|
|
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Kiedy człowiek ma coś we krwi, zachowuje się w pewnych sytuacjach odruchowo, nie zastanawia się nad naturą tych zachowań. Po prostu są takie i koniec. Ale pewnego dnia robi coś przeciw tej naturze, popełnia błąd, który jak zadra tkwi w sumieniu. Albo ktoś inny postępuje zupełnie inaczej, niestandardowo, a w naszym mniemaniu źle. To doskonałe okazje do refleksji. Automatyzmy mają tę zaletę, że nie wymagają wysiłku, ale niestety też i wielką wadę, polegającą na oddalaniu od myślenia. Kiedy byłem dzieckiem, sądziłem, że rodzice każą mi nakładać jedzenie na grzbiet widelca, bo tak się robi w dobrych domach. Ale babka wytłumaczyła, że jedzenie pośpieszne, łapczywe, dużymi porcjami może kogoś razić, może być nieprzyjemne dla biesiadników i dlatego zaleca się, żeby używać mniej wygodnej strony sztućca, zapobiegającej objadaniu się, przykremu dla otoczenia pochłanianiu pokarmu. Zapamiętałem sobie, że pewne rzeczy trzeba robić tak, żeby innym nie dokuczać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ta sama babka poradziła mi w pewnej sytuacji, abym użył wewnętrznej strony widelca, bo inaczej wszystko będzie mi spadać na obrus. Jak to, przecież niedawno nauczyłem się trudnej sztuki eleganckiego jedzenia (jak mniemałem w swej bucie – arystokratycznego), a tu mi wszystko wywracają na nice? Tak, powiedziała moja świętej pamięci babcia, nie ma zwyczaju używania grzbietu. Jest tylko zbiór zasad, które należy traktować elastycznie i które mają być stosowane odpowiednio do okoliczności. A w tym wypadku do zasady nieobjadania się przy innych należy dodać i tę, że nie należy jedzeniem zwracać na siebie uwagi. Jeśli więc zauważysz muchę w zupie, odłóż ją dyskretnie na brzeg talerza, nakryj listkiem bobkowym i nie krzycz: „O, mucha!”. Kiedy wejdziesz do pomieszczenia, w którym ludzie przyjmują pokarm, nie wrzeszcz od progu: „Smacznego!”. W ogóle jedzenie to czynność fizjologiczna, a więc w dużym stopniu intymna. Mniej poradni nie lubią, kiedy ich się wtedy obserwuje. Im też się sypie, rozlewa, ucieka z talerza, wypada z ust. Długo słuchałem, nim zrozumiałem, że dobre wychowanie, bon ton czy kindersztuba, to właściwie normy moralne, a nie obyczajowe, i że wcale się nie wiążą z przynależnością do wyższego czy niższego stanu. A mój był taki sobie, gdzieś pośrodku. Zasady, podstawy, poprawny punkt wyjścia. Nieraz zastanawiałem się pod tym kątem nad tokiem polskich studiów lekarskich. Gdybym miał opowiedzieć go w skrócie, powiedziałbym, że jest to nauka podobna do uczenia się książki telefonicznej na pamięć. Anatomia – tysiące szczegółów, o których nawet mało inteligentny student wie, że nigdy się w życiu zawodowym nie przydadzą. Histologia, fizjologia, patomorfologia albo najtrudniejsza do wkucia farmakologia – toż to wyłącznie bazy danych. Sądziłem, że nauki kliniczne, np. choroby wewnętrzne, neurologia czy chirurgia, będą przez nauczycieli podawane, jak przedmioty do myślenia. Nic podobnego. Nadal trzeba było mieć młotek i blachę. Czy oni kiedyś zaczną wymagać ode mnie jakiegoś rozumowania? W jednym z felietonów z zachwytem opisywałem australijski sposób kształcenia medyków, polegający na zadawaniu studentom problemów do rozwiązania (Newcastle Project). Tak, to dobry sposób na szybkie wpajanie zasad pojmowania całości medycyny, ale przecież nie jedyny. Jak to się dzieje, że polscy lekarze jednak świetnie się czują ze swoją wiedzą i umiejętnościami zarówno w Australii, jak i Stanach Zjednoczonych czy we Francji? Dlaczego są chwaleni i nie muszą udawać ubogich krewnych? Co powoduje, że ten nasz zmurszały sposób szkolenia mimo wszystko zdaje egzamin nawet tam? Tajemnica kryje się w dojrzewaniu studentów. Przychodzi bowiem taki moment, w którym człowiek bliski wyfrunięcia z uczelni zaczyna scalać w mózgu to, czego się dowiedział wkuwając. W jego rozumie powstaje zawiązek systemu zasad. Balast nadmiaru wiadomości sam zaczyna powoli odpadać. Absolwent już wie, gdzie szukać informacji, której zapomniał, dlatego najczęściej fizjologicznie go odrzuca, za to zostaje mu szkielet zbudowany na poprawnym punkcie wyjścia. Zrąb, którego prawdopodobnie nigdy by nie stworzył, gdyby nie ogrom przekopanej wiedzy. Mając w głębi duszy taką podstawę, zawsze potrafi stworzyć coś nowego, odpowiedniego do okoliczności. Odgrywa to szczególnie ważną rolę w rozpoznawaniu, które jest, z punktu widzenia procesów myślowych, przeciwieństwem syntetycznego działania terapeutycznego. Dobrym diagnostą jest bowiem ten, kto ma intuicję, jak powiadają. Czym jest intuicja? Szybkim, nieuświadomionym myśleniem? Nie tylko. Jest to przede wszystkim umiejętność skorzystania ze znajomości zasad konstruowania zachowań, natychmiastowego budowania obrazów tego, co być powinno, a co nie. Lekarz, obudzony w środku nocy, potrafi nieprzytomnie ocenić sytuację, wydać poprawne zalecenia i zasnąć, zupełnie zapominając o zdarzeniu. To jest ta jego kindersztuba, medyczna. Wszystko dlatego, że kiedyś się dowiedział, że jakiś widelec ma dwie strony – wklęsłą i grzbietową, a obie służą do czego innego. Trzeciej szukać nie musi. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|