Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 2/2002

Rydzyna, czyli początek
Poprzedni Następny

Rody uczone (63)

Dom jest prawdziwym bogactwem, wyróżniającym człowieka,
nadającym sens wszelkim jego trudom, ale i zobowiązującym.

Magdalena Bajer

Arkadiusz Piekara

Gdy w roku 1909 umarł bezpotomnie ordynat, książę Antoni Sułkowski, rząd pruski zabrał dobra ordynacji na własność skarbu pruskiego, gwałcąc – opartą na uchwale Sejmu dawnej Rzeczypospolitej – wolę twórcy ordynacji, według której – w wypadku wygaśnięcia rodziny Sułkowskich – dobra ordynacji miały zostać przeznaczone na wychowanie młodzieży. Wolę ordynata spełniły dopiero władze Drugiej Rzeczypospolitej tworząc w Rydzynie Gimnazjum i Liceum imienia Sułkowskich.

– Szkoła średnia o takim poziomie, takim standardzie i takich walorach, że chyba równej sobie nie miała – wspomina Andrzej Piekara, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. No pewnie, mogło iść z nią w szranki Liceum Krzemienieckie, na drugim krańcu przedwojennej Polski, ale w dzieciństwie pana profesora obie szkoły rozgrywały w każde wakacje zawody kajakowe. Do programu nauczania i wychowania, bardzo autentycznie ze sobą połączonych, należało, przez cały rok szkolny, wspólne budowanie kajaków w doskonale wyposażonej, zajmującej całe piętro, pracowni.

Andrzej Piekara, urodzony w roku 1930, uważa, że Rydzyna, wspominana jako miejsce szczęśliwego dzieciństwa, ukształtowała go trwale, zaszczepiając takie elementarne cnoty, jak: wierność – ludziom i ideałom, prawdomówność, rzetelność, życzliwość i szacunek dla innych, ale także szczególny „zachodniopolski” patriotyzm, z dużą wrażliwością na sprawy lokalne. Miała się odezwać wiele lat później, w zainteresowaniach naukowych profesora i jego działalności społecznej.

I DOM I SZKOŁA

Rydzyna to był także dom, harmonijnie w oddziaływaniu wychowawczym zjednoczony z Gimnazjum i Liceum Sułkowskich. Ojciec Jerzego, później wykładowcy Szkoły Morskiej w Szczecinie, Andrzeja oraz ich przyrodniej siostry, urodzonej po wojnie dr Lidii Piekara-Sady – wybitny fizyk i szeroko znany popularyzator fizyki Arkadiusz Piekara (wówczas asystent UW), znalazł się w gronie nauczycieli tworzących ten nowoczesny w dwudziestoleciu międzywojennym ośrodek. Pracował tam również jego brat Brunon, jeszcze jeden w uczonej rodzinie fizyk, od 1937 roku docent Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W szkole ojciec urządził zupełnie wtedy unikalną pracownię fizyczną, mieszczącą się w 7 pokojach i zawierającą głównie najprostsze przyrządy oraz rozmaite elementy potrzebne do budowania bardziej skomplikowanych urządzeń, co było zadaniem uczniów, a wyrabianie w nich samodzielności należało do wychowawczego programu, podobnie jak uczenie fizyki metodą kolejnych przybliżeń i cyklicznego powracania do poszczególnych działów.

– I Rydzyna się mogła chwalić, i Polska mogła się chwalić tą pracownią. Serdeczna synowska pamięć bywa skłonna do idealizacji, jednak dr Lidia Piekarówna przywołała świadectwo obiektywne – nierzadkie cytowania prac publikowanych przez rydzyńskich fizyków. W monografii napisanej przez Tadeusza Łopuszańskiego, dyrektora szkoły, znajduję sformułowane expressis verbis zadania, jakie stawiali sobie wykonawcy testamentu księcia ordynata Sułkowskiego. Najogólniej określają je słowa o „budowaniu zrębów psychiki warstwy inteligenckiej”, które musi być „odpowiednie do czasu historycznego”. Niepodległej, stającej się nowoczesnym państwem, potrzeba było ofiarnych patriotów, rozumnych obywateli, dobrze i wszechstronnie wykształconych specjalistów wielu dziedzin, które należało rozwijać. Świętowanie rocznic narodowych tyleż temu służyło, co zajęcia w pracowni fizycznej z prof. (gimnazjalnym jeszcze) Arkadiuszem Piekarą, budowanie kajaków na „pracach ręcznych” i spotkania podczas spływów z krzemienieckimi kolegami.

Synowie profesora należą do ostatniego bodaj pokolenia, które zaznało niezwykle cennej jedności tego, co dawały im w życiowym bagażu dom i szkoła, a także harcerstwo, gorąco przez rodziców wspierane. Jest w nim, jak myślę, także siła do przeniesienia całości owego bagażu poprzez najcięższe doświadczenia.

UTRWALENIE WZORU

Arkadiusz Piekara urodził się w roku 1904 w Warszawie. Po gimnazjum Rejtana skończył w 1927 roku fizykę w UW, uzupełniając studia w Paryżu w latach 1933-34. Asystent uniwersytetu i nauczyciel prowadził w swojej rydzyńskiej pracowni badania naukowe nad właściwościami dielektrycznymi układów koloidalnych, należące wówczas do pionierskich.

Szczęśliwe, intensywne umysłowo i duchowo życie profesorskiej rodziny przerwała wojna i „polowanie na rodziców”, jakie Niemcy natychmiast po wkroczeniu rozpoczęli. Udało im się pojmać Arkadiusza Piekarę w niesławnej Sonderaktion Krakau, w listopadzie 1939 roku, jemu zaś udało się przeżyć obozy Sachsenhausen i Dachau, aby już latem 1940 roku uczestniczyć w akcji AK badania szczątków próbnego niemieckiego pocisku V-2.
O imponującej, pełnej godności, uczciwości i patriotyzmu postawie ojca w obozach dowiedział się Andrzej znacznie później. Wzór ojcowski utrwalił się w nim ostatecznie, a dalsze życie, dorobek i działalność wzbogaciły go znacznie. Późniejszy prof. Piekara młodszy przeżył część okresu okupacji na wsi, pośród obcych ludzi, zachowując najwyższe uznanie i serdeczne przywiązanie do swych opiekunów.

Arkadiusz Piekara po wojnie wykładał w Uniwersytecie Warszawskim, w poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, w Politechnice Gdańskiej. Może z rydzyńskich doświadczeń brała się jego – nieczęsta – umiejętność łączenia badań z dydaktyką, tak, aby się wzajemnie stymulowały i, jeszcze rzadziej im towarzysząca, zdolność popularyzowania, zwłaszcza nowych kierunków fizyki i jej zagadnień. Takie książki, jak Fizyka otwiera nową epokę albo Jak zważono Ziemię, ciągle należą do kanonu popularnonaukowej klasyki.

Wiele razy w rozmowie z dziećmi profesora słyszałam słowo wzór i to, że pierwszym i podstawowym wzorem każdego z nich był ojciec. Mówiąc o sobie szukali śladów, jakie pozostały w nich trwale ze świadomego trudu naśladowania.

Jednym z takich śladów jest, obecna u dwojga, a cechująca także najstarszego brata, skłonność do tego, co nowe, co się właśnie zaczyna, co wiele obiecuje ciekawym umysłom, choć może przynieść rozczarowanie, nawet klęskę. Arkadiusz Piekara zawsze zajmował się nowymi zagadnieniami fizyki. W jego czasach były nimi m.in.: optyka laserowa, mechanika kwantowa, holografia – rozrzucone szeroko na polu badawczych dociekań. Formułowano je dopiero, z walnym udziałem ojca moich rozmówców. Ogarniał całe to pole współczesnej fizyki, zachęcając uczniów do towarzyszenia mu w wyprawach na dalekie jego krańce.

Wolno, jak sądzę, przypuszczać, że w III RP miałby znaczny udział w przywracaniu pełnej wolności nauce i wychowywaniu nowego pokolenia jej adeptów. Zmarł wiosną 1989 roku, nie doczekawszy czerwcowych wyborów.

ANDRZEJ

Opatrzności przypisuje prof. Piekara młodszy to, że od dzieciństwa podlegał dobrym wpływom otaczających go ludzi. – Wszystkie ich oddziaływania złożyły się na to – powiada – że mam pewne zasady. Przyłapuję się na tym, że za często mam komuś coś za złe, za wysokie wymagania stawiam, bo ich kryteria tkwią w okresie przedwojennym, a lata okupacji były kontynuacją najlepszych wzorców walki o godność, patriotyzmu, honoru, poświęcania się dla innych, posłuszeństwa rozkazom. No i w świecie ruchu oporu przywódcami byli ludzie o autentycznym autorytecie społecznym i moralnym. Pod koniec okupacji wojennej Andrzej Piekara był w konspiracyjnym harcerstwie.

Zaraz po wojnie znów wstąpił do ZHP, który jeszcze do 1947 roku mógł być wierny tradycyjnym ideałom. Wkrótce zaczęły się prześladowania stalinowskie – aresztowano krewnych, którzy byli w AK lub NSZ, walczyli w powstaniu warszawskim, przyjaciół rodzicielskiego domu. Andrzej Piekara uciekał w sport.

Wybierając studia prawnicze w UJ nie uświadamiał sobie w pełni zagrożeń ideologicznych, gdyż wykładali tam przedwojenni profesorowie. W Krakowie zrobił doktorat i od roku 1956 był asystentem Wydziału Prawa. Nie uniknął szykan. Groziło mu aresztowanie, przed którym schronił się w Warszawie w Spółdzielczym Instytucie Badawczym. Habilitację uzyskał na Wydziale Prawa UW w roku 1970, a tytuł profesora w 1985.
Interesowały go, jak ojca, zagadnienia aktualne i pogranicza dyscyplin naukowych. Był przez pewien czas dyrektorem Instytutu Polityki Społecznej, dziekanem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. U progu nowej epoki, w roku 1990, powołał do życia w Uniwersytecie Warszawskim, Centrum Studiów Samorządu Terytorialnego i Rozwoju Lokalnego – szkołę wyższą, która kształci ok. 1500 studentów na poziomie licencjackim, magisterskim, podyplomowym i doktorskim.

Sam uprawia badania na pograniczu prawa, socjologii, psychologii społecznej – nad warunkami tworzenia demokratycznego państwa i obywatelskiego społeczeństwa. Dotychczasowe wyniki zawarł w ponad 200 pracach, wśród których jest kilka książek.

Z polityki się wycofał, a był zaangażowany w działalność opozycji demokratycznej (m.in. Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość), uniwersyteckich kół naukowych służących obronie humanistyki przed zakłamaniem. Dużo trudu włożył w tworzenie nowego prawa w nowej polskiej rzeczywistości. Teraz zżyma się często na amatorskie majsterkowanie przy ustroju państwa, poświęcając czas i siły studentom, którym przyjdzie ten ustrój doskonalić.

Pytałam prof. Andrzeja Piekarę, czy znajduje gdzieś oznaki rodzenia się nowego przywiązania Polaków do niepodległej i przecież już demokratycznej ojczyzny? Usłyszałam, że widzi je w społecznościach lokalnych, w utożsamianiu się ludzi z „ojczyzną małą”, z lokalnymi potrzebami i przedsięwzięciami, i że to jest bardzo krzepiące.

LIDIA

Urodziła się, gdy ojciec miał 50 lat. Nie jeździł z nią na rowerze, ale czytał Lillę Wenedę do poduszki. „Ducha Rydzyny” zna z opowieści, ale czuje jego obecność w swoim powojennym domu. co więcej, stara się go we własnym domu utrzymać. Podobnie, jak brat uważa za bardzo ważny i cenny przykład dawany przez ojca i matkę. W domu bywali goście z zagranicy i trzeba było, i chciało się z nimi rozmawiać albo chociaż słuchać. Skądś wiedziała dobrze, że absolutnie niedopuszczalne jest kłamstwo (o Katyniu wiedziała zawsze) i także to, że jeśli kazano wrócić do domu o określonej godzinie, to nie było dyskusji. Pani doktor zazdrości swoim rodzicom tego, że tę właśnie codzienną dyscyplinę umieli wyegzekwować bez konfliktów. sama miewa z tym kłopoty.

Lidia Piekara-Sady jest fizykiem. Pytałam, czy seniorowi rodu zależało na tym, by dzieci poszły jego śladem. Tak, myślał o najstarszym synu, który studiowanie fizyki rozpoczął, ale nie dokończył, przenosząc się do szkoły morskiej. Przyrodnia siostra uczyła się bardzo dobrze wszystkich przedmiotów i wybrała chemię w UW. Podczas wakacji odwiedziła z mężem Instytut Fizyki Molekularnej PAN w Poznaniu, gdzie pracuje uczeń jej ojca i ulegając jego namowom wyspecjalizowała się w chemii fizycznej, przeniosła do Poznania, zrobiła tam doktorat z fizyki ciała stałego, którą się odtąd zajmuje, pracując w IFM PAN.

Pani doktor mówi o swojej pracy naukowej skromnie. Nie planuje rychłej kariery akademickiej, jakkolwiek tej bynajmniej nie lekceważy, „dopisując” do swego uczonego rodu męża, profesora filozofii. Wojciech Sady ukończył w UW fizykę, a doktorat i habilitację robił w UAM z zakresu filozofii nauki, której poświęcona jest też jego ostatnia książka, opublikowana w serii Monografii Humanistycznych FNP. Żona widzi w nim sporo duchowych podobieństw do osób ze swego domowego otoczenia, co jej brat tłumaczy m.in. umiłowaniem gór i przypomina wskazówkę powtarzaną siostrze: – Jak znajdziesz sobie chłopca, to pojedź z nim w góry i obserwuj. Nie zawsze o tym pamiętała, ale z przyszłym mężem poznali się w Bieszczadach. Upodobanie w krajobrazach, w obcowaniu z przyrodą, tradycyjne w domach inteligenckich, może wzmocnione „duchem Rydzyny”, Lidia i Wojciech przekazują synowi.

Pani doktor wielką wagę przywiązuje do wszelkich spraw domu, twierdząc, że w pieczy o nie nikt jej nie może zastąpić. – Zwyczajne rzeczy, jakie w życiu robię: urodzenie dziecka, pierwsze lata wychowania, ugotowanie jakiejś potrawy, zwykle budziły we mnie emocje i dawały satysfakcję, że ja to też potrafię. natomiast droga szkolna i zawodowa jest czymś zupełnie naturalnym, czemu się nie dziwię.

Wierna i dobra pamięć dziecinnego domu uczyniła zeń model wzorcowy. Państwo Sady starają się, by syn z ich domu wyniósł arsenał środków obronnych przeciwko możliwym zagrożeniom świata zewnętrznego. Najskuteczniejszymi są, ich zdaniem, zainteresowania muzyką, literaturą, nawyk poważnych rozmów, przekonanie, że na dom można liczyć i że to oparcie jest prawdziwym bogactwem, wyróżniającym człowieka, nadającym sens wszelkim jego trudom, ale i zobowiązującym.

W rozmowie o aktualnym stanie przemian i przewidywanym losie tradycji pani doktor ubolewa nad „amerykanizacją” życia, małpowaniem najbardziej powierzchownych mód, rozpowszechniającym się obligiem wiecznego uśmiechu, który bynajmniej nie idzie w parze z rzeczywistą radością, a choćby zadowoleniem z tego, co się robi. Pan profesor uważa, że wiele ideałów, których broniliśmy, za które gotowi byliśmy cierpieć w poprzedniej epoce, degraduje się dzisiaj do poziomu doraźnych recept na przeżycie. Jeśli nie będzie tak, jak w jego „rydzyńskim” dzieciństwie, kiedy szkoła i dom wzajemnie wzmacniały swoje oddziaływania, to wracać do normalności przyjdzie bardzo długo. Dlatego tak wiele uwagi poświęca uniwersyteckiej dydaktyce.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w maju 2000 r.

Komentarze