Dyslektyk w uczelni
Poprzedni Następny

 

Z dysleksją trzeba nauczyć się żyć, a wcale nie jest to łatwe.

Halina Bykowska

Do robienia błędów ortograficznych oraz do kłopotów z czytaniem opasłych tomów coraz śmielej przyznają się studenci będący dyslektykami. Przed egzaminami szczególnie chętnie okazują nauczycielom akademickim orzeczenie poradni psychologiczno-pedagogicznej stwierdzające, że mają specyficzne trudności w pisaniu i czytaniu. Spodziewają się życzliwszego traktowania. Małgorzata L., magister psychologii w Uniwersytecie Gdańskim, nie darzy szczególnymi względami takiej młodzieży akademickiej. – Orzeczenie stwierdzające dysleksję jest skierowaniem do ciężkiej pracy, a nie zwolnieniem lekarskim – argumentuje. Sama jest dyslektyczką.

Diagnoza w dzieciństwie

– Pierwsze objawy dysleksji zauważyła u mnie matka, która jest psychologiem – opowiada mgr Małgorzata L. – Byłam wtedy niespełna czteroletnim dzieckiem. Z wielkim trudem uczyłam się odrysowywania wzorów z książki. Nie potrafiłam niczego ułożyć z klocków lego według instrukcji, chociaż chętnie tworzyłam z nich własne kompozycje. Niemałą trudność sprawiało mi wiązanie sznurowadeł i rozróżnianie lewej strony ciała od prawej. Przed pójściem do szkoły bardzo chciałam nauczyć się pisać i czytać, okazało się jednak, że miałam poważne problemy z opanowaniem tych umiejętności. Myliłam litery, niektóre z nich pisałam tak, jakby były odbite w lustrze, a zamiast czytać całe wyrazy i zdania, po prostu dukałam.

Trudno było jej przebrnąć przez pierwsze klasy szkoły podstawowej, gdzie ocenia się uczniów głównie za staranne pismo i biegłe czytanie. Z pomocą przyszła matka. – Abym mogła nauczyć się czytania bez mylenia linijek druku, matka wycinała mi „okienka” w pocztówce, którą zawsze trzymałam na stronicy książki – wspomina mgr Małgorzata L. – Taka pocztówka pomagała mi skupić uwagę na tekście.

Ojciec, który był polonistą, starał się rozkochać Małgorzatę w czytaniu. A ona peszyła się, ilekroć trzeba było przeczytać tekst na głos w szkole. – Każde głośne czytanie niszczyło mi średnią ocen – mówi. – Wpływ na niższe oceny miały również kłopoty w posługiwaniu się mapą, które trwają do dziś – podkreśla.

Orzeczenie stwierdzające dysleksję (w potocznym rozumieniu pojęcie to oznacza nie tylko trudności w czytaniu, ale również robienie błędów ortograficznych oraz niestaranny i nieczytelny charakter pisma) otrzymała będąc już w szkole średniej. – Nie traktowałam tego zaświadczenia jak zwolnienia lekarskiego – przekonuje. – Pracowałam nad sobą bardziej niż inni. Z zapałem uczyłam się języków obcych, ponieważ nie miałam trudności natury słuchowej. W maturalnej pracy z polskiego zrobiłam tylko trzy błędy ortograficzne.

Praca w uczelni

Dostała się na psychologię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim nie ujawniając, że jest dyslektyczką. W trakcie studiów starała się uzyskiwać zaliczenia tylko ustne. Nie każdemu nauczycielowi akademickiemu mówiła o swoich trudnościach dyslektycznych, obawiając się posądzenia o lenistwo i cwaniactwo. Do wielu egzaminów przystępowała w tak zwanym terminie zerowym, na co stać – jak wiadomo – jedynie najlepszych studentów.

W Instytucie Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego odniesiono się do mgr Małgorzaty L. z ogromną życzliwością. Zawdzięcza to prof. Marcie Bogdanowicz, psychologowi klinicznemu, absolwentce Uniwersytetu Jagiellońskiego, wiceprzewodniczącej Europejskiego Towarzystwa Dysleksji, głównej inicjatorce założenia Polskiego Towarzystwa Dysleksji. Robi obecnie doktorat pod jej kierunkiem. O tym, że mgr Małgorzata L. jest dyslektyczką, wiedzą zarówno jej współpracownicy w Instytucie Psychologii, jak i studenci.

– Mimo że obecnie czytuję bardzo dużo i robię to szybko, co jest efektem wielu ćwiczeń i żmudnej pracy, nie potrafię poprawnie przeczytać nowego tekstu na głos – przyznaje. – Wyręczają mnie w tym studenci. Nadal popełniam niemało błędów ortograficznych, a moje pismo jest nieczytelne. Dlatego niczego w uczelni nie pisuję ręcznie. Pomaga mi komputer, który również koryguje ortografię. Gdyby nie komputer, nie byłabym w stanie pracować w uczelni ani robić doktoratu.

Skomplikowana codzienność

Dyslektyk musi całe życie pracować nad sobą i nie zawsze pokonuje trudności. – Wciąż nie potrafię wymienić nazw miesięcy w porządku chronologicznym ani podać kolejno wszystkich liter alfabetu – przyznaje mgr Małgorzata L. – Nadal mam trudności z rozróżnianiem lewej strony od prawej i kłopoty w posługiwaniu się mapą. Na tej samej mapie stale szukam od nowa znanych miejscowości. Nie potrafię dobrze przyszyć guzika. Wykonując tę czynność stale muszę zaglądać pod odwrotną stronę materiału, by widzieć miejsce, gdzie należy wkłuć igłę. Na szczęście bez trudu porozumiewam się w popularnych językach obcych, chociaż w tekstach obcojęzycznych popełniam wiele błędów ortograficznych – podkreśla i dodaje: - Z dysleksją trzeba nauczyć się żyć, a wcale nie jest to łatwe.

– Dyslektykiem po prostu się jest, a nie bywa się nim od czasu do czasu – stwierdza prof. Marta Bogdanowicz. – Specyficzne trudności percepcyjno-ruchowe zauważa się już we wczesnym dzieciństwie. Polegają one m.in. na kłopotach ze sznurowaniem bucików, rysowaniem na podstawie wzorca, rozróżnianiem lewej strony ciała od prawej, uczeniem się nazw tworzących pewien ciąg (na przykład nazw miesięcy) oraz na trudnościach z opanowaniem umiejętności poprawnego pisania i czytania. Wczesne objawy specyficznych trudności w czytaniu i pisaniu poprzedzone są opóźnionym rozwojem mowy w wieku poniemowlęcym. Dysleksja nie rozpoznana i nie leczona u dzieci pozostaje problemem na długie lata trwa i do końca życia – zaznacza prof. Bogdanowicz.

Analfabetyzm funkcjonalny

Wśród dyslektyków bywają osoby, które kończą edukację na szkole podstawowej i praktycznie do końca życia stają się analfabetami funkcjonalnymi, którzy odczytują jedynie pewne napisy na ulicy i nagłówki w gazecie, a o wielu rzeczach i faktach dowiadują się tylko z rozmów, radia lub telewizji. Analfabeci funkcjonalni w ogóle nie posługują się pismem.

– We Francji dyslektycy korzystają z pomocy biur, gdzie wypełnia się formularze, pisuje się podania, a nawet listy prywatne – informuje prof. Bogdanowicz. – W Danii i USA wydaje się specjalne gazety dla dyslektyków, publikowane dużą czcionką, zawierające krótkie, przejrzyste teksty oraz wiele fotografii i ilustracji. Gazety wydawane są tam również w postaci kaset dźwiękowych. Pomocą dla dyslektyków są także komputery sterowane głosem. Dźwięki z komputera przetwarzane są na pismo. Człowiek korzystający z takiego urządzenia elektronicznego wcale nie musi umieć pisać.

Nowością są skanery czytające – miniaturowe urządzenia elektroniczne z ekranem, przykładane do tekstu. Na małym ekranie ukazuje się fragment tekstu „wydrukowany” dużymi literami.

– Studenci dyslektyczni w naszych uczelniach nie mogą liczyć na żadną pomoc – stwierdza prof. Bogdanowicz. – Natomiast w niektórych krajach na Zachodzie taka pomoc jest bardzo dobrze rozwinięta. W kilkunastu uniwersytetach w Wielkiej Brytanii doskonale zorganizowana jest pomoc dla młodzieży niepełnosprawnej, w tym także dla dyslektyków. Studenci otrzymują niezbędne instrukcje na temat kształcenia, dowiadują się, w jaki sposób sporządzać notatki i jak postępować, aby nie czytać książek zbyt długo. Niezwykle istotna jest bowiem sprawność czytania, ponieważ oczekuje się, że młodzież akademicka będzie poświęcać niemało czasu tej czynności.

ŻADNEJ POMOCY

W polskich uczelniach orzeczenie stwierdzające dysleksję traktowane bywa nierzadko jako próba wymuszenia bardziej liberalnego traktowania. Niemały odsetek nauczycieli akademickich nie zna problemu dysleksji. Tymczasem dyslektyczni studenci nie radzą sobie z szybkim czytaniem książek i nie znajdują żadnej pomocy. Popełnione przez nich błędy ortograficzne i niestaranne pismo mylnie traktowane są jako przejaw niewiedzy i niedbalstwa. Z takiego powodu niektórzy dyslektycy bywają skreślani z listy studentów. – W naszych uczelniach nie ma programu ani zasad postępowania ze studentami dyslektykami – stwierdza prof. Bogdanowicz. – Dyslektycy powinni być stale czujni i bez przerwy pracować nad sobą. Wystarczy brak kontaktu z językiem rodzimym przez pewien czas, by nasiliło się robienie błędów ortograficznych. Jeżeli dyslektyk nie czyta systematycznie, po pewnym czasie przestaje umieć to robić, a jeżeli nie pisze i nie sprawdza swoich umiejętności przy pomocy słownika ortograficznego, problemy z ortografią pojawiają się od nowa.

Tylko nieliczne wykształcone i znane osoby przyznają się do dysleksji. Otwarcie o własnych, specyficznych kłopotach w pisaniu i czytaniu swego czasu mówił publicznie prof. Maciej Żylicz, były prorektor ds. nauki w Uniwersytecie Gdańskim, doskonały znawca biologii molekularnej, laureat prestiżowych nagród, mający duży, liczący się dorobek naukowy.

Według międzynarodowej statystyki, dotyczącej zaburzeń i chorób, 4 proc. populacji miewa ciężką dysleksję, a ok. 10 proc. dysleksję o charakterze umiarkowanym.

Uwagi.