|
|
Poczta elektronicznaMoże ci, co przeszli praktyczną szkołę ekonomii, Paweł Misiak Znane powiedzenie mówi, że lepsze deko handlu niż kilo roboty. Innymi słowy, lepiej handlować niż pracować, zwłaszcza na etacie. Niby dlaczego? Że większe pieniądze? Że łatwiej? Być może, ale przecież i do handlu trzeba mieć smykałkę, trochę się na tym znać, a najlepiej mieć handlową intuicję. W kraju, gdzie bezrobocie dotyka co szóstego obywatela w wieku tzw. produkcyjnym, handel może stać się jedyną dostępną podstawą utrzymania. Widać to dobrze na rozmaitych giełdach i bazarach, gdzie tłumy sprzedających spotykają się z tłumami żądnych wydania pieniędzy na trochę tańsze niż w sklepach, ale często tak samo niepotrzebne rzeczy. W dziedzinie drobnego handlu, oprócz tego, co widać na „placach ogólnych”, działają wyraźnie wyodrębnione specjalności handlowe, np. samochody, elektronika, komputery. Działają tu osobne giełdy, komisy i sklepy towaru z drugiej ręki. Okolice tych giełd, odbywających się w soboty czy niedziele, łatwo poznać po tłumach ludzi ciągnących w obie strony z różnymi charakterystycznymi akcesoriami. Samochodziarze noszą opony, reflektory i pokrowce, „elektronicy” – jakieś tajemnicze skrzynki, pudła ze sprzętem RTV i anteny telewizyjne, komputerowcy – karty, dyski, konsole gier, czasem monitory czy charakterystyczne skrzynki całych komputerów RODZINNE WYDATKIOstatnio bliskie spotkanie trzeciego rodzaju z giełdą komputerową przeżył P., znajomy adiunkt. Młodsza latorośl wymusiła na nim unowocześnienie domowego sprzętu. Na dotychczasowym niektóre gry w ogóle nie chciały się dać uruchomić. By się jednak przede mną, i chyba przed sobą, trochę usprawiedliwić, P. tłumaczył, że także niektóre ciekawe programy edukacyjne mają większe wymagania sprzętowe. Idąc z dzieckiem na giełdę myślał o minimalnym możliwym upgradzie, czyli wymianie procesora na ciut lepszy, a jeszcze obsługiwany przez dotychczasową, starą płytę główną. W końcu chodzi o to, żeby nie wywalać za wiele pieniędzy, bo tych P., jako pracownik budżetówki, nigdy w większej ilości nie miał. Dołożywszy „większą połowę” ceny do kieszonkowego dziecka (cel wychowawczy – zwrócić uwagę na konieczność planowania i oszczędzania), P. dokonał stosownego zakupu, zainstalował nabytek w komputerze i w ten sposób zneutralizował, przynajmniej na czas jakiś, dziecko z jego żądaniami. Podejrzewa jednak, że czas spokoju odmierzany będzie kolejnymi oszczędnościami progenitury, planującej już dziś kolejne udoskonalenia. Poniesione właśnie koszty ma zaś nadzieję częściowo zniwelować sprzedając dotychczas używany procesor, jednak – jak się dowiedział – stopień „odzysku” nakładów finansowych nie przekroczy połowy. Wizyta na giełdzie dała P. asumpt do rozmaitych rozmyślań ogólniejszej natury. Naprzód stwierdził, iż na pewno nie będzie to jego hobby na niedzielne przedpołudnia. Panujący tam tłok zdecydowanie mu nie odpowiada. Tym bardziej stałe trzymanie się za kieszenie w obawie przed kieszonkowcami, którą to obawę skutecznie podsycają ulotki oglądane przez P. w środkach komunikacji zbiorowej, którymi co dzień podróżuje. Ponadto jednak poczynił kilka spostrzeżeń, którymi zechciał się ze mną podzielić. OKO NA RYNEKPierwsza, dość jasna i oczywista obserwacja to ogólna szarość rynku giełdowego. Nie chodzi o jakąś siermiężność, lecz o wrażenie – mówiąc eufemistycznie – niepełnej legalności uprawianej tam działalności gospodarczej. Pieniądze przepływają z rąk do rąk bez jakiejkolwiek buchalterii. P. był nawet świadkiem rozmów handlujących na temat tego, ile kto zapłacił mandatu czy grzywny – prawdopodobnie za mijanie się w giełdowej działalności z obowiązującym prawem. O ile jeszcze w przypadku sprzętu, a ten przede wszystkim interesował P., sprawa jest jaśniejsza (chyba że np. niektóre z oferowanych na składanych stolikach notebooków zostały pozyskane w sposób nielegalny, ale w tej sprawie P. przyjmuje zasadę domniemania niewinności), to przy oprogramowaniu widać jawne piractwo. Po cenie niewiele wyższej od ceny nośnika można kupić niemal czego dusza zapragnie – systemy, programy użytkowe i gry, za które normalnie w sklepie trzeba by dać czasem grube pieniądze. P. zainteresował się sprawą obrotu hardwarem. Obserwując handlujących używanymi częściami pomyślał sobie, że w taki sposób mógłby i sam zarabiać. Nie jest do tego potrzebna bardzo głęboka znajomość techniki pecetowej. W zupełności powinno wystarczyć to, co można wyczytać w dostępnych książkach i czasopismach. P. czytuje te pisma przy okazji bywania w uczelnianej czytelni, kiedy czeka na zamówione książki. Ma też trochę doświadczenia praktycznego, bo zdarza mu się grzebać własnoręcznie w domowym komputerze. Przecież nie święci garnki lepią, a wykształcenie ścisłe i umiejętność szybkiego uczenia się znacznie ułatwiają opanowanie nowych szczegółów technicznych. Zdaje sobie jednak sprawę z pewnych trudności. Chcąc być w zgodzie z prawem, powinien od zarobionych (teoretycznie) pieniędzy płacić podatki, a wcześniej zarejestrować prowadzenie działalności gospodarczej. To zaś wiąże się z koniecznością wypełniania mnóstwa formalności – płacenie datków na utrzymanie ZUS, prowadzenie dokumentacji buchalteryjnej itp. Wszystkiemu trzeba poświęcić sporo czasu i wysiłku. W dodatku, z rozmaitych opowieści znajomych i doniesień prasowych P. odnosi wrażenie, że prowadzenie biznesu to w zasadzie dobrowolne kładzenie głowy pod topór. O byciu lub nie w zgodzie z przepisami decyduje często dowolna interpretacja czy po prostu widzimisię urzędnika urzędu skarbowego. Dla kogoś takiego jak P., lubiącego jasne i jednoznaczne sytuacje, wygląda to wszystko dość zniechęcająco. A GDYBY TAK RAZEM?A może – kolejny pomysł – dałoby się zaprząc do współpracy biurokratyczną machinę uczelnianą, doświadczoną w kontaktach z rozmaitymi urzędami, obeznaną z prawem i kruczkami pozwalającymi wykorzystać jego niedoskonałości, a przynajmniej korzystnie je zinterpretować? W ten sposób można by połączyć pożytki prywatne z uczelnianymi. Dlaczegóż by nie miał instytut – rękami P. na przykład – zająć się w czasie pozasłużbowym handlem używanymi komputerami, ich konserwacją itp. Byłoby to naturalne rozszerzenie działań w stosunku do wynajmowania przez uczelnię pomieszczeń komputerowej giełdzie. Ba! Człowiek stający przed wyborem: robienie interesów w tłumie, na stojąco, z jakimś nie budzącym zaufania młodzieńcem w rozciągniętym swetrze, czy też w budzących szacunek murach świątyni wiedzy, powinien wybrać to drugie. Niestety, po chwili zastanowienia i ten pomysł uznał P. za chybiony. Dość bowiem wspomnieć, jak uczelnia traktuje załatwione przez swoich pracowników pieniądze, dajmy na to z grantów. Ściągany przez nią haracz kojarzy się z najbardziej krwiożerczym wyzyskiem. Ale czy można się dziwić, skoro strumień pieniędzy na naukę i szkolnictwo wyższe wciąż o wiele za mały, a utrzymanie uczelni kosztuje, nie wspominając już o administracji. W tej sytuacji ceny, które mógłby P. oferować w swojej (teoretycznej) działalności ubocznej, przy uwzględnieniu rozsądnego zysku własnego, wylatywałyby ponad wszelkie rozsądne poziomy. ŻYCIE IDEAMIJRozmyślania te, których powiernikiem uczynił mnie adiunkt P., wzięły się oczywiście z ciągłego poczucia niedostatków finansowych. P. odbiera je dość boleśnie zwłaszcza wtedy, gdy dziecko patrzy nań z niemym wyrzutem, że nie urodziło się w lepiej sytuowanej grupie społecznej. Może to błędy wychowawcze – zastanawia się P. – a może zbyt młody wiek, by zrozumieć, że bogactwo duchowe i intelektualne więcej jest warte od materialnego. A przecież żal jakiś czuje do świata, że te dwie rzeczy wydają się być – przynajmniej w wymiarze indywidualnego losu P. – rozłączne. Ponadto analiza własnych dotychczasowych dokonań w sferze materialnej skłania go do pesymizmu. Jakoś tak zawsze wychodziło, że do prowadzonych przez siebie „interesów” handlowych w efekcie zawsze dokładał. Próbując znaleźć przyczynę swojej materialnej niezaradności P. zwala wszystko na owe lata, ciemne z punktu widzenia oswajania się z kapitalistycznym sposobem myślenia. W trakcie studiów zaliczał ekonomię polityczną socjalizmu, miast poznawać podstawy działania wolnego rynku. Głównemu swemu ówcześnie zajęciu – studiowaniu nauk ścisłych – poświęcał praktycznie cały czas. Podczas gdy niektórzy koledzy wprawiali się w sztuce handlowania, podejmując „turystyczne” wyprawy do krajów bratnich, on jedyny sposób dorobienia sobie paru groszy upatrywał jedynie w uzyskiwaniu semestralnych nagród za dobre wyniki w nauce. W duchu zaś traktował zajmowanie się interesami, zwłaszcza pokątnymi, za zajęcie podłej dość natury, niegodne poświęcania mu czasu i wysiłku. Z zapatrywaniem tym znakomicie koreluje składane niegdyś przez P. (po łacinie) przyrzeczenie doktorskie, w którym obiecywał, iż wiedzy swej nie użyje do zdobywania czczej sławy lub brudnego zysku, lecz po to, by prawda się bardziej krzewiła (jeśli dobrze zapamiętałem). – Mając w pamięci tak wzniosłe słowa – powiada – jakże mogę się oddać zajęciu tak nędznemu, jak handel? Obserwując swoich studentów P. widzi, że dzisiejsza młodzież jest zupełnie inna. Wielu zdaje się dobrze wiedzieć, jak zarobić na studia czy przyjemności. Ci, którzy wiedzą lepiej, jeżdżą „odlotowymi furami”, chodzą dobrze ubrani i – w sensie materialnym – stać ich na wiele. Studia są dla nich często zajęciem drugorzędnym, służącym posiadaniu wygodnego statusu studenta. Na owej giełdzie komputerowej po obu stronach „lady” kręci się sporo studentów. Nie przejmują się za bardzo przepisami prawnymi, lecz własnoręcznie tworzą nową rzeczywistość. W czasie zajęć P. próbuje uczyć ich myślenia i praw natury. Poza szkołą sami uczą się praw życia w kapitalizmie. To drugie chyba pociąga ich znacznie silniej. Ale też może się – paradoksalnie – okazać równie przydatne, jeśli już któryś postanowi zostać naukowcem. Może bowiem ci, co przeszli praktyczną szkołę ekonomii, będą umieli załatwić sobie przyzwoite środki na uprawianie nauki? |
|
|