|
|
Na marginesach naukiLeszek Szaruga Od dłuższego czasu leży na moim biurku wycinek z „Gazety Wyborczej” zatytułowany „Drugie słońce”. Ta krótka informacja brzmi następująco: „Pięć tysięcy lat temu niebo rozświetlił wybuch gwiazdy, tzw. supernowej. Blask wybuchu dorównywał księżycowi w pełni, choć katastrofa zdarzyła się 1400 lat świetlnych od Ziemi – poinformowali astronomowie z Johns Hopkins University. Świetlista kula o średnicy sześciokrotnie większej od naszego satelity rozświetlała niebo przez kilka lat, widoczna również za dnia – niczym drugie słabsze Słońce. Astronomowie sądzą, że pozostałością tej eksplozji i echem fali uderzeniowej jest dziś wielka Mgławica Włóknista w gwiazdozbiorze Łabędzia. Naukowcy obliczyli szybkość rozszerzania się mgławicy. To pozwoliło określić czas i odległość katastrofy. Jej świadkami byli członkowie najstarszych cywilizacji: starożytni Sumerowie i Egipcjanie. Nie zachowały się jednak żadne wzmianki, choć nieustanny dzień musiał być w życiu pradawnych ludów czymś niezwykłym. Po raz ostatni supernową w naszej galaktyce obserwował duński astronom Tycho de Brahe w 1572 r. Był zdumiony widokiem nowej gwiazdy w gwiazdozbiorze Kasjopei, łatwo widocznej również w dzień, która dorównywała jasnością planecie Wenus. W 1054 roku chińscy i arabscy astronomowie zanotowali nową gwiazdę w gwiazdozbiorze Byka, sześć razy jaśniejszą niż Wenus (dziś pozostała po niej Mgławica Kraba)”. Niepokoiła mnie ta notatka, niepokoi nadal, bez przerwy porusza moją
wyobraźnię. Zastanawiałem się, jak to możliwe, by obecność dwóch słońc na niebie
nie pozostawiła żadnych śladów w mitach i wierzeniach starożytnych. Aż oto
przypomniałem sobie o napisanej w 1577 roku – a zatem pięć lat zaledwie po
obserwacjach duńskiego uczonego – sztuce teatralnej Jana Kochanowskiego,
noszącej tytuł „Odprawa posłów greckich”. Nie wiem, czy Kochanowski wiedział lub
choćby mógł był wiedzieć coś o badaniach nieba przeprowadzonych przez Tycho de
Brahe. Z pewnością nie wiedział nic o wydarzeniu obserwowanym przez Sumerów i
Egipcjan przed pięcioma tysiącami lat. Niemniej zastanawiający wydaje się ten
oto fragment monologu Kasandry: Pomijając już fakt, dla mnie niezwykle interesujący, iż słońce występuje tu
bądź w rodzaju żeńskim, bądź w umarłej dawno w polszczyźnie liczbie podwójnej
(ten drugi przypadek byłby jeszcze bardziej zastanawiający), budzi zdumienie
fakt zapisania owej o dwóch słońcach mówiącej wizji. Sam to Kochanowski wymyślił
czy może odnalazł w dawniejszych jakichś zapiskach (przyznam, iż na potrzeby
tego felietonu nie chce mi się sięgać ani do Homera, ani do innych autorów
dawnych, u których być może znajdą się jakieś obrazy dwóch słońc). W literaturze
polskiej wszakże owe dwa słońca po latach znów się pojawiły i to nie gdzie
indziej, jak w „Panu Tadeuszu”, gdy Domeyko z Doweyką, dość mając już ciągłego
mieszania ich imion oraz czynów, wykrzykują zgodnie: Oczywiście, te dwa słońca, z których na niebie miejsce może przypaść tylko jednemu, są jakby negatywem wizji pojawiającej się w utworze Kochanowskiego, wszakże też wydaje się zastanawiające, dlaczego Mickiewiczowi akurat o dwóch słońcach zechciało się tutaj napisać. Skądś zapewne ten obraz dwóch słońc doń przywędrował, z jakiejś materii – a niech będzie to i materia podświadomości, materia archetypu nawet – doświadczenia chyba musiał się wyłonić. Pewnym tu, oczywiście, niczego być nie można. Ale też warto się zastanowić i nad tym sformułowaniem: „dwóch słońc pono zanadto”: podobno zatem, ale nie na pewno. Bo być może, zdaje się sugerować to zdanie, jednak dla dwóch słońc miejsce by się znaleźć mogło. A może już się kiedyś znalazło? Nie sposób ustalić, co autor tu sugeruje. W każdym razie trudniejsze jest to niż odczytanie dwusłonecznej wizji z „Odprawy posłów greckich”: tam wszak to mowa ślepej – Kasandra przecież była niewidomą niewiastą – snującej wizje jakby nie z tego świata, lecz tego świata dotyczące, zapowiadające jakieś straszne wydarzenia. Owa ślepota jednak może być potraktowana symbolicznie, wizja zaś, która się pojawia, jako wyraz utajonej, dawnej, przez pokolenia przenoszonej wiedzy o świecie, w którym dwa na niebiosach słońca znaczyły czas nieszczęść. Jak widać, można się bawić w śledztwo łączące współczesną gazetową notatkę o odkryciach astronomicznych z zapisami poetyckimi, które zdają się być świadectwem zdarzeń, co owe odkrycia po tysiącleciach dopiero nam uprzytamniają. Nie chcę przez to powiedzieć, że ten typ skojarzeń ma cokolwiek wspólnego z naukowością. Chcę jedynie wskazać na to, iż odkrycia naukowe mogą stać się przedmiotem swobodnej i bezinteresownej gry wyobraźni. I przyznam, że byłoby dla mnie rzeczą bardzo interesującą prześledzenie obrazu dwóch słońc w literaturze starożytnej, może w jakichś sennikach, może w mitach i podaniach, niekoniecznie zresztą z naszego kręgu kulturowego – wszak owe dwa słońca sprzed tysiącleci świeciły nie tylko nad głowami ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego, zapewne widziano je w Indiach i w Chinach. To przecież było zjawisko niezwykłe, ale też jego trwanie było zarazem wystarczająco długie (kilka lat) i wystarczająco krótkie, by zostało zapamiętane i pozostawiło wrażenie zjawiska „niebywałego”. I jak to? Nic z tego nie zapamiętaliśmy? Wierzyć się nie chce. |
|
|