|
|
|
Niestety, nie prowadzimy działalności dydaktycznej i nie możemy przyjąć kolejnej grupy studentów płacących za edukację. Co więcej, zwiększona liczba studentów uczelni, a tym samym czytelników, nie znajduje odbicia w finansowaniu bibliotek. Artur Jazdon Finansowanie bibliotek uczelnianychPrzygotowując na prośbę redakcji "Przeglądu Bibliotecznego" artykuł na temat problemów finansowania bibliotek uniwersyteckich, napisałem, iż jednym z głównych jest brak szerszej dyskusji o tych problemach. Nie chodziło przy tym o dyskusję toczącą się pomiędzy bibliotekarzami na łamach prasy zawodowej, czy nawet pomiędzy dyrektorem biblioteki a władzami uczelni czy jej senatem. Miałem na myśli dyskusję na łamach periodyków, które czytają zarządzający poszczególnymi uczelniami czy szerzej - nauką polską, a więc takich jak: "Sprawy Nauki", "Nauka" czy "Nauka i Szkolnictwo Wyższe". Mimo iż w ostatnich ich rocznikach znalazłem wiele ciekawych artykułów traktujących o najważniejszych problemach nauki i szkolnictwa wyższego, w tym rzecz jasna i problemach dotyczących finansów, na temat bibliotek nie znalazłem praktycznie nic. I nie myślę tu tylko o samodzielnych artykułach poświęconych tej problematyce, ale także o dostrzeganiu problemów finansowania bibliotek w kontekście omawiania zagadnień finansowania nauki na poziomie wyższym. Wiele mówi się i pisze o opóźnieniu naszej nauki, konieczności gonienia uciekającego świata, ale nie dostrzega się przy tym problemu rozwoju bibliotek jako tego elementu, który przy nadrabianiu zaległości może mieć znaczenie decydujące. Tak więc poniższe uwagi to próba zarysowania pewnych problemów natury ogólnej dla "nie-bibliotekarzy", traktowana jako częściowe uzupełnienie wskazanej luki. ciało doradczeKto z kim miałby jednak dyskutować? Nie chodzi bowiem o dyskusję, jaką prowadzi od czasu do czasu dyrektor każdej biblioteki uczelnianej ze swoim rektorem, kwestorem czy komisją budżetową. Chodzi o szerszą dyskusję dotyczącą pewnych rozwiązań systemowych. Z jednej strony, w dyskusji tej winni uczestniczyć urzędnicy - przedstawiciele ministerstwa oraz Komitetu Badań Naukowych. W zależności od potrzeb ta strona stołu mogłaby być uzupełniana przez reprezentantów innych ciał (np. fundacji, dostawców czy producentów baz danych itp.). Kto w tej dyskusji mógłby reprezentować biblioteki uczelniane? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, można by wskazać Radę Wykonawczą Konferencji Dyrektorów Bibliotek Szkół Wyższych. Konferencja skupia dyrektorów bibliotek, osoby odpowiadające za sprawy finansowe, ma demokratycznie wybieraną Radę Wykonawczą, przetarte ścieżki przekazu informacji (własna lista dyskusyjna). Wydaje się być dobrym partnerem do prowadzenia dyskusji, oceniania przedstawionych jej materiałów, przygotowywania określonych materiałów na prośbę zwierzchników. Problem w tym, iż jest to ciało nieformalne, z którym nikt nie musi rozmawiać. Aż kusi, aby przekształcić je w Konferencję Dyrektorów Akademickich Szkół Polskich i uczynić z niego ciało doradcze Konferencji Rektorów. Warto wskazać, że ust. 2 art. 40 projektu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym upoważnia rektorów członków KRASP do tworzenia "innych konferencji".Można oczywiście wykorzystać inną, sądzę, że jeszcze lepszą drogę organizacyjną, poprzez powołanie odpowiedniego zespołu w łonie KBN, który byłby ciałem opiniodawczym we wszystkich sprawach tyczących bibliotek uczelnianych, czy szerzej naukowych (uczelnianych, PAN-owskich i instytutów branżowych). Taka formuła wydaje się tym bardziej do przyjęcia, że w coraz większym stopniu finansowanie tych bibliotek ma odbywać się bezpośrednio poprzez KBN. algorytm ocenyKolejnym problemem, który może wystąpić przy próbie dyskusji, będzie brak kategoryzacji, standardów, norm, przeliczników i innych tego typu narzędzi, które pozwoliłyby porównywać biblioteki, kosztochłonność i efektywność ich działania, przekraczanie czy niedotrzymywanie ustalonych standardów, porównywanie z bibliotekami w innych krajach. Dziś w odniesieniu do szkół wyższych istnieje algorytm, zgodnie z którym na jednego pracownika naukowego przyznaje się poszczególnym jednostkom kategorie i wylicza finanse. Można próbować podobny układ przenieść do bibliotek. Jestem świadomy, że to właśnie bibliotekarze muszą sami starać się wypracować założenia dla tych norm czy standardów i próbować je zaszczepiać w Polsce. Inaczej nie zmieni się obecnej sytuacji przyznawania środków według algorytmu, na który wpływamy wyłącznie - w zerowym praktycznie stopniu - poprzez liczbę bibliotekarzy dyplomowanych. Podobnie, na akredytację danego kierunku biblioteki wpływają głównie poprzez ograniczoną do czterech punktów ocenę bibliotek wydziałowych czy instytutowych, stojących na różnym poziomie, inaczej zorganizowanych i nie zawsze reprezentatywnych dla całości. Wyłącznie w algorytmie dotyczącym dofinansowywania prenumeraty czasopism "przypatrywano" się bibliotekom, ale po zmianie zasad finansowania algorytm ten stracił rację bytu. A więc, jeśli bibliotekarze sami nie zaproponują rozwiązania, będziemy spotykać się nadal - jak to miało miejsce ostatnio - z próbami ustalania rankingów bibliotek uczelnianych wyłącznie poprzez wielkość wpływu rocznego i liczbę tytułów czasopism w prenumeracie! Być może właśnie tu dużą rolę mogłyby odegrać wspomniane Konferencja Dyrektorów czy zespół opiniodawczy bibliotekarzy w KBN. Musi, oczywiście, pojawić się akceptacja istnienia takiego ciała i wysłuchiwanie jego opiniotwórczych ocen czy wniosków.potrzeba bycia razemPoruszone powyżej zagadnienia zaliczyć można do spraw natury strategicznej czy politycznej i wymagających dłuższego czasu dla ich rozwiązania. Obok nich istnieje cały zespół zagadnień nie mniej ważnych, ale mających inny wymiar i pojawiających się w każdej z bibliotek uniwersyteckich w innym zakresie.Jako pierwszy wymienić można zespół problemów związanych z coraz powszechniejszym dążeniem do decentralizacji środków w ramach uczelni, tzn. przekazywaniem środków finansowych do dyspozycji dziekanów czy dyrektorów instytutów. Należy być świadomym, że to słuszne zapewne dążenie do racjonalnego gospodarowania środkami utrudnia w konsekwencji podejmowanie wspólnych decyzji strategicznych dotyczących uczelni jako całości. Owo nienowe w Europie zjawisko powoduje, że celem wydziałów staje się zdobywanie pieniędzy dla siebie, a konieczność pokrywania ogólnych kosztów uczelni związanych z utrzymaniem infrastruktury jest trudnym do rozwiązania problemem. Takimi decyzjami ogólnouczelnianymi z zakresu spraw bibliotecznych muszą być decyzje związane z komputeryzacją, zakupem czasopism, baz danych, dostępu do usług oferowanych w ramach tworzonych konsorcjów. W obecnej chwili w sieci biblioteczno-informacyjnej uczelni coraz wyraźniej odczuwamy potrzebę "bycia razem", a więc przeciwną decentralizacji. Jeśli kiedyś przy rozdzieleniu terytorialnym, lokalowym, przy prowadzeniu własnych katalogów, kartotek, dezyderatów, rozłącznej bazie użytkowników każda z bibliotek mogła swobodnie funkcjonować samodzielnie (podporządkowana "swojemu" dziekanowi czy dyrektorowi), to obecnie, w związku z komputeryzacją, czujemy potrzebę utrzymywania ścisłej współpracy merytorycznej, technicznej, organizacyjnej i wspólnego finansowania wielu zakresów działań. Zminimalizowanie rozdźwięku pomiędzy tymi dwiema tendencjami leży w interesie każdej z uczelni. Decentralizacja może być szczególnie niebezpieczna dla bibliotek tych uczelni, które mają bardzo rozdrobnioną sieć bibliotek zakładowych. Im ich więcej i im są mniejsze, tym większa obawa, że stracą najwięcej. Jest to poważne niebezpieczeństwo, którego nie rozwiąże najbardziej racjonalny postulat restrukturyzacji sieci i powołania w ich miejsce dużych bibliotek wydziałowych. Jest on mało realny, gdyż przeprowadzenie restrukturyzacji wymaga czasu, znalezienia powierzchni, zmiany przyzwyczajeń pracowników nauki. Wielu z nich, godząc się z faktem, iż biblioteka jest mała, zaniedbana, niedofinansowana, ale "pod ręką", ze znajomą bibliotekarką wydającą wszystko "na chwilę do gabinetu", woli ten stan rzeczy od dobrze zorganizowanej, oddalonej, ale nie tak "przyjaznej" biblioteki. kontrola wydatkówZ decentralizacją związana jest mocno sprawa oszczędności i dodatkowego zarabiania pieniędzy przez daną jednostkę organizacyjną. Dla bibliotek może to nieść takie niebezpieczeństwo, że działania w tym zakresie odbijać się będą na nich w pierwszym rzędzie czy ze zdwojoną siłą. Konieczność zarabiania to nie tak rzadkie przypadki wydzierżawiania na inne cele pomieszczeń bibliotecznych lub mogących służyć rozwojowi biblioteki. Konieczność oszczędzania to "obcinanie" personelu lub jego utrzymywanie na stałym od lat poziomie (mimo ogromnego wzrostu liczby studentów), ograniczanie środków na gromadzenie czy ochronę i konserwację zbiorów. Warto więc może przytoczyć wnioski płynące z doświadczeń francuskich. Reprezentanci tamtejszego świata nauki stwierdzili, że nadmierne oszczędności kumulują się prowadząc do autentycznego kryzysu - właśnie bibliotek. W tym więc wypadku nie musimy wzorów zachodnich powielać.Nie chcę powiedzieć, iż w naszych bibliotekach uczelnianych nie należy dążyć do racjonalizacji ponoszonych kosztów oraz szukania i tu możliwości celowego oszczędzania. Jak więc ten problem wygląda obecnie w naszych bibliotekach uczelnianych? Można chyba powiedzieć, że nie zawsze najlepiej. Składa się na to kilka przyczyn. Rozpocząć należałoby od problemu konstrukcji budżetu uczelni, w tym i biblioteki. W części szkół biblioteki nie dysponują wydzielonym budżetem, co ogranicza rolę dyrektora do przesyłania rachunków kwestorowi i ewentualnego sprawdzania ich terminowości. W tym wypadku biblioteka nie ma bodźców do szukania oszczędności i racjonalnego wydatkowania środków. Drugą grupę bibliotek stanowią te, które mają pełną samodzielność finansową. Sytuacja większości z nich, sądząc z rozmów z ich dyrektorami, jest w chwili obecnej nie do pozazdroszczenia. Przy braku doświadczeń, przygotowania, braku przepisów i faktycznych możliwości samodzielnego zarabiania znaczących środków, te zabiedzone i w wielu przypadkach materialnie zapuszczone instytucje nie są w stanie same rozwiązać swoich kłopotów. W najlepszej sytuacji zdają się pozostawać biblioteki, które nie mając samodzielności finansowej otrzymują w ramach budżetu uczelni wydzielony, dość ściśle określony budżet. Mogą one zawsze w ciągu roku liczyć na możliwość uzyskania dodatkowego wsparcia z odpisów od narzutów na środki wydziałowe, dodatkowych dotacji uzyskiwanych przez uczelnie, środków samodzielnie przez nie zarobionych. Dyrektorzy tych bibliotek, o ile mają jeszcze możliwość dokonywania manewrów w obrębie poszczególnych punktów przyznanego budżetu, faktycznie stają się panami sytuacji. Mogąc dysponować środkami, ustalając priorytety uczą się racjonalnie oszczędzać i racjonalnie wydawać, mogąc za te same pieniądze zrobić więcej niż w przypadkach opisanych powyżej. Domagać by się więc należało, aby biblioteki uczelniane takimi wydzielonymi, dość szczegółowymi budżetami dysponowały. Piszę specjalnie "dość szczegółowymi" przy postulowanej swobodzie przenoszenia środków między paragrafami. Tak skonstruowany budżet pozwala senatowi uczelni zorientować się, na co środki mają być przeznaczone, co zwiększa szansę na przegłosowanie go bez skreśleń. Taka konstrukcja w momencie udzielania absolutorium daje także możliwość przepytania przez senat dyrektora w przypadku powstania jakichkolwiek wątpliwości. To narzuca dyrektorowi tak potrzebną, świadomą kontrolę wydatkowania budżetu w skali całego roku. Na marginesie warto dodać, że dyrektorzy bibliotek winni także przygotować i dysponować zawsze aktualnymi planami strategicznymi rozwoju i kierunków działania biblioteki. Mogą one być bardzo pomocne w tworzeniu długo- i krótkoterminowych planów finansowych. Problem w tym, że muszą one być powiązane czy wręcz wynikać ze strategicznych, długoterminowych planów rozwoju uczelni, a tych po prostu większość uczelni nie ma. brak programów i przejrzystej politykiOddzielny problem stanowi podporządkowanie spraw bibliotecznych w ramach uczelni. Wydaje się z obserwacji, iż najlepszym modelem jest ten, w którym sprawy biblioteki (z wyłączeniem być może spraw kadrowych) pozostają w gestii prorektora ds. nauki. Wówczas sprawy finansowania bibliotek są powiązane z finansowaniem działalności badawczej czy dydaktycznej. Gorzej, gdy sprawy systemu biblioteczno-informacyjnego prowadzi inny - czasem nawet wyodrębniony do tego celu - prorektor. Szczególnie, gdy ten ostatni - jak wskazuje praktyka - nie może sam podjąć żadnych decyzji finansowych czy inwestycyjnych. Najgorzej - a takie próby zostały podjęte - gdy pragnie się podporządkować system biblioteczny administracji uczelni. Wtedy faktycznie problemy biblioteczne traktowane są na równi z problemami sprzątania gmachu.Co jeszcze zaliczyć można do zasadniczych zagadnień z zakresu finansowania bibliotek? Pierwszym z nich jest bez wątpienia brak specjalnych programów (np. rządowych) do realizacji określonych zadań. Uczciwie trzeba przyznać, iż jedynym chlubnym wyjątkiem na tej niwie jest Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, która przez lat kilka realizowała program LIBRARIUS. Program dla bibliotek o jasno określonych zadaniach i wskazaniach dotyczących sposobu uzyskiwania środków w jego ramach. Program doskonały, przestał funkcjonować z tego powodu, iż zaczął być traktowany jako lek na wszystkie problemy bibliotek, z zerowym czy znikomym wkładem własnym uczelni. Jak by się chciało widzieć koordynowane - na podobnie przejrzystych zasadach - przez MEN czy KBN programy wspierania np.: konserwacji zbiorów, ochrony i zabezpieczania bibliotek, komputeryzacji w tym głównie tworzenia katalogu centralnego czy retrokonwersji! Sądzę, iż środowisko bibliotekarzy naukowych potrafiłoby być partnerem do określenia tematów najważniejszych programów, a następnie ustalenia zasad dzielenia środków. Z radością przyjęto ogłoszony przez wspomnianą fundację program CERBER. Czekamy na szczegóły rządowego projektu dotyczącego kwaśnego papieru. Po drugie, brak przejrzystej polityki KBN odnośnie do finansowania bibliotek. Przerzucanie większości środków na działalność statutową uczelni, ograniczanie w coraz większym stopniu wysokości środków na DOT, wycofywanie się z dofinansowania takich działań, jak np.: tworzenie baz własnych, niejasne, przypadkowe czy pozostające w dużej mierze poza możliwościami oddziaływania bibliotek dzielenie środków (np. na centralne zakupy sieciowego dostępu do baz), to najczęściej artykułowane w tym względzie zarzuty. Ze zrozumieniem środowisko przyjęło ostatnią deklarację KBN, że w przypadku spełnienia pewnych warunków KBN dofinansowywać będzie w połowie uczestnictwo polskich bibliotek w konsorcjalnym dostępie do czasopism elektronicznych. Podobnie przyjęto wypowiedź przedstawiciela KBN na seminarium poznańskim, poświęconym grantom dla bibliotek, o potrzebie rozważenia możliwości wydzielenia w strumieniu finansowym przeznaczonym na badania własne "podstrumienia" przeznaczonego na finansowanie działalności bibliotecznej. grantyProblem stanowi również brak przejrzystego systemu grantów wewnętrznych czy małe możliwości zdobycia grantów KBN, niewielkie jeszcze umiejętności samodzielnego zdobywania środków przez personel bibliotek.Jeśli chodzi o granty KBN, to przeszkodę zdaje się stanowić brak kategoryzacji naszych bibliotek. Kategorię w myśl przepisów uzyskała chyba tylko - przepraszam, jeśli którąś z bibliotek pomijam - Biblioteka Uniwersytecka w Krakowie. Inne jej nie mają, gdyż nie zatrudniają samodzielnych pracowników nauki, co jest warunkiem niezbędnym do jej uzyskania. Można próbować oczywiście zebrać zespół pracowników biblioteki, którym powierzy się do wykonania określone zadanie. Praktycznie udało się to kilku zespołom w dość długim przedziale czasu. Trzeba być świadomym, iż dość trudno konkurować kilku bibliotekarzom (nawet z tytułem doktorskim) z wnioskiem pracowników nauki. Po drugie, dość trudno dziś dyrektorowi biblioteki namawiać swoich pracowników do realizacji tak pomyślanych zadań. Głównym celem biblioteki uczelnianej jest dziś świadczenie usług w zakresie zaspokojenia podstawowych potrzeb informacyjnych naszych użytkowników, a nie prowadzenie działalności naukowej. Inną sprawę stanowią granty na zakup aparatury, np. do konserwacji, reprografii, w składaniu których nie ma praktycznie przeszkód. Raz jeszcze brak określonych programów. O przyznaniu środków na konkretny cel wydaje się wówczas decydować przypadek czy siła przebicia. W 1998 r. śp. Alicja Karłowska-Kamzowa pilotowała temat środków na konserwację zbiorów. Część z bibliotek środki takie dostała. Na rok 1999 również zapotrzebowanie zostało określone, lecz niespodziewana śmierć wspomnianej Pani Profesor spowodowała wyciszenie sprawy. Czy tak ważne sprawy, jak ochrona i konserwacja zbiorów specjalnych, muszą być oparte wyłącznie na uporze indywidualnego członka określonego zespołu w KBN? samodzielnośćMożna powiedzieć, że czas, kiedy fundacje Mellona czy Sorosa dawały chętnie pieniądze polskim bibliotekom chyba definitywnie się skończył. Musimy ich obecnie szukać w ramach funduszy Unii Europejskiej, co jest zadaniem znacznie trudniejszym. Sądzę, że wszyscy uczymy się dopiero do nich docierać. Dobrze się dzieje, że to zagadnienie staje się coraz częściej przedmiotem rozważań polskich bibliotekarzy. Ważniejsze lub co najmniej równie ważne jest to, byśmy wyrobili w sobie nawyk stałego szukania tych środków i informowali się wzajemnie o nowych możliwościach. Z drugiej strony, należy uświadomić sobie, że pozyskiwanie grantów nie na konferencję czy realizację określonego badania, lecz na podejmowanie działań o podstawowym dla biblioteki charakterze, pozwoli je zainicjować, doprowadzić do pewnego - z reguły dość początkowego - etapu. Dalej finansować musimy je sami. Chwała Fundacji Mellona za to, że dała środki na zakup programu serwerów i pierwszych stacji, bo bez tego wiele z polskich bibliotek nie rozpoczęłoby komputeryzacji. Lecz jeszcze dziś wielu dyrektorów tych bibliotek musi tłumaczyć pracownikom własnych uczelni, że to koniec finansów z tego źródła, że dalszy sprzęt, prace nad retrokonwersją musimy opłacać sami. Na wspomnianym seminarium poznańskim wskazywano na istniejące w uniwersytetach w Toruniu i Poznaniu systemy grantów wewnętrznych. Myślę, że i te propozycje należy dyskutować we wszystkich uczelniach z ich rektorami. Możliwość zdobywania w ten sposób środków dla bibliotek wydaje się bardzo obiecująca.Problem czwarty jest nie mniej ważny w sytuacji oczekiwania, iż biblioteki - podobnie jak wydziały - będą zarabiały większe niż do tej pory środki. Niestety, nie prowadzimy działalności dydaktycznej i nie możemy przyjąć kolejnej grupy studentów płacących za edukację. Co więcej, zwiększona liczba studentów uczelni, a tym samym czytelników, nie znajduje odbicia w finansowaniu bibliotek. Można z niejakim trudem znaleźć w kraju biblioteki, które dostają odpisy ze środków zarobionych przez wydziały po to, by dodatkowo opłacać pełnienie dyżurów sobotnich czy niedzielnych. Czasem zdarza się przeznaczenie części z tych środków na zakup książek czy wyposażenia. To jednak margines. Nie o takie zarabianie zresztą chodzi, lecz o uzyskiwanie środków zewnętrznych. Trzeba z bólem przyznać, iż zakłady przemysłowe, usługowe czy handlowe nie widzą jak dotąd potrzeby kupowania od bibliotek usług informacyjnych na dużą skalę. Nie wyliczyły jeszcze, iż bardziej opłaca się kupić informacje w bibliotece niż prowadzić samemu szczupły ośrodek informacji czy ponosić koszty decyzji podejmowanych przy braku informacji (o czym zdaje się świadczyć znikoma w stosunku do sytuacji sprzed lat liczba własnych ośrodków informacji przez nie prowadzona) czy na podstawie informacji pozyskiwanej od przypadku do przypadku. A że jest o co walczyć, przekonuje mnie przykład współpracującej z nami biblioteki uniwersyteckiej w Leeds, która zarabia na tych usługach równowartość 30 proc. budżetu. Zaistnienie takiej sytuacji u nas wymaga zmiany mentalności wspomnianych podmiotów zewnętrznych, władz uczelni, bibliotekarzy, a także zmiany obowiązujących przepisów. połowa średniej krajowejOstatnią sprawę stanowią płace personelu bibliotecznego. O niskim poziomie płac w sferze nauki wiedzą wszyscy, lecz o uposażeniu bibliotekarzy mówi się rzadko. Biblioteka, w której pracuję, nie stanowi żadnego pod tym względem wyjątku, a średnia płaca jej personelu (w tym 20 bibliotekarzy dyplomowanych, 16 osób z tytułem doktorskim) wyniosła w 1999 roku 985 zł, co stanowi połowę średniej krajowej. Poziom ten można nazwać wyłącznie katastrofą i pozostawić bez żadnego komentarza. Brak unormowań i określone pułapy finansowe stanowią zresztą główną przyczynę niemożności zatrudniania w naszych bibliotekach poszukiwanych specjalistów. Stanowi to być może inny problem, lecz, jak widać, mający również podłoże finansowe. Postulować należy, aby system wynagradzania bibliotekarzy szkół wyższych powiązać z płacami pracowników nauki. W propozycji nowej ustawy o szkolnictwie wyższym mówi się o zapisach minimalnych uposażeń dla profesorów i asystentów. Dobrze byłoby, aby w stosownych przepisach wykonawczych zapisano, że uposażenie starszego kustosza dyplomowanego odpowiada uposażeniu np. adiunkta. Schodząc coraz niżej należałoby określić procentowo w stosunku do - przyjętej jako podstawa wyliczeń - średniej krajowej uposażenia na innych stanowiskach bibliotecznych. Stanowiłoby to zresztą w części powrót do sytuacji sprzed lat, a zapobiegałoby dalszemu obniżaniu płac bibliotekarzy w stosunku do płac innych pracowników uczelni.Dr Artur Jazdon jest dyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu. |
|
|