|
|
Rody uczone (67)Leopold Infeld zaangażował się bardzo w przygotowanie „odwilży” 1956 roku Magdalena Bajer
Podczas spotkania z prof. Erykiem Infeldem z Instytutu Badań Jądrowych na stole, przy którym piliśmy herbatę, leżały trzy książki. Dwie ojca mojego gościa, wielkiego fizyka-relatywisty Leopolda – o jego krakowskim dzieciństwie, pamiętnik i powieść o życiu światowej sławy francuskiego matematyka Ewarysta Galois, Wybrańcy bogów. Przewertowałam je na nowo. Trzecią przyniósł mój rozmówca – swoją niedawno napisaną powieść Cena Nobla. Wszystkie zawierają klucze do intelektualnych biografii ojca i syna, odsłaniają rodzaje przywiązań duchowych, źródła życiowych nastawień i mniemań o świecie. Dlatego te książki wymieniam. Eryk Infeld nazywa siebie człowiekiem dwóch kultur. Urodził się w Toronto, studiował w Cambridge, jest profesorem w Warszawie. Do jego duchowego dziedzictwa należy jeszcze tradycja żydowskiej rodziny dziadków z Krakowa, którą wprawdzie ojciec późniejszego profesora świadomie porzucił, gdyż nie chciał być kupcem, tylko fizykiem i nie odpowiadała mu wiara przodków, ale utrwalił tę tradycję w opublikowanych, pięknych i wzruszających wspomnieniach z dzieciństwa. W tym swoim dziedzictwie prof. Infeld junior podkreśla także ojca umiłowanie poezji, dzielone z fizyką dość sprawiedliwie. I jeszcze jeden rys, który odziedziczył, jak powiada, w małym stopniu: zaangażowanie w sprawy społeczne – ogólne, światowego wymiaru oraz bliższe, własnego narodu. Zakończenie Wybrańców bogów wyraziście pokazuje powinowactwo autora z bohaterem powieści pod tym właśnie względem. – Kiedy Galois umarł, znany był tylko jako zażarty republikanin, który kochał Francję i wolność, który walczył i nienawidził tyranii. Dla matematyków dzisiejszych, którym znane są pojęcia „grupa Galois”, „ciała Galois”, „teoria Galois”, uczony ów, który młodo zginął w pojedynku, jest jednym z największych matematyków wszystkich czasów. Jednak za życia był jednym i drugim. Jego dzieje zasługują na rozpowszechnienie i utrwalenie w pamięci nie tylko matematyków, ale wszystkich ludzi wolnych. Leopold Infeld znany jest jako współpracownik Einsteina i jako jeden z twórców ruchu Pugwash. UCZENI JANKESI PO KĄDZIELI– Kiedy oglądałem film „Patriota”, to myślałem sobie, że ta hołota, co walczy z Anglikami, to są moi przodkowie. W bliższych pokoleniach to już byli ludzie wykształceni, parający się badaniami naukowymi. Dziadek macierzysty William Storb Schlauch był wybitnym matematykiem, profesorem New York University, jednym z prekursorów zastosowań matematyki w zagadnieniach finansowych. I w tej linii społecznikowskie – powiedzielibyśmy w Polsce – „obciążenie”: dziadek Schlauch przewodniczył swego czasu związkowi zawodowemu amerykańskich nauczycieli akademickich. Młodsza córka Maria Helena, żona Leopolda Infelda, również była matematykiem, uczyła w szkołach. Dwukulturowa scheda następnego pokolenia zawiera i wątek humanistyczny. W 1950 roku, kiedy państwo Infeldowie wracali do Polski z Kanady, przyjechała z nimi ciotka przyszłego prof. Eryka, Margaret Schlauch, profesor filologii angielskiej i skandynawskiej, mająca już wtedy duży dorobek naukowy i niemałe zasługi w działalności społecznej czy zgoła politycznej. W Polsce, gdzie po roku zdecydowała się zostać na stałe, jedno i drugie ogromnie się wzbogaciło. Margaret Schlauch urodziła się w roku 1898. Skończywszy szkołę podstawową w New Jersey kształciła się prywatnie w Nowym Jorku, uzyskując w roku 1919 tytuł master of arts w uniwersytecie Columbia. Dalsze szczeble kariery akademickiej przebyła szybko, zostając w roku 1940 full professor. Jeszcze przedtem uzupełniała wykształcenie w uniwersytetach monachijskim i berlińskim, podczas pobytów stypendialnych. Później wykładała w kilku uczelniach amerykańskich, rychło zyskując renomę wybitnego językoznawcy i mediewisty. W 1937 roku została członkiem Medieval Academy of America, z czasem licznych towarzystw naukowych związanych także z badaniem literatur skandynawskich, czym się zajęła i bardzo szybko znalazła się wśród najwybitniejszych specjalistów w tym zakresie. Pośród prac ogłoszonych w Ameryce wyróżniają się rozprawy poświęcone średniowiecznej literaturze angielskiej (kilka poświęciła Opowieściom kanterberyjskim Chaucera), sagom islandzkim, z których wiele przetłumaczyła, oraz innym literaturom wieków średnich. Pani prof. Schlauch przejęta była ideałami sprawiedliwości i równości społecznej. Spodziewała się znaleźć możliwości ich urzeczywistnienia w szeregach Komunistycznej Partii USA, do której wstąpiła w roku 1935. Od roku następnego należała do American Labour Party i zespołu redakcyjnego jej organu „Science and Society”. Ciekawe są te lewicowe skłonności uczonej pochłoniętej literaturą odległych epok, charakterystyczne – w Ameryce podobnie jak w Polsce – dla domów inteligenckich (choć nie mówi się o inteligencji w Stanach zjednoczonych), gdzie wpajano troskę o innych, tych, którym gorzej się wiedzie, i poczucie powinności zmieniania źle urządzonego świata. Naturalny był po przyjeździe do Polski, motywowanym także osobistymi względami (Margaret Schlauch była osobą samotną, opuszczała Amerykę z siostrą i jej rodziną), akces do PZPR i decyzja pozostania na stałe oraz przyjęcia (1954) obywatelstwa kraju mającego w nazwie przymiotnik „ludowa”. Pani profesor, zapamiętanej jako zdeklarowana marksistka, anglistyka warszawska wiele zawdzięcza. Najpierw swoistą ochronę w bardzo niesprzyjającym neofilologiom okresie stalinowskim. Również tak namacalne dobro, jak księgozbiór, o który łatwiej jej było się starać niż innym. Zrezygnowała z katedry w Monachium, którą jej proponowano, żeby tutaj zapewnić studentom aktualne podręczniki zarówno języka, jak dziejów literatury angielskiej. Kontynuowała badania nad średniowieczem anglosaskim, zajmując – jak to określają specjaliści – stanowisko pośrednie między surowym osądzaniem a idealizacją tej „kłopotliwej” wówczas epoki. Do końca życia – zmarła w roku 1986 – publikowała wiele na Zachodzie, wychowując pokolenia polskich anglistów. Naukowemu potomstwu, co przyznają krytycy jej poglądów, Margaret Schlauch nie narzucała metodologii marksistowskiej, sama zaś nie czyniła na rzecz ideologii cesji intelektualnych. ROZMAWIAŁEM Z EINSTEINEMProf. Eryk Infeld powiada, że jego życie było w pewnym sensie odwróconą piramidą. W dzieciństwie poznał wszystkich wielkich ówczesnego świata fizyki. Z czasem te znajomości słabły, szczególnie po śmierci ojca (1968) było ich coraz mniej, a dzisiaj „od czasu do czasu spotyka noblistę”. Można pytać, czy powinno być odwrotnie; wiadomo, że na ogół raczej odwrotnie bywa. Młodego chłopca odrobinę przytłaczała cała ta wielka nauka nieustannie w domu obecna, ale rozmowa z Einsteinem czy Dirakiem nie była czymś bardzo osobliwym. Pierwszego 9-letni Infeld junior poznał w 1949 roku w Princeton, skąd Einstein już wtedy nie wyjeżdżał. Kiedy ojciec skończył dysputę naukową z gospodarzem, twórca teorii względności zszedł na dół i z dzieckiem swego przyjaciela „normalnie rozmawiał”, co przyszłemu fizykowi na zawsze utkwiło w pamięci. Pytałam, czy na wybór życiowej drogi bardziej wpłynęła podstawa piramidy owych kontaktów z fizykami świata, czy też jej bliższe wierzchołka części, tj. wpływ ojca i jego szkoły naukowej? Usłyszałam w odpowiedzi długi wywód o postaci Leopolda Infelda, jego dorobku, postawie wobec świata, życiowych i badawczych intuicjach. Osoba syna w jego rodzinnej opowieści tkwiła w cieniu ojca, przy czym nie było w tym zachowaniu ani fałszu, ani kompleksu. Leopold Infeld ukończył fizykę w Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach uczył w żydowskich gimnazjach w Będzinie i Warszawie. Później wykładał we Lwowie i Princeton, gdzie po opuszczeniu Niemiec hitlerowskich osiadł Albert Einstein. Obaj fizycy poznali się na początku lat 20., kiedy Infeld, zaraz po doktoracie, pojechał do Berlina. Miał tam, jako cudzoziemiec, trudności ze wstępem na wykłady i poprosił Einsteina o rekomendację. Współpracować zaczęli po kilku latach, w Toronto, nad tzw. częścią materiałową równań teorii względności, którą to część swego dzieła twórca nazywał „filarem z... siana”. Lata warszawskie, od powrotu do śmierci (1968), były czasem tworzenia znakomitej szkoły naukowej w fizyce relatywistycznej, powstawania nowych fundamentalnych prac, wychowywania wybitnych następców. Metody, którymi Infeld z Einsteinem i innymi jeszcze współpracownikami rozwiązali ważny problem z teorii względności, są żywe do dziś, a sformułowana wspólnie z Maxem Bornem (także laureat Nobla) w latach 30., elektrodynamika nieliniowa przeżywa obecnie gwałtowny renesans. Syn znajduje wzmianki o niej w wielu pracach, jakie czyta. Jedną z hipotetycznych cząstek nazwano: BION – Born Infeld on. Jak inni członkowie rodziny, ojciec Eryka odznaczał się wrażliwością społeczną i aktywnością publiczną. W Kanadzie wygłaszał odczyty o niebezpieczeństwach użycia broni jądrowej – był to czas „rachunku sumienia” fizyków, którzy stworzyli bombę atomową. Leopold Infeld, razem z Einsteinem, Fryderykiem Joliot-Curie, Linusem Paulingiem, innymi wielkimi uczonymi, inicjował ruch na rzecz pokoju Pugwash, co wtedy, z perspektywy północnej półkuli, rozmaitych nękających tamtejsze społeczeństwa dyskryminacji, po doświadczeniach wojny, jawiło się przedsięwzięciem jednoznacznie szlachetnym. ROSŁEM W PRZYZWOITYM DOMUW domu z ojcem rozmawiało się o fizyce, z matką o matematyce (świetnie pomagała przy szkolnych zadaniach). Eryk przeżył okres obaw o to, czy ojciec docenia jego zdolności – sam wiedział, „że mniejsze, ale jednak obecne” – w które nigdy nie wątpiła matka. Nie rozmawiano o tym, jakim się ma być, ale w ogóle nie pamiętam żadnego kłamstwa, z czyjejkolwiek strony. Ojciec, który sam doszedł do tego, kim był, bardzo dobrze rozumiał trudności innych. Śpieszył z pomocą, ale i wymagał, jak od siebie samego. Matka wyrosła w tradycjach niepodległościowych i purytańskich pielęgnowanych w jej amerykańskiej rodzinie od wielu pokoleń. Była rygorystycznie „przyzwoita”, na co syn podaje następujący przykład: Będąc docentem ubiegała się o awans zawodowy na Cornell University. Kontrkandydat był pochodzenia żydowskiego i, jak się zorientowała, nie dostał tej posady właśnie z powodu pochodzenia. Poszła więc do odpowiednich władz ze skargą na to, przekreślając tym własną szansę. Eryk Infeld dostał się na Wydział Fizyki i Astronomii UW (ukończywszy przedtem uniwersytet w Cambridge) i zamierzał poświęcić się tej drugiej. Wskutek pomyłki znalazł się jednak na fizyce, gdzie został i przez kilka lat po studiach zajmował się teorią względności, dla której jego ojciec miał tak znaczne zasługi. Zrezygnował trochę dlatego (nie jest zupełnie pewien), żeby „wyjść z cienia” i uprawia badania w dziedzinie fizyki plazmy, dynamiki nieliniowej i hydrodynamiki. Są to nowoczesne działy fizyki klasycznej, która ostatnio żywo się rozwija. Doktorat, habilitację, profesurę uzyskał w Instytucie Badań Jądrowych, gdzie od roku 1985 kieruje Pracownią Fizyki Plazmy. Wykładał w zagranicznych uniwersytetach, m.in. w Montrealu i Londynie. Ma w dorobku 110 prac. Należy do międzynarodowych towarzystw naukowych. Mówi skromnie: – Ojciec stworzył wspaniałą wielką szkołę, ja kształcę grupę, ale mam uczniów osiągających dobre wyniki za granicą. Stara się przejmować ojcowski styl współpracy, a Leopold Infeld odznaczał się „zupełnie wyjątkową” intuicją w dobieraniu współpracowników. Najlepsze jego prace powstawały wspólnie z Einsteinem, z Maxem Bornem, choć własnych w dorobku nie brakuje. W Kanadzie nie udało mu się stworzyć ośrodka na miarę, jakiej pragnął, zdaniem syna dlatego, że fizyką teoretyczną mniej się tam interesowano. Udało się w Polsce, gdzie wielki uczony, o jawnie lewicowych poglądach, znalazł przychylność władz dla swojej wizji naukowej i organizacyjnego zapału. W domu, gdzie ciągle rozmawiano o polityce, tłumaczył dzieciom, na czym polega zło systemu, którego idea wydawała się ponętna, a praktyka stawała się coraz bardziej odrażająca. I TU MIAŁEM WZÓRMiał Infeld senior talent literacki, co ujawnia się wyraziście w pamiętnikach. Poza powieścią o „wybrańcu bogów”, Ewaryście Galois (nowe wydanie, z rodzajem posłowia, pióra Eryka Infelda, ukazało się niedawno u Prószyńskiego), którą Einstein uważał za trochę autoportret autora, napisał rozprawę filozoficzną i, po angielsku, studium faktograficzno-analityczne Quest. Książkę tę umieścił na swoistym własnym indeksie, nie tłumacząc ani nie publikując w Polsce, ponieważ zawiera niezwykle krytyczne oceny przedwojennego środowiska naukowego, z druzgocącą konkluzją, że jest to prowincja. Spore fragmenty Quest ukazały się po wojnie w czasopismach, prof. Eryk Infeld uważa, że i na całość przyjdzie pewnie czas. Nie przykładowi ojca przypisuje swoje postanowienie napisania powieści, choć przyznaje, że i w tym intelektualnym zatrudnieniu miał wzór blisko. Wyznaje, że długo nurtowało go pytanie, czy możliwe jest uzyskanie Nagrody Nobla przez badacza z ośrodka peryferyjnego, który nie tkwi w środowisku, nie zna ludzi z pierwszej linii naukowego frontu. Usłyszawszy to zapytałam, czy jest możliwe, żeby poza ową pierwszą linią dokonać epokowego odkrycia? Cena Nobla zgorszyła wielu czytelników spośród dysponujących kluczem do rozpoznania w bohaterach rzeczywistych postaci. Wielu „zwykłych” mówiło autorowi, że przeczytali ją jednym tchem. Na zadania inteligencji wychowany w dwu kulturach Eryk Infeld, który wiele lat przeżył na Zachodzie, patrzy bez bólu z tego powodu, że inteligencja źle je wypełnia, i bez wielkich nadziei, że to się odmieni. Uważa za specyficznie polski walor istnienie elity złożonej z artystów, uczonych, dziennikarzy, polityków, którzy wzajemnie się znają, którzy mają miejsca i sposobności do wymiany poglądów, a przez to stanowienia wzorów dla szerszych kręgów społeczeństwa. Sądzi jednak, że, niestety, będzie się ona kurczyć, a jej oddziaływanie maleć. Na koniec naszej rozmowy przywołał angielskie powiedzenie: no on top, but on tap (nie na szczytach, ale tuż obok) i dodał: – Tego miejsca inteligencja nie powinna opuszczać. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia S.A. w październiku 2000 r.
|
|
|