Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 1/2002

Akredytacja - krajobraz polski
Poprzedni Następny

Agora

Fundacja Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych zorganizowała
dyskusję panelową z udziałem przedstawicieli środowiskowych konferencji akredytacyjnych.

Paneliści: Stefan Jurga, Janina Jóźwiak, Alicja Konczakowska,
Danuta Strahl, Stanisław Chwirot, Leszek Pączek

 

 Prof. Stefan Jurga, przewodniczący Komisji Akredytacyjnej KRASP, rektor UAM: Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich na początku roku 2000 powołała Komisję Akredytacyjną KRASP. Ma ona koordynować działania środowiskowych komisji akredytacyjnych. Widzimy zdecydowaną potrzebę wspólnych działań. Jesteśmy świadomi, że np. te same kierunki studiów są prowadzone w różnych typach uczelni. Istnieje zatem potrzeba racjonalnego rozwiązania kwestii ich akredytacji. Potrzebna jest też wspólna reprezentacja komisji środowiskowych na forum instytucji krajowych i międzynarodowych. I wreszcie istnieje potrzeba współdziałania z Państwową Komisją Akredytacyjną, instytucją o charakterze rządowym, która będzie realizować inne zadania niż komisje środowiskowe. Sprawą, która również powinna leżeć w obszarze naszych zainteresowań, jest kreowanie nowych kierunków studiów o charakterze interdyscyplinarnym. Dzisiejsza Rada Główna nie rozwiązała związanych z tym zadań, nie stworzyła perspektyw dla nowych kierunków studiów. Nie ma dziś ze strony Rady Głównej skutecznej polityki, która dostosowywałaby szkolnictwo wyższe do wyzwań współczesności. Dlatego chciałbym, abyśmy podzielili się doświadczeniami środowiskowych komisji akredytacyjnych i porozmawiali o możliwościach współpracy.

Prof. Janina Jóźwiak, przewodnicząca Komisji Akredytacyjnej SEM „Forum”, wiceprzewodnicząca KBN, była rektor SGH: Reprezentuję Komisję Akredytacyjną Stowarzyszenia Edukacji Menedżerskiej „Forum”, które powstało w 1993 r. i daje mi to znakomitą okazję do przypomnienia, że była to pierwsza komisja akredytacyjna w Polsce. Dopiero kilka lat później pojawiła się inicjatywa powołania Komisji Akredytacyjnej Uczelni Medycznych i Uniwersyteckiej Komisji Akredytacyjnej, a następnie innych komisji. Komisja Akredytacyjna SEM „Forum”, choć tworzą ją przedstawiciele zarówno uczelni publicznych, jak i niepublicznych, akredytuje głównie kierunki w uczelniach niepublicznych. Mieliśmy nadzieję, że nawiążemy współpracę akredytacyjną także z uczelniami państwowymi, okazało się wszakże, że z pewnych powodów nie było to możliwe. Uczelnie państwowe powołały własną komisję. Nie chcę używać słowa „konkurencja” odnośnie relacji między nimi, lecz może jest to słowo właściwe.

Gdy patrzę na polski krajobraz akredytacyjny, trochę mnie niepokoi, że następuje podział rynku akredytacji, wynikający z tego, że każdy typ uczelni tworzy własną komisję akredytacyjną. Być może to przesadna obawa, ale czy nie jest to zamykanie się we własnych wyobrażeniach na temat kształcenia? Jeśli zdarzy się tak, że wydziały ekonomiczne, które w tej chwili są chyba w każdej akademii rolniczej w Polsce, zgłoszą się po akredytację do jednej z komisji prowadzących akredytację kierunków ekonomicznych, będzie to oznaczało, że sytuacja się normalizuje. Obawiam się jednak, że tak nie będzie, a mam doświadczenie z pracy w Komitecie Badań Naukowych. Jak Państwo sądzą, ile z takich wydziałów zgłasza się po kategoryzację do Zespołu Nauk Ekonomicznych? Żaden. Wszystkie są kategoryzowane przez Zespół ds. Nauk Rolniczych. Ten problem jest szczególnie drażliwy w przypadku kształcenia ekonomicznego, ponieważ w chwili obecnej wszystkie uczelnie mają za punkt honoru prowadzenie kształcenia ekonomicznego. Dotyczy to także politechnik i innych uczelni. Spodziewam się, że najłatwiej i najszybciej procedurze akredytacji oferowanej przez Komisję Akredytacyjną FPAKE poddadzą się wydziały ekonomiczne uniwersytetów. Co do pozostałych uczelni mam wielkie wątpliwości i żywię obawę, że przy tej wielości inicjatyw, które same w sobie są bardzo cenne i godne poparcia, możemy doprowadzić do bardzo silnej segmentacji środowiska.

Prof. Stefan Jurga: W UKA akredytujemy w tej chwili kierunki chemiczne uczelni technicznych, a więc jednak współdziałanie jest możliwe.

Fot. Marcin Dąbrowski

Prof. prof.: J. Jóźwiak, A. Konczakowska,
S. Jurga, L. Pączek

Prof. Alicja Konczakowska, przewodnicząca Komisji Akredytacyjnej Uczelni Technicznych, prorektor PG:
Reprezentuję KAUT. Jest to komisja w tym gronie najmłodsza. Rozpoczęliśmy akredytację 6 kierunków. Przypomnę, że na ponad 100 kierunków, które są zatwierdzone przez MEN, uczelnie techniczne prowadzą ok. 60. W uczelniach technicznych prowadzone jest kształcenie również na takich kierunkach, jak zarządzanie i marketing i sądzę, że rola komisji środowiskowych powinna polegać także na umiejętności współpracy, tzn. określenia, które komisje potrafią najlepiej ocenić poszczególne kierunki. Takie właśnie rozmowy prowadzimy z UKA. W tej chwili w komisji uniwersyteckiej odbywa się proces akredytacji kierunków chemicznych prowadzonych w uniwersytetach i uczelniach technicznych. Nasze procedury oceny różnią się od innych tym, że do grupy ekspertów włączamy również pracodawców – chcemy mieć opinię osób posiadających praktyczną wiedzę o absolwencie. W standardach kładziemy również nacisk na praktyki. Pracodawcy żądają absolwentów wykształconych szeroko; zdziwiło mnie ich stwierdzenie, że mniej ich obchodzi, jakie studia absolwent skończył, a bardziej, czy umie się uczyć i rozwiązywać problemy. Choć wiem, że nie od każdego absolwenta można tego wymagać.

Prof. Leszek Pączek, wiceprzewodniczący Komisji Akredytacyjnej Uczelni Medycznych, prorektor AM w Warszawie: Jestem reprezentantem KAUM, powołanej w roku 1997. Pierwszy rok działalności pochłonęła nam praca nad standardami, ich opublikowanie i rozpowszechnianie. Potem opracowaliśmy kwestionariusz samooceny i rozpoczęła się procedura akredytacyjna. Nie ukrywam, że opieraliśmy się na amerykańskich wzorach. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, mają one 120-letnią tradycję, a że w wielu uczelniach medycznych prowadzimy nauczanie w języku angielskim (tzw. English Division), chodziło nam także o to, by mieć akredytację również w Ameryce. Były to więc względy przede wszystkim praktyczne. Drugim powodem było to, że nie ma standardów nauczania medycyny we wspólnej Europie.
Do tej pory zostało akredytowanych 8 uczelni medycznych na 10. Nie wszystkie uczelnie złożyły kwestionariusze samooceny, pomimo że miały na to 3 lata. A więc nie wszyscy poddają się procedurze akredytacyjnej.

Nasze doświadczenia mogę podsumować w dwóch punktach. Po pierwsze, stworzyliśmy już kolejną wersję standardów – zostały właściwie na nowo napisane. Po drugie, mamy nową wersję kwestionariusza samooceny, który w sposób znakomity odchudził się i zmniejszył. W raporcie kwintesencją oceny są dwie ostatnie strony – mocne i słabe strony uczelni. Minusy to niejako ukryte zalecenia, co można i należy poprawić. W drugiej turze akredytacyjnej trzeba będzie przejrzeć poprzedni raport i sprawdzić, co zrobiono, a czego nie. Zatem druga tura akredytacyjna będzie łatwiejsza.

Relacje między instytucjami akredytacyjnymi dają się bardzo łatwo wyjaśnić, jeśli zada się zasadnicze pytania: Kto powołał komisję, kto do niej wszedł i kto ją uznał? PKA z definicji nie jest w stanie przeprowadzić wizyt akredytacyjnych i ocenić nauczania 1,5 mln ludzi w Polsce w kilkuset szkołach prywatnych i państwowych. Wobec tego komisje środowiskowe muszą działać i nie jest to tylko fakt zastany, ale ważna potrzeba. Relacje między nimi układają się dość klarownie. Zadania PKA to troska o poziom warunków, wypełnienie których pozwala otworzyć nowy kierunek czy nową szkołę, tak aby nie zdarzały się uczelnie wirtualne – bez siedziby, bez prawdziwych profesorów (bo każdy z nich jest na emeryturze lub na drugim czy trzecim etacie), bez sal, a za to z wielką liczbą studentów i z jeszcze większą księgowością. Natomiast nasze zadania określił już na wstępie prof. Jurga: ocena jakości nauczania, kwestia minimów programowych, zadania na forum krajowych i międzynarodowych instytucji akredytacyjnych.

Zagadnieniem, które chciałbym podnieść, jest sprawa audytorów, czyli osób, które będą wizytowały szkoły w trakcie akredytacji. Myślę, że we wspólnym interesie komisji akredytacyjnych (państwowej również) leży to, aby audytorzy byli w podobny sposób przygotowani do pełnienia swych funkcji, ponieważ będą oni wprawdzie oceniali różne aspekty działalności uczelni, różne dyscypliny naukowe, ale techniki prowadzenia oceny powinny być podobne. Sądzę więc, że pojawią się trzy grupy działania: PKA, komisje środowiskowe i grono audytorów. Jeśli zatem w dwu komisjach środowiskowych będą działać tak samo przygotowani audytorzy, można domniemywać, iż porównywalne będą nie tylko wyniki ich działania, lecz także akredytujące instytucje.

Prof. Danuta Strahl, przewodnicząca Komisji Akredytacyjnej Fundacji Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych: Jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o wielość agencji akredytacyjnych. Sądzę, że nie tyle należy się obawiać wielości, co dążyć do wypracowania form współpracy. Rzeczywiście, najbliżej jest naszej komisji do SEM „Forum”, ale myślę, że swą działalnością pokazujemy, iż czerpiemy z Państwa doświadczeń. Zapraszamy z Waszego grona zarówno konsultantów, jak i recenzentów, a przedstawiciele SEM „Forum” także nas szkolą. Perspektywy dalszej współpracy oceniam pozytywnie. W kwestiach ogólniejszych myślę o dwóch modelach działań Komisji Akredytacyjnej KRASP. W pierwszym KRASP ustalałaby, że np. komisja reprezentująca kierunki ekonomiczne będzie je akredytowała we wszystkich uczelniach, a KAUT poprowadzi akredytację kierunków technicznych. Można sobie jednak wyobrazić, że wszystkie komisje akredytacyjne będą działać niezależnie. I wtedy uczelnia może chcieć otrzymać np. akredytację obu instytucji. Wówczas pojawi się ekonomia akredytacji, kiedy uczelnia będzie mogła chlubić się jedną, dwoma czy trzema „koronami” akredytacyjnymi. Model ten może wprowadzić ważną informację dla kandydatów, którzy stoją przed wyborem kierunku prowadzonego w uczelniach różnego typu. Jest też inny aspekt tej sprawy. Gdyby uczelnie starały się uzyskać akredytację kierunku w różnych komisjach, można to traktować jako sygnał otwarcia się na modele kształcenia różnych środowisk. Mamy z pewnością kilka ważnych problemów do dyskusji w ramach akredytacji. Np. jak głęboko rynek pracy może interweniować w programy studiów, które kierunki chronić przy skromnym ich urynkowieniu.

I na koniec problem uznawalności naszych certyfikatów. Kiedy będziemy mogli powiedzieć, że mamy nawzajem pełne zaufanie do swoich wyników? Myślę, że stanie się to wtedy, gdy, po pierwsze, ustalimy, że nasze modele akredytacji zawierają pewne wspólne, trwałe elementy. Po drugie, jeśli procedury będą w pełni przejrzyste. Po trzecie, gdy będziemy, jak proponował prof. Pączek, wspólnie kształcić audytorów.

Prof. Stanisław Chwirot, przewodniczący Uniwersyteckiej Komisji Akredytacyjnej: UKA działa od roku 1998 i została powołana przez Konferencję Rektorów Uniwersytetów Polskich. KRUP określa strategiczne zadania, które komisja ma realizować, a nie sprowadzają się one tylko do akredytacji. Chodzi także o stymulowanie podnoszenia jakości kształcenia i przygotowanie uniwersytetów do działalności w warunkach integracji europejskiej (m.in. dlatego jednym z wymogów bezwzględnych naszej akredytacji jest wprowadzenie ECTS). W ramach celów strategicznych usiłujemy również, z coraz większym powodzeniem, wdrożyć program MOST, który swą nazwę wywodzi od mobilności studentów, a w którym chodzi o to, aby studenci bez większych trudności mogli spędzić 1-2 semestry swoich studiów w innej polskiej uczelni niż macierzysta.

Komisja wspomaga samoorganizację środowiska, co oznacza, że nasza akredytacja jest dobrowolna, zaś UKA wspiera inicjatywy grup, które chcą dla danego kierunku tę akredytację wprowadzić. Uznaliśmy, że tylko takie podejście gwarantuje pozytywny charakter akredytacji i tylko pod tym warunkiem akredytacja będzie akceptowana. W związku z tym określamy też minimalne warunki wejściowe. od jednostek, które chcą się ubiegać o akredytację czy też tworzyć system akredytacji dla danego kierunku wymagamy tylko tego, aby w podstawowych wymiarach działały zgodnie z prawem i miały wprowadzony system wewnętrznego zarządzania jakością. Nawet go nie definiujemy, bowiem w warunkach polskich samo wprowadzenie takiego systemu jest istotne. Chcemy, by jednostka miała wprowadzony, a przynajmniej opracowany, wspomniany system transferu punktów. To znacząco zmienia całą atmosferę wokół dydaktyki, relację wykładowca – student itd. Akredytacja jest elastyczna w tym sensie, że poszczególne grupy jednostek prowadzących nauczanie na danym kierunku studiów same określają standardy kierunkowe. UKA zatwierdza standardy, ale ingerencje są bardzo rzadkie i z reguły zmierzają albo do uporządkowania standardów, albo do ich nieznacznego podniesienia. Aczkolwiek było i tak, że musieliśmy walczyć ze środowiskiem historyków o obniżenie poziomu wymagań kadrowych, które były ustawione niebotycznie wysoko.

Akredytacja jest otwarta. Każda jednostka uniwersytecka i nieuniwersytecka może wystąpić o przeprowadzenie procesu i uzyskanie certyfikatu jakości. Na tej zasadzie dokonaliśmy np. akredytacji fizyki technicznej w AGH w Krakowie, a także psychologii w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Warszawie. Mamy sygnały, że kilka innych jednostek pozauniwersyteckich będzie się ubiegać o akredytację. W porozumieniu z Panią Rektor Konczakowską chcemy, aby cała akredytacja chemii odbywała się w ramach UKA, a to dlatego, że środowisko chemików było od wielu lat bardzo zintegrowane i chciało uniknąć sytuacji, kiedy będzie się akredytować w jednym środowisku, a część w drugim.

Akredytacja jest płatna. Musimy o tym pamiętać, kiedy będziemy rozmawiać o PKA. Według mnie, nieszczęśliwie się złożyło, że przy całym dużym obszarze dowolności, który zostawiono nowelizując ustawę i wprowadzając PKA, wybrano rozwiązanie akredytacyjne najbardziej kosztowne i czasochłonne, a mianowicie strukturę zespołów kierunkowych. To powoduje, że system akredytacji będzie szalenie trudny do wprowadzenia. Wyobraźmy sobie akredytację pojedynczej uczelni: ani finansowo, ani organizacyjnie PKA nie będzie stać na to, żeby tego rodzaju struktura mogła efektywnie działać. Szkoda, że tak się stało, bo akredytacja państwowa jest w Polsce niezbędna.

Postrzegamy rolę środowiskowych komisji akredytacyjnych tak oto, że mają one stymulować wyższą jakość kształcenia. Jak wysoką, to zależy od tego, co na danym etapie rozwoju uznamy za potrzebne i jak wysoko określimy standardy akredytacji. To powinna być rola Komisji Akredytacyjnej KRASP – doprowadzić do wzajemnego uznawania naszych standardów, aby nie było w nich wyraźnej sprzeczności. I skoro mamy, niestety, tendencję do zamykania się w swoich środowiskach, to Komisja Akredytacyjna KRASP może pewne rozwiązania egzekwować (czerpiąc siłę dla wdrażania niektórych pomysłów z pozycji rektorów i poprzez rektorów), ale należy to robić bardzo delikatnie, bowiem system będzie działał tak długo, jak długo nie będzie postrzegany jako narzucony. I dlatego np., będąc w ścisłym kontakcie z FPAKE, nie chcemy forsować na siłę wariantu, by uniwersyteckie wydziały ekonomiczne akredytowały się w komisji szkół ekonomicznych. Na razie ściśle współpracujemy opracowując standardy, żebyśmy mogli je nawzajem uznać i mamy nadzieję, że z czasem dojdzie do takiej integracji środowiska, iż w którymś momencie utworzymy wspólne ciało. Ale nie należy tego robić na siłę. Podobny problem mamy z informatyką. Uzgodniliśmy, że ważna jest też reprezentacja w wymiarze międzynarodowym. Na pewno nie jest to zadanie wyłącznie PKA. Dyrektywa Unii Europejskiej z 1997 roku w sprawie utworzenia ENQA – europejskiej sieci instytucji akredytujących, nie bez powodu przewiduje dla każdego kraju dwa miejsca. Jedno jest dla państwowej komisji – jest ona tam niezbędnie potrzebna, bowiem to państwo odpowiada za bezpieczeństwo konsumentów, tak przy sprzedaży żelazka, jak przy otwieraniu wyższej uczelni. A drugie miejsce jest właśnie zarezerwowane dla przedstawicieli środowiskowych agencji. Na rynku są potrzebne i jedne, i drugie. Powinniśmy mieć jednolitą reprezentację i Komisja Akredytacyjna KRASP stwarza doskonałą okazję, abyśmy wszyscy byli godnie i z odpowiednim autorytetem reprezentowani.

I wreszcie sprawa minimów programowych, ich zawartości i pewnej elastyczności. Pytam: Czy minima są nam w ogóle potrzebne? Nie bez powodu nie ma europejskich standardów kształcenia fizyków, chemików, prawników, historyków itd. Dzieje się tak m.in. dlatego, że w przyszłości, poprzez wzajemne uznanie jakości – w sensie jej organizacji, rzetelności podejścia do programu, oceny i ewaluacji – agencje będą się uznawać nawzajem. Definiowanie tego, co nazywamy minimami głównych kierunków studiów, nie jest potrzebne, usztywniamy tylko strukturę. Nie jest to działanie odpowiadające wymogom naszych czasów. W Polsce przywiązanie do podobnych zabiegów wzięło się stąd, że nie mając właściwych mechanizmów okresowej oceny, kontroli i egzekwowania jakości, próbowaliśmy tworzyć zastępcze, sztywne ramy, aby mieć chociaż minimalne poczucie bezpieczeństwa.

Dr Andrzej Graczyk, AE Wrocław: Mam pytanie dotyczące tego, jak społeczność akademicka, a przede wszystkim pracownicy uniwersytetów, przyjęli działanie UKA w początkowej fazie działalności? Czy była akceptacja, czy wręcz przeciwnie? I jak Państwo sobie z tym poradziliście?

Prof. Stefan Jurga: Na początku było wiele oporów, jak to często bywa przy pracy pionierskiej. Środowisko akademickie uważało, że akredytacja jest zadaniem państwa. Dzisiaj, co potwierdził prof. Chwirot, uważamy ją za dobro, które nas integruje. Początek był trudny, ale dzisiaj jest niemal powszechna akceptacja dla tych działań.

Prof. Alicja Konczakowska: Sądzę, że obraz zainteresowania środowiska można oddać poprzez liczbę zgłoszeń jednostek do akredytacji. Do naszej komisji, która działa tylko kilka miesięcy, wpłynęło ok. 80 zgłoszeń i wciąż napływają kolejne. można powiedzieć, iż jest chęć do akredytacji, mimo że wiąże się to z dużą pracą. Odzew jest pozytywny, niemniej ciągle są stawiane pytania: Po co? Co to nam da?

Prof. Janina Jóźwiak: Reakcja tzw. „szarego” profesora, nauczyciela akademickiego na akredytację z założenia jest negatywna, dlatego że nakłada dodatkową pracę, konieczność przemyślenia swoich działań, zebrania dokumentacji itd. To powszechne zjawisko. Czym innym jest samoświadomość, chęć uczestniczenia w procesie akredytacji przez kierownictwo uczelni, dziekanów, rektorów itd., a zupełnie czym innym – reakcja pracownika. Miałam przyjemność pracować w zarządzie Europejskiego Stowarzyszenia Uniwersytetów i wizytowaliśmy Uniwersytet w Genewie w ramach procesu oceny poprzez peer review. Kierownictwo uczelni było zachwycone tym procesem, natomiast pracownicy poszczególnych jednostek gorąco krytykowali i procedury, i sam proces oceny. Ale to nie znaczy, że mamy się wycofać z akredytacji.

Prof. Stanisław Chwirot: Trzeba pamiętać, że sytuacja się zmienia. Kiedy zaczynaliśmy myśleć o wprowadzeniu systemu akredytacji, wiele osób spotykało się po raz pierwszy z tym słowem. Akredytacja jest dla ocenianej jednostki organizacyjnej dość przykrą sprawą i trzeba wysokiego poziomu świadomości, żeby się na to zdecydować. Trzeba przyjąć na siebie dodatkowe obowiązki, wymusić albo wprowadzić pewne rzeczy, uporządkować je w samej jednostce. Trzeba w końcu przygotować samoocenę. Kto lubi być poddawany ocenie? Z czasem rośnie świadomość tego, że uczelnie to nie byty z definicji nienaruszalne, że ich finansowanie zależy od liczby studentów, że student powinien być coraz bardziej dostrzegany w ich działalności. Najlepszy dowód, że świadomość narasta, to wzrost liczby zgłoszeń do akredytacji.

Były kolejne przełomy. Najpierw wszyscy mówili „nie”, bo nie wszystko, co na Zachodzie, u nas musi być dobre i nie będziemy tego „małpować”. a poza tym państwo zmieni prawo i samo to zrobi. potem była postawa św. Augustyna, który, jak Państwo może słyszeliście, był przez dużą część życia strasznym łobuzem; kiedy już poczuł, że trzeba coś z tym zrobić, w złych chwilach wołał: „Panie Boże, spraw, aby moje życie było czyste, ale jeszcze nie dziś”. Dziś jest świadomość, że trzeba akredytację robić, ale jest też opór. W tej chwili, kiedy wydaliśmy już prawie 130 akredytacji, a 300 jednostek organizacyjnych zgłosiło chęć jej uzyskania, kiedy mamy opracowane standardy, kiedy studenci zaczynają pytać, czemu na jednym kierunku ją mają, a na innym nie, pojawia się zjawisko noblesse oblige. Mimo że akredytacja jest dobrowolna, ci, którzy chcą być postrzegani jako wysokiej klasy specjaliści z dobrej jednostki, czują przymus moralny. Te stadia trzeba przejść. Tak było wszędzie i dobrze, że się tak dzieje. Akredytacja działa tylko wtedy, gdy jednostki dobrowolnie się do niej zgłaszają. Mnie się wydaje, że pojawienie się nowych komisji świadczy o zdolności środowiska akademickiego do samoregulacji. dla każdego dynamicznego, otwartego systemu jest bardzo ważne, żeby ją utrzymać.

Fot. Marcin Dąbrowski

Prof.prof. D. Strahl, S. Chwirot

Prof. Krystyna Piotrowska-Marczak, prorektor UŁ:
Chciałam zapytać o dalsze perspektywy. Rozumiem, że różne komisje są na różnych etapach działalności, a etap najważniejszy to przekonanie środowiska akademickiego do akredytacji, do refleksji nad samym sobą. Co stanie się, gdy już wszyscy będziemy akredytowani? Certyfikat, świadectwo jakości, które będzie posiadać przynajmniej część uczelni i kierunków, ma wejść na rynek pracy. Aby odgrywało właściwą rolę, musi być upowszechnione. dalsza perspektywa dla Komisji Akredytacyjnej KRASP wykracza poza ramy stwierdzenia różnic jakościowych między uczelniami i idzie w kierunku rozpowszechniania wagi tej akredytacji po to, by pracodawca, borykający się czasem z problemem wyboru i oceny absolwenta, otrzymał jasną informację: To jest absolwent po studiach gwarantujących mi dobrego pracownika.

Prof. Stefan Jurga: Sądzę, że dotyka Pani bardzo ważnej kwestii, którą dyskutowaliśmy w UKA. O ile my rozumiemy akredytację jako system zero-jedynkowy, o tyle na pewno musi się pojawić zróżnicowane świadectwo jakości. Komisje będą w zdrowy sposób ze sobą konkurować. Dzisiaj nie ma tego problemu, jeżeli chodzi o uczelnie ekonomiczne. Jak rozumiem, istnieje czołówka państwowych uczelni ekonomicznych z jednej strony, a z drugiej jest prawie 200 uczelni niepublicznych, które w większości powinny dążyć do poziomu państwowych uczelni ekonomicznych. Ale w uniwersytetach i uczelniach technicznych jest problem zróżnicowania poziomu.

Prof. Alicja Konczakowska: Troszkę inaczej to rozumiem. Po pierwsze, akredytacja jest przyznawana na 2 lub 5 lat. Na pewno standardy i warunki do spełnienia będą wzrastały. W związku z tym, aby dostać akredytację na 5 lat, trzeba spełnić inne warunki. Czy akredytacja gwarantuje, że każdy absolwent akredytowanego kierunku będzie bardzo dobry? Wydaje mi się to niemożliwe, bo student nie jest przedmiotem działania, ani produktem, tylko podmiotem – uczestnikiem kształcenia. Ile wyniesie on ze świetnej i akredytowanej szkoły, zależy tylko od niego, nikt mu siłą oleju do głowy nie naleje. Pracodawca może oczywiście brać pod uwagę, że kierunek ma akredytację, ale nie każdy jego absolwent będzie świetny.

Prof. Janina Jóźwiak: Myślę, że wracamy do pytania: Czemu służy akredytacja? Czy to jest informacja dla rynku, czy też proces, który sami budujemy, w którym chcemy uczestniczyć, aby doskonalić jakość nauczania? Oczywiście, jest w niej jakaś informacja dla rynku i kiedyś zapewne osiągniemy ten stan, że wszystkie kierunki ekonomiczne w Polsce będą akredytowane, bo spełnią standardy, które sami ustaliliśmy. Ale myślę, że to wyzwoli dodatkowo informację o jakości kształcenia i każdy pracodawca będzie mógł formułować odmienne kryteria w stosunku do przyszłych absolwentów. O tym wspomniała prof. Strahl, pytając, na ile serio powinniśmy traktować aktualne oczekiwania rynku pracy wobec uczelni wyższych. Uważam, że nie możemy się kierować wyłącznie nimi, gdyż sytuacja na rynku pracy zmienia się jeszcze bardziej dynamicznie niż to, co proponujemy w uczelniach. Mówiliśmy już, że pracodawcy oczekują dobrze wykształconych ludzi, którzy potrafią myśleć i uczyć się przez całe życie. Natomiast, czy uczelnie powinny dokładnie dostosowywać się do kryteriów formułowanych przez pracodawców? Nie sądzę. Uważam, że powinniśmy na akredytację patrzyć raczej jako na proces doskonalenia pracy nauczycielskiej.

Prof. Danuta Strahl: Przychylam się do tonacji wypowiedzi prof. Jóźwiak, że akredytacje to promowanie wysokich standardów edukacyjnych, doskonalenie systemu jakości. I w tę stronę powinniśmy się kierować. A jeśli uczelnie dostosują się do naszych standardów, będziemy podwyższać poprzeczkę, udoskonalać proces akredytacji bądź korzystać z benchmarkingu. Droga przed nami bardzo długa i nie boję się, że zabraknie nam pracy.

Prof. Stanisław Chwirot: Chcielibyśmy, żeby certyfikat wysokiej jakości kształcenia miał znaczenie dla osób, które podejmują decyzję o miejscu studiowania. Tu pojawia się problem marketingu akredytacji, czyli rozpowszechniania jej wyników. Udało nam się w informatorach dla kandydatów na studia, przy kierunkach, które mają akredytację, zamieścić logo UKA. Niestety, doświadczenia wskazują, że jakość nie jest najważniejszym kryterium przy podjęciu decyzji o wyborze studiów. Decyduje również szereg innych kryteriów, np. odległość od miejsca zamieszkania.

Dostrzeżenie znaczenia akredytacji przez pracodawców wymaga czasu. M.in. to jest powodem, dla którego obawiałbym się zbyt wczesnego wprowadzenia rankingu do akredytacji środowiskowej. Po pierwsze dlatego, że sama idea dopiero zyskuje sobie popularność w gronie uczelni, a ranking wprowadza potencjalne konflikty. A po drugie dlatego, że ciągle jeszcze nasza marka nie funkcjonuje na rynku na tyle silnie, żeby ją rozmywać przez certyfikat A, B czy C. Powstanie też certyfikat PKA, która określi, czy ktoś w ogóle powinien być dopuszczony do działania na rynku, i już powstaje złoty znak jakości przyznawany przez komisje środowiskowe, który mówi: ci są z klubu wysokiej jakości. Wiodące uczelnie będą chciały mieć jeszcze większy wyróżnik, jak w przypadku amerykańskiej Ivy League. Być może przyjdzie ten moment, gdy wprowadzimy Złoty Certyfikat z Diamentem czy coś podobnego. Ale bałbym się wprowadzenia trzech, czterech klas akredytacji, bo doświadczenia uczą, że będzie jak z systemem kategorii KBN, gdzie nastąpiła dziwna akumulacja wszystkich instytucji w klasie A i trzeba było tworzyć klasy A+, A1, A2 itd.
Prof. Stefan Jurga: Jeżeli my się nie zróżnicujemy, to pojawią się inne agencje akredytacyjne, które tę lukę wypełnią.

Prof. Kazimierz Dobrzański, AE w Poznaniu: Jest oczywiste, iż akredytacja jest potrzebna, lecz budzi się we mnie niepokój i pytanie dotyczące sylwetki absolwenta. Zapytałem moich seminarzystów, jak sobie wyobrażają swoje życie zawodowe. Zaczęliśmy obliczać, że osiągną kres aktywności zawodowej w okolicach roku 2040. Na Wybrzeżu przeprowadzono ankietę wśród studentów i zapytano: Kto w najbliższym czasie podejmie własną działalność przedsiębiorczą, założy własną skromną firmę? Trzy osoby na sto odpowiedziały: ja. W naszych studentach, którzy stają przed wyzwaniem rynku, i to nietypowego, chaotycznego rynku, nie ma odwagi albo samodzielności myślenia. Uciekają w przekonanie, że ktoś za nich stworzy miejsca pracy, czy – jak to się mówiło – „państwo zabezpieczy”. Do czego zmierzam? Wielość uczelni oznacza wielość wydziałów, kierunków studiów, programów i – niestety – niedostatków kadrowych. Ta wielość – dzisiaj również wielość komisji akredytacyjnych – sprawia, że w tym kontekście znowu pojawia się problem sylwetki absolwenta ekonomisty. Kto i jak wytłumaczy tej młodzieży, że sprosta wymaganiom rynku? Kiedy słyszę słowo organizacja, nie trzeba mi więcej. Odpowiadam sobie: ład i porządek. Kiedy słyszę wyraz ekonomista, mówię sobie: on się zna na tym i na tym. I ten zakres wiedzy, umiejętności i postaw trzeba określić wspólnie.

Prof. Janina Jóźwiak: Sprawa pierwsza: nie ma nic negatywnego w tym, że kształci się ekonomistów w bardzo różny sposób. Jestem gorącą przeciwniczką słynnych minimów programowych, które narzucają szablon wszystkim studiującym. Wydaje mi się, że uczelnie – wszystko jedno: państwowe czy prywatne – powinny mieć prawo do kształtowania procesu nauczania według swojej wizji. Prob

Komentarze