pieniędzy. Najbardziej banalne przykłady to budowanie infrastruktury fizycznej, czyli sieci teleinformatycznych, oraz działalność prowajderska, czyli sprzedawanie dostępu i usług internetowych. Na nieco innym poziomie lokuje się sprzedaż towarów i usług za pośrednictwem sieci, czyli modny ostatnio e-handel. Jeszcze wyżej (w odniesieniu do poziomu infrastruktury technicznej) stoi świadczenie usług w zakresie obsługi biznesu w Internecie. W tym względzie cyberkosmos daje całkiem nowe możliwości. We wszystkim jednak chodzi o to, żeby nakłonić internautę do wydania prawdziwych pieniędzy. Cóż takiego ma Internet, czego nie dają inne media? Przede wszystkim interaktywność. Korzystanie z sieci nie jest czynnością bierną, jak słuchanie radia czy oglądanie telewizji. W pewnym sensie jest podobne do czytania gazet – nie narzuca użytkownikowi tempa, pozwala wybrać dowolną ścieżkę wśród elementów pokazywanego materiału. Internauta może jednak bez większego wysiłku zareagować na różne zdarzenia. Z kolei „wystawiający” się w sieci może automatycznie rozpoznawać jego upodobania. Tylko tyMetody marketingu prowadzonego przez media klasyczne związane są z podziałem masy potencjalnych klientów na duże grupy o określonych potrzebach i preferencjach. Wynika to z masowego i jednostronnego charakteru przekazu tych mediów. Wszelako badania wskazują, że znacznie skuteczniejsza jest reklama ukierunkowana indywidualnie. W praktyce przekłada się to na promocję opartą na bazach danych osobowych, które w ten sposób stały się bardzo cennym towarem. Standardowe metody to tzw. junk mail, czyli ulotki adresowane imiennie, telefony od rozmaitych agentów (u nas najbardziej namolni są agenci ubezpieczeniowi), osobista akwizycja itp. Internet z jego specyficzną technologią www stał się doskonałym polem dla zindywidualizowanej promocji. Serwery pokazujące witryny internetowe zbierają informacje o upodobaniach wirtualnych wędrowców nawet bez ich wiedzy. Niektóre zostawiają przeglądarce „ciasteczka”, które przy następnych odwiedzinach od razu zidentyfikują gościa. Korzystając z danych osobowych z uwzględnieniem preferencji i nowoczesnych technologii przetwarzania informacji można niemal doskonale zaprojektować działania marketingowe „pod” określonego cyberkosmitę. Ów ma wrażenie, że jest obsługiwany całkiem indywidualnie, jak to drzewiej bywało, gdy klient miał w sklepie do dyspozycji nadskakującego i kompetentnego subiekta. Tyle że współczesny internetowy subiekt to tylko inteligentny program, zręcznie operujący pozyskanymi danymi. W całej tej „zabawie” chodzi zaś o to, żeby jeszcze więcej sprzedać. Money, money, moneyBanki również zauważyły korzyści płynące z bliskiego kontaktu z klientem poprzez łącza sieciowe. Powstała cała dziedzina usług zwanych home banking czy bankowością internetową. Stoi za tym myśl, żeby jak najbardziej ułatwić klientowi operacje na pieniądzach. Jeśli będzie mógł załatwić płatności czy kredyt nie ruszając się z domu, chętnie z takiej możliwości skorzysta. Dopuszczenie klienta do własnoręcznego operowania na koncie oznacza też dla banku spore obniżenie kosztów. Operacje zdalne nie wymagają zatrudniania ludzi i wyposażania stanowisk pracy. Więcej operacji to też większy ruch pieniądza, a na tym w końcu zarabiają instytucje finansowe. W Polsce parę banków oferuje działania przez sieć, kilka innych obiecuje. Całkowicie internetowych jeszcze nie ma, jeśli nie liczyć jednego banku „na niby”, gdzie na „naprawdę wirtualnych” (czyli fikcyjnych) pieniądzach można sobie poćwiczyć. Analitycy ostrzegają, że globalna sieć z e-bankowością staje się pralnią brudnych pieniędzy. Zapewne nie bez wpływu są tu niskie koszty prowadzenia operacji w Internecie. Zawszeć to wydatek mniejszy niż np. prowadzenie kasyna. |
|
|