|
|
|
Kiedy przeglądarka internetowa pokazuje Error 404, Paweł Misiak W jeden dzień siostry z losu się poczęły. Miłość i Śmierć, napisał Giacomo Leopardi. Obie są częścią ludzkiego życia i obie ważne. Fascynacja nimi przewija się przez dzieje sztuki i literatury. Zmarły niedawno Andrzej Szczypiorski mówił – podobnie, jak wielu innych pisarzy – że są to najważniejsze tematy literatury i dlatego nie zniknie ona (literatura) pod naporem Internetu i multimediów. Te ostatnie nie nadają się bowiem do poważnego mówienia o tak poważnych sprawach. Na pierwszy rzut oka Internet istotnie niewiele ma wspólnego z ludzką miłością i śmiercią. Z pewnością jest wykorzystywany do nawiązywania znajomości, które mogą się z czasem przerodzić w uczucie, do prowadzenia miłosnej korespondencji, nawet do zawierania małżeństw – o kilku takich przypadkach było swego czasu głośno w środkach masowego przekazu. Jednak to, co ludzie określają mianem miłości, opiera się na ludzkiej naturze, nie zaś wyłącznie kulturze. Nie wyobrażam więc sobie, by dało się zrealizować wyłącznie na płaszczyźnie informacyjnej, bez udziału „naturalnej chemii” i innych materialnych aspektów bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem. Śmierć w sieciOstatnio wszelako świat skojarzył miłość i śmierć z Internetem. Stało się tak za sprawą tzw. wirusa miłości, który niosąc wyznanie miłości (I love you) siał spustoszenie w zasobach komputerów i niósł śmierć danym. Zapewne nie pierwszy to taki przypadek i nie ostatni w historii cyberprzestrzeni, kiedy najwyższe ludzkie uczucia, a w każdym razie ich pozór, są wykorzystywane do siania zniszczenia i wprowadzania zamętu. Śmierć, ta prawdziwa, jest zjawiskiem na wskroś materialnym, związanym z istotą ludzkiej cielesności. W cyberprzestrzeni nie bardzo jest dla niej miejsce. Nie, żeby jej w ogóle nie było, ale są tylko nieliczne ślady, na przykład nekrologi, które na tej samej zasadzie pojawiają się w gazetach czy telewizji. W świecie złożonym wyłącznie z bitów nie ma prawdziwej śmierci, choć czasem się tam o niej mówi. W kontekście Internetu można jednak mówić o śmierci metaforycznej, śmierci maszyn, bytów informacyjnych, idei, ludzkich nadziei. Metaforyczną miłość i śmierć odnosić można do przedmiotów, na przykład sprzętu komputerowego. Ileż to razy słyszy się, że komuś „padł komputer” albo „myszka zdechła” (chodzi, oczywiście, o komputerowe urządzenie wskazujące). Są tacy, co względem swoich komputerów zachowują się jak zakochany wobec swej wybranki – podchodzą doń niemal na kolanach. Dla nich śmierć techniczna urządzenia staje się niemal tragedią. Przyspieszenie cywilizacyjne, jakiego doznaje świat w ostatnich kilkudziesięciu latach sprawia, że rośnie góra odpadków, bytów niepotrzebnych. Wychodzą z użycia, „gniją” gdzieś albo po prostu znikają i tylko ślad w pamięci ludzi lub globalnej pajęczynie przypomina o ich niegdysiejszym istnieniu. Bielejące kościPochód cywilizacji zawsze zostawiał na poboczach szkielety bytów niepotrzebnych. Jednak pod koniec XX wieku proces ten stał się wyraźnym znamieniem czasu. Nigdy przedtem w historii zmiany cywilizacyjne nie zachodziły tak szybko. Obecnie nowe „pokolenia”, wzrastające w innym niż poprzednicy otoczeniu teleinformatycznym, należałoby liczyć co parę lat, a może nawet co kilka miesięcy. Pierwszy elektroniczny komputer ENIAC odszedł z czynnej służby po ponad dziewięciu latach pracy w armii Stanów Zjednoczonych. Na początku, jak to w wojsku, był „docierany” – od chwili wstąpienia do służby, czyli oficjalnego przekazania maszyny przez naukowców i inżynierów w ręce wojskowych, do podjęcia normalnej pracy minął ponad rok. W październiku 1955 r. został ostatecznie wyłączony i zdemontowany. Praktyczni amerykańscy wojskowi zamierzali go sprzedać „na żyletki”, co mogło być wcale intratne, zważywszy gabaryty urządzenia. Jednak dzięki protestom i staraniom niektórych naukowców część szczątków udało się ocalić i dziś możemy je oglądać jako eksponaty muzealne. Może już niebawem jakieś lampy, kondensatory czy oporniki ENIAC-a będą wykradane z muzeów jako cenne relikwie epoki cybernetycznej? Potem szło już coraz szybciej. Na początku lat osiemdziesiątych pecet o mocy obliczeniowej o niebo wyższej od ENIAC-a stał się urządzeniem masowo produkowanym i łatwo dostępnym. Trafił pod strzechy, jak wcześniej telefon, radio czy telewizor. Kolejne generacje komputerów dzieli coraz krótszy czas. Co kilka miesięcy można usłyszeć lub przeczytać o ustanowieniu nowego „standardu” peceta dla standardowego użytkownika. Producenci sprzętu i oprogramowania naciskają na rynek, by użytkownicy „byli na bieżąco”, czyli kupowali co pół roku nowy komputer. I jest sporo takich, co dają się na to nabrać. Non omnis...A co się dzieje ze starymi maszynami? Niektóre trafiają na wtórny rynek i znajdują nabywców, którzy w tej dziedzinie są o krok z tyłu, czy to z powodu braku dostatecznych środków, czy racjonalnego podejścia do potrzeb w zakresie komputeryzacji. Inne lądują na dnie szaf, w lamusach i pakamerach, gdzie przykrywa je kurz i gdzie giną w zapomnieniu. Jeśli nawet po roku czy dwóch ktoś weźmie do ręki jakąś kartę, nie bardzo już nawet potrafi rozpoznać, co to konkretnie jest. Zdarza się, że wyrzuca starsze a wciąż sprawne części na śmietnik, by w lamusie zrobić miejsce na kolejnego komputerowego „wczesnego emeryta”. Jakiś czas temu jeden ze znajomych, pracujący za granicą w pewnej znanej, wielkiej firmie, przywiózł mi trochę starego sprzętu i części komputerowych. Wyjął je, jak mówił, z firmowego śmietnika, dokąd trafiły po unowocześnieniu teleinformatycznego „parku maszynowego”. Były to maszyny i elementy dość egzotyczne z punktu widzenia świata pecetów, komputerowe mumie sprzed... dziesięciu lat. – Zrób z tym coś – powiedział. – Może jeszcze się przydadzą, powinny być sprawne. Dziękując mu za przywiezienie tego – z jego punktu widzenia – złomu, wspomniałem, jak to się czasy zmieniają. Jeszcze dziesięć lat temu dla mnie i moich kolegów, naukowców ścisłych, maszyny, które właśnie trzymałem w ręku, były nieomal szczytem marzeń. Myśleliśmy wtedy, że mając je do dyspozycji, sypalibyśmy wspaniałymi wynikami jak z rękawa. A teraz ówczesne idole lądują na śmietniku. Sytuacja w tym względzie przypomina mi nasz rynek samochodowy: rodacy przywożą z Zachodu rozmaity złom, w kraju traktowany jak cenne dobro użytkowe. Komputerowy FrankensteinW wolnych chwilach jąłem więc reanimować podarowane mi komputerowe „zwłoki”. Z paru oderwanych kawałków poskładałem maszynę, która zaczęła dawać znaki życia. Łatwo powiedzieć, ale rzecz wymagała sporo trudu, poszukiwań, przemyśleń i niezrażania się wielokrotnymi niepowodzeniami. Kiedy na ekranie terminala – podłączonego za pomocą znalezionego na dnie szuflady kabla, o którym „fachowcy” w firmach komputerowych mówili, że nie może istnieć, „bo takich rzeczy w ogóle nie ma” – zobaczyłem komunikaty startującego systemu, poczułem się jak doktor Frankenstein, gdy jego monstrum dało pierwsze oznaki życia. Te komunikaty nie oznaczały jednak, że maszyna jest już gotowa do pracy. Raczej były to jedynie objawy elementarnych „procesów życiowych”. By zreanimowana maszyna mogła wykonywać jakieś pożyteczne działania, trzeba nad nią jeszcze sporo popracować. Prace reanimacyjne wymagały szukania opisów, wskazówek i instrukcji dotyczących owego „starożytnego” sprzętu. Gdzie szukałem? Oczywiście, w Internecie. Znalazłem sporo cennych informacji, porozrzucanych w wielu miejscach. Poszukiwania te stały się też okazją do refleksji na temat przemijalności bytów internetowych. Wiele bowiem śladów, na które wskazywały wyszukiwarki lub jakieś teksty, urywało się lub prowadziło donikąd. Hic transit...Rozmaite są byty internetowe: serwery, serwisy, strony webowe, adresy emailowe, wirtualne osobowości i temu podobne. Ich żywoty przebiegają bardzo różnie. Są serwery, witryny czy strony istniejące niemal od zawsze (licząc od powstania sieci) i efemeryczne, znikające po paru miesiącach. Są takie, co wciąż trwają, choć zmieniają treść, formę, a nierzadko i nośnik fizyczny (w sensie maszyny, na której są posadowione). Są i inne, po których pozostało w sieci tylko kilka literek. Ślady umarłych serwerów i witryn widać w odnośnikach na innych stronach, w postaci „ślepych” rekordów w bazach danych wyszukiwarek sieciowych, adresów w starych czasopismach itp. Idąc po nich dochodzimy do wirtualnych epitafiów. Czytamy na nich Host not found, Przykro nam, strona o podanym adresie nie istnieje, albo najlepiej znany, prosty a dosadny Error 404. Trudno rozpoznać, czy napis taki obwieszcza ostateczne odejście w niebyt, czy tylko czasowy letarg. Przyczyny wymierania bytów internetowych są różnorakie. W przypadku serwerów mogą to być zmiany instytucjonalne, handel domenami internetowymi, awarie maszyn czy łączy sieciowych. Te ostatnie bywają przyczyną czasowego letargu, z którego serwer budzi się po naprawieniu łącza. Strony internetowe znikają z powodu braku zainteresowania autorów, braku pieniędzy właściciela (jeśli leżały na serwerze komercyjnym), a także na skutek błędów twórców. Wiele stron internetowych podlega naturalnej mumifikacji. Można je oglądać, ale widać, że są martwe. Zawierają nieaktualne treści, będąc świadectwem słomianego zapału, zmienności zainteresowań albo po prostu ogólniejszych zmian w Internecie. Brałem niegdyś udział w wydawaniu elektronicznego czasopisma, rozsyłanego do kilkudziesięciu osób na całym świecie. Po paru latach okazało się ono niepotrzebne, bo pojawiły się na ten sam temat serwisy o wiele bogatsze i bardziej profesjonalne. Mimo że od paru lat nasze e-pisemko się nie ukazuje, w sieci plączą się jeszcze jakieś stare adresy. Rzeczywistość weryfikuje wizje, nadzieje i oczekiwania wobec przyszłości. Człowiek odczuwa potrzebę trwałości przynajmniej niektórych elementów otaczającego go świata, nieśmiertelnych idei i lepszego jutra. Czy rewolucja teleinformatyczna z jej coraz szybszym strumieniem zmian zaspokoi te potrzeby? Walające się po śmietnikach i cyberprzestrzeni truchła komputerów i wirtualnych bytów uświadamiają, że chyba nie. Jednak sfera teleinformatyczna na tyle mocno wrosła już w naszą cywilizację, że musimy żyć z nią i jej śmieciami. |
|
|