|
|
Wyznania szalonego humanistyLeszek Szaruga Wydawać by się mogło, iż nie ma nic bardziej oczywistego niż zdanie o nauce pozostającej w służbie człowieka. Bywa ono przekształcane, a wówczas dowiadujemy się, że człowiek pozostaje w służbie nauki. Ta wersja pojawia się rzadziej i może być odczytywana dwuznacznie. Pozostańmy jednak przy pierwszym sformułowaniu. Nauka w służbie człowieka: co to znaczy? Na ogół rozumie się przez to, iż osiągnięcia nauki, jej rozwój i postęp – cokolwiek pod tym ostatnim pojęciem rozumieć – przyczyniają się do poprawy sytuacji człowieka, pozwalając na wykorzystywanie zasobów materialnych świata dla wzrostu zdrowotności, ułatwienia prac, wydłużenia żywota czy w ogóle podniesienia kondycji wszelakiej. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka: wynalazki techniczne czynią lżejszymi prace rolne, kopalne i wykopaliskowe, pozwalają skracać czas podróży, zwiększają komfort naszego bytowania. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby z minuty na minutę pozbawiono nas tak oczywistych, a stosunkowo wszak niedawno nam dostępnych urządzeń, jak pralka, lodówka, telewizor, radio, telefon czy długopis, nie mówiąc już o komputerze i poczcie elektronicznej. Zaś na samą myśl o braku prądu elektrycznego ogarnia człowieka panika i zabobonny lęk. To wszystko trudno poddawać dyskusji – bez wątpienia są to wyraziste przykłady osiągnięć, do których człowiek doszedł dzięki rozwojowi nauki. Podobnie z operacją – dziś niezwykle popularną, do niedawna jeszcze dość ryzykowną – wszczepiania pomostów zastępujących zatkane tętnice: teoretycznie możliwa ona była i wcześniej, rzecz w tym, iż konieczny był rozwój technik badania pacjenta, by w efekcie wyzwolić potencjalne moce technik operacyjnych, możliwe do zastosowania wtedy dopiero, gdy wiadomo, co i w którym miejscu ciąć i szyć. Jak widać, także tu nauka służy człowiekowi. I nic to, że osiągnięcia naukowe mogą człowiekowi zagrażać. To ryzyko wkalkulowane jest w samo istnienie człowieka. Zresztą także owym zagrożeniom może nauka pozostająca w służbie człowieka zapobiegać, przynajmniej do pewnego stopnia. I tu już dotykamy problemu dla wielu dość drażliwego, a mianowicie dość chwiejnej równowagi między naukami przyrodniczo-technicznymi a humanistycznymi. Rozwijająca się dynamicznie cywilizacja techniczna zdaje się nauki humanistyczne traktować jeśli nie po macoszemu, to jako nie do końca naukowe – ani tak skuteczne w służbie człowieka, jak medycyna czy fizyka lub biochemia, ani też tak sprawdzalne i mierzalne, jak matematyka, astronomia czy geologia. Odeszliśmy już dość daleko od systemów całościowych, w których spostrzeżenia dotyczące zachowań zwierząt, ruchu gwiazd czy zmian pogody wyrażane były w bliskich poezji formułach. Odeszliśmy zatem daleko od jedności postrzegania, odczuwania i oznajmiania. Tak daleko, że nieszczęśni humaniści gotowi są dosłownie przekładać kosmologiczną teorię strun na bajania o muzyce sfer, nie mówiąc już o tym, że metafory fizyków lub matematyków rozumieją zgoła opacznie. I nie bardzo widzimy związki łączące badania stóp wierszowych w liryce Josifa Brodskiego z polowaniem na superciężkie i nietrwałe pierwiastki spoza tablicy Mendelejewa. Co gorsza, niewielu już chyba się trudzi nad próbą powiązania z sobą tych jakże pozornie odległych od siebie dziedzin poznawczych. Czy warto to czynić? Zapewne warto, lecz nie bardzo wiadomo jak. Intuicyjnie co prawda wiemy, i jest to wiedza o stosunkowo dużej dozie pewności, że to wszystko się ze sobą łączy, gdyż, póki co, świat – choćby nawet miał się składać z niepoliczalnej liczby równolegle istniejących i różnych w swych właściwościach wszechświatów – jest jednak jednością. Wie o tym każde dziecko, jednak nikt nie potrafi tej wiedzy wyrazić tak, by ową jedność ogarnąć w jednej wypowiedzi. Z czego wysnuwa się pomysły mówiące, iż świat to wielość nakładających się na siebie narracji tworzących nawarstwiający się bez końca palimpsest. Ufff!! Wyobrażam już sobie minę studenta inżynierii wodnej, któremu to zdanie w trakcie wykładu komunikuję! A wszak mam do czynienia z przedstawicielem intelektualnej elity naszego globu, jednym z tych, którym dane jest podjąć studia wyższe. I żeby było jasne – nie mam nic przeciw inżynierii wodnej czy jakiejkolwiek innej, wręcz przeciwnie. Z drugiej jednak strony, rzeczywiście, co mają wspólnego nowego typu rozwiązania kanalizacyjne z ustaleniami odkrywającymi czwarty system wiersza polskiego w poezji Tadeusza Różewicza? Jak to ze sobą połączyć w sensowną całość? I jak z tego wywieść przekonanie, że wszystko to „nauka w służbie człowieka”? Nijak. Po prostu wystarczy przekonanie, a właściwie wiara tylko, iż wszystko, co w jakiś sposób manifestuje moce kreatywne człowieka, jest dlań pożyteczne. Nawet wtedy, gdy bliższe są te manifestacje zabawom dziecięcym niż uniwersyteckiej nauce. Z tym jednak, że gdy wszystkie te odkrycia, wynalazki i nowe rozwiązania, zaczynają przyrastać lawinowo i przytłaczać człowieka – a z taką właśnie sytuacją zdajemy się mieć do czynienia obecnie – muszą zostać poddane poznawczemu oglądowi. Konieczna jest refleksja nad nimi. I tu właśnie zaczyna się rola owej nienaukowej nauki, jaką jest działalność humanistów. Do takiej działalności należy m.in. pisanie felietonów, które, choć mówią o sprawach oczywistych, pozwalają wszystkim pochłoniętym pędem za nowością ochłonąć na chwilę, by ową wiedzę ze swego wnętrza wydobyć na powierzchnię i uświadomić sobie, iż to, co robią w służbie człowieka, jest cząstką olbrzymiego, wielorakie manifestacje posiadającego, procesu poznawania samego siebie. |
|
|