ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Życie akademickie

Wystawy interaktywne

Polskie przedsięwzięcia interaktywne wykorzystują zabawę do poznania zjawisk przyrodniczych i kulturowych, podobnie, jak to ma miejsce w zagranicznych muzeach interaktywnych. Różni nas zasadniczo jedno - zwiedzenie polskich ekspozycji nie wymaga ogromnego budżetu. Ceny biletów wahają się od 3 do 6 zł.
Piotr Kieraciński
Fot. Piotr Kieraciński
Zainteresowaniem zwiedzających cieszy się stanowisko „Figury Lissajous” - mówi Danuta Kulesza

Zakaz dotykania eksponatów jest podstawową zasadą zwiedzania polskich muzeów. Takie ekspozycje, zwłaszcza te, które z założenia miały mieć charakter edukacyjny, nie są atrakcyjne dla młodzieży. Dotyczyło to do niedawna także wszystkich ekspozycji maszyn i urządzeń. Można było oglądać stojące w salach nieruchome stalowe bryły, ale ich działanie pokazywano co najwyżej w formie plansz prezentujących poszczególne etapy pracy urządzenia. Zasada ta dotyczyła nawet Muzeum Techniki w Warszawie. Uczeni i muzealnicy jeździli tymczasem po świecie i obserwowali zmiany, jakie zachodziły w działalności muzeów amerykańskich i zachodnioeuropejskich, zastanawiając się, jak przenieść tamtejsze pomysły na grunt polski.

Pierwsze ekspozycje interaktywne zaprezentowano w San Francisco i Toronto w 1968 r. Od lat 70. i 80. XX stulecia tego typu wystawy edukacyjne stały się standardem w Europie Zachodniej. Co więcej, cieszą się ogromną popularnością. Dotyczą już nie tylko fizyki, ale także innych dziedzin, np. geologii, historii. Powstały całe interaktywne muzea, np. słynne Natur Bornholm, które miałem okazję odwiedzić. Całe rodziny miały niezłą uciechę, a przy okazji mogły się sporo dowiedzieć o formowaniu się Ziemi, klimatu, powstawaniu skał, kształtowaniu się krajobrazu, zwyczajach zwierząt itp. Dzieci mogły odrysować ze skały odciski prehistorycznych organizmów, a następnie na planszach odnaleźć rysunek zwierzęcia i sprawdzić jego nazwę. Można było przeżyć trzęsienie ziemi, wziąć w rękę raka i pozwolić mu się uszczypnąć, posłuchać pulsu Ziemi, „nadmuchać” piasku i stworzyć własną wydmę, czy z tego samego piasku zrobić skałę - piaskowiec, a potem patrzeć, jak niszczeje on pod wpływem erozji, stając się na powrót piaskiem. Niestety, ta zabawa jest dość kosztowna: wstęp dla czteroosobowej rodziny kosztuje ok. 200 zł. Nie sądzę, aby w naszym kraju wiele rodzin stać było na tak kosztowne przyjemności.

Polscy uczeni i muzealnicy snuli plany stworzenia podobnych ekspozycji w Polsce, jednak przerażały wysokie koszty przedsięwzięcia, obawy przed zniszczeniem wciąż uruchamianych urządzeń, wizja ich ciągłych awarii i napraw. Od bardzo dawna projekt utworzenia muzeum interaktywnego miała Polska Fundacja Upowszechniania Nauki, która chciałaby przekształcić w muzeum jeden z warszawskich obiektów pofabrycznych. Niestety, skończyło się na marzeniach. O ile wiem, nie powstał nawet projekt ekspozycji, poszczególnych stanowisk czy obiektów.

Kamień filozoficzny

Interaktywność wkracza do naszych muzeów drobnymi kroczkami. Pierwsze postawili astronomowie i fizycy, tuż za nimi są archeologowie. Zwiastunami interaktywnych zabaw były pokazy organizowane już w latach 70. przez fizyków, m.in. z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Nie przybrały one jednak postaci stałej ekspozycji. Podobnie festyny i pikniki archeologiczne na razie nie doczekały się stabilnej formy, choć ich niezmierna popularność pozwala się domyślać, że także stała ekspozycja tego rodzaju cieszyłaby się popularnością.

Inicjatorami tych przedsięwzięć są zazwyczaj naukowcy. Od strony organizacyjno-finansowej w poważnej części są to przedsięwzięcia związane ze szkołami wyższymi. Pojawiają się też pierwsze projekty inicjowane przez samorządy we współpracy z uczonymi.

Bodaj najstarszą w Polsce ekspozycję interaktywną - i do dziś jedną z największych - prezentuje Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Collegium Maius. Powstała ona w 2000 r. na 600-lecie krakowskiej Alma Mater. Prof. Stanisław Waltoś, dyrektor Muzeum UJ, mówi, że inspiracją stały się dla niego wystawy interaktywne, które zobaczył za granicą. - Postanowiliśmy stworzyć taką ekspozycję, na której zamiast sakramentalnego muzealnego „nie dotykać”, każemy odwiedzającym dotykać i używać eksponatów. W tej chwili w Muzeum UJ znajduje się ponad czterdzieści stanowisk edukacyjnych, które kosztowały 105 tys. zł. Dr Maciej Kluza, projektant wielu stanowisk prezentowanych na ekspozycji „Nauki dawne i niedawne” i mój przewodnik, tłumaczy, że stanowiska obrazują rozwój aparatury badawczej w określonych dziedzinach, a wiele z nich jest kopiami historycznych urządzeń badawczych, znajdujących się w zbiorach Muzeum UJ. Autorką koncepcji ekspozycji i jej głównym realizatorem jest dr Ewa Wyka.
Fot. Piotr Kieraciński
Na krążku każdy może podnieść ciężar przekraczający jego własny.

Obecnie ekspozycja „Nauki dawne i niedawne” obejmuje cztery sale. - Jedna z nich, pracownia alchemiczna, właściwie nie jest interaktywna - przyznaje dr Kluza. Jest to rekonstrukcja dawnej pracowni, przygotowana jeszcze pod kierunkiem prof. Karola Estreichera, w której na razie „nic się nie dzieje”. Prof. Franciszek Ziejka, rektor UJ, marzy jednak o tym, by kiedyś można było tam uruchomić produkcję złota z kamienia filozoficznego według średniowiecznych receptur...

Pozostałe trzy sale w pełni zasługują na miano interaktywnych. Każda poświęcona jest innemu tematowi. Stanowiska znajdujące się w pierwszej sali - noszącej tytuł „W świecie fal” - pomagają poznać i zrozumieć zjawiska powstawania i rozchodzenia się fal świetlnych i dźwiękowych oraz zjawiska z dziedziny elektryczności. Są tu m.in.: koło katoptyczne - przyrząd do demonstracji zjawisk odbicia i załamania światła, radiometr Crooksa - pierwszy silnik świetlny. Można też zmierzyć prędkość dźwięku i zaobserwować zjawisko opóźnionego dźwięku czy polaryzacji światła. - Zainteresowaniem zwiedzających cieszy się stanowisko „Figury Lissajous” - mówi Danuta Kulesza, która oprowadza wycieczki szkolne i prowadzi lekcje muzealne na ekspozycji interaktywnej. Na wspomnianym przez nią urządzeniu można za pomocą smyczka do skrzypiec „narysować” z piasku fantastyczne, symetryczne kształty. - Do widza docieramy na różne sposoby - mówi dr Kluza. - Przez omówienie, rysunek, komiks oraz instrukcję, co zrobić, aby uruchomić urządzenie i zaobserwować określone zjawisko. Napisy na tabliczkach wykonano w języku polskim i angielskim.

Kolejna sala - z ekspozycją „Między bitem a abakiem” - pozwala nam poznać dzieje maszyn liczących, niekiedy bardzo przemyślnych i o dość starym rodowodzie, oraz przypomnieć sobie niektóre systemy liczenia, np. system dwójkowy. Wymieniony w tytule sali abak to urządzenie, które umożliwia liczenie bez znajomości cyfr. Kostki Napiera to rodzaj prostego kalkulatora - na ekspozycji znajduje się model powiększony, oryginał w zbiorach Muzeum UJ jest maluteńki. Najwięcej kopii dawnych przyrządów naukowych i pomiarowych znajduje się w trzeciej sali na ekspozycjach „Kąty na niebie i na Ziemi” oraz „Zmierzyć czas”. Są tam klepsydry, zegary słoneczne, zegar gwiazdowy, zwany nocturnalem, astrolabium, kwadrant godzinowy. Na wymalowanym na ścianie modelu fragmentu nieba można zmierzyć kąty między gwiazdami Wielkiej Niedźwiedzicy. Ogromnym zainteresowaniem cieszy się interaktywna mapa nieba - to najdroższe urządzenie na wystawie. Jego koszt wyniósł 15 tys. zł. - Za to najtańsze urządzenie kosztowało tylko 300 zł - mówi dr Kluza. Obecnie na wystawie „Nauki dawne i niedawne” znajduje się 46 stanowisk.

Szczecińskie słońce

W listopadzie 2002 roku otwarto w Muzeum Narodowym w Szczecinie ekspozycję „Eureka”. Jednak to nie władze muzealne wpadły na pomysł i zrealizowały go. Inicjatorami przedsięwzięcia byli naukowcy z Wydziału Matematyczno-Fizycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Nie tylko wykonali pierwsze stanowiska, ale także wynajęli w muzeum salę do ich uruchomienia i prezentacji. Prof. Jerzy Stelmach, jeden z pomysłodawców projektu, przypomina, że pierwsze dwadzieścia eksponatów wykonano dzięki środkom własnym uczelni, funduszom pozyskanym z 5. Programu Ramowego Unii Europejskiej oraz Komitetu Badań Naukowych. W sumie było to 25 tys. zł. Obecnie ekspozycja została rozbudowana, m.in. dzięki wsparciu zaprzyjaźnionego z uniwersytetem Rudolfa Seiferta z Peenem?nde w Niemczech, który prowadzi tam wystawę interaktywną i już po tygodniu funkcjonowania wypożyczył szczecińskiej ekspozycji kilka eksponatów. Zostały one w Polsce na stałe w formie daru - koszt transportu i VAT opłacił Uniwersytet Szczeciński. Wartość ponad czterdziestu już stanowisk przekracza 60 tys. zł.

Najdroższy eksponat - Słońce o średnicy 2,5 m, generowane za pomocą komputera, monitora telewizyjnego i systemu luster - kosztowało 11 tys. zł. Zdaniem prof. Stelmacha, „szczecińskie Słońce” jest jednym z najlepszych tego rodzaju w Europie. Zainteresowało niemieckich partnerów „Eureki”, którzy zdecydowali się kupić stanowisko do swoich muzeów. Podobnie było z trzema innymi stanowiskami wymyślonymi przez szczecińskich fizyków, a zbudowanymi przez pracowników technicznych Instytutu Fizyki USz.

W czasie wakacji zorganizowano czasową wystawę w Międzyzdrojach i drugą w Gorzowie Wielkopolskim. Jej popularność (ponad 2 tys. odwiedzin) zainspirowała lokalne władze do próby stworzenia tam filii szczecińskiej „Eureki”. Z inicjatywy lokalnych władz podobne filie prawdopodobnie powstaną w Świnoujściu, Kołobrzegu i Bydgoszczy. Szczecińską ekspozycję odwiedziło w pierwszym roku istnienia 20 tys. osób, w większości grup szkolnych. Rekord frekwencji to 500 osób w ciągu dnia. Bilet na wystawę kosztuje tylko 6 zł, co pozwala na utrzymanie ekspozycji. - Dotacje od sponsorów przez pierwszy rok jej funkcjonowania nie przekroczyły kilku tysięcy złotych - mówi prof. Stelmach.

Tornado w butelce

Inaczej niż dwie prezentowane ekspozycje zorganizowana jest wystawa „Zabawy z nauką” w Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie. Instytucja ta została powołana przez Gminę Kraków w 1998 r. Na terenie dawnej zajezdni tramwajowej na krakowskim Kazimierzu prezentuje historię i rozwój infrastruktury miejskiej: komunikacji, elektrowni, gazownictwa, wo dociągów. Od czerwca 2003 r. na terenie muzeum czynna jest wystawa interaktywna. Choć formalnie organizatorem przedsięwzięcia jest miasto, to pracownicy przyznają, że nie powstałaby ona bez udziału dr Ewy Wyki z Muzeum UJ.

Obecnie na ponad 40 stanowiskach zwiedzający mogą m.in. poznać zasady działania niektórych powszechnie znanych narzędzi, które tu prezentowane są jako maszyny proste: nożyczki i kombinerki to dźwignie dwustronne, dziadek do orzechów ma w jednym wypadku postać śruby, a w drugim - dźwigni jednostronnej, podobnie jak łyżka do butów i otwieracz do piwa. Na krążku każdy może podnieść ciężar przekraczający jego własny. Dzieci lubią budować z miękkich elementów most łukowy, wykorzystujący zasadę łuku konstrukcyjnego - zajmuje to parę minut. Sporo zabawy - i wiedzy - daje sztuczne koryto rzeki. Można nim puścić wodę, następnie zbudować zapory i turbiny: podsiębierną, nadsiębierną oraz przepływową Kaplana. Po włączeniu elektronicznego czytnika dowiemy się, ile energii potrafi wyprodukować każdy rodzaj turbiny. Elektryczna huśtawka nie ma nic wspólnego z krzesłem elektrycznym - po zamknięciu obwodu popłynie prąd i huśtawka zaczyna się kołysać. To najprostszy model silnika elektrycznego.

Nazwy stanowisk zachęcają do zabawy: człowiek-ogniwo, owocowa energia, elektryczny taniec, leniwy magnes, indukcyjny lunapark, działo elektromagnetyczne. Od stolików żółtych, przy których bawiliśmy się z prądem, przechodzimy do stolików niebieskich, gdzie prezentowane są zjawiska hydrostatyczne - czekają nas tam zabawy z wodą, m.in.: łódź podwodna, nurkująca ośmiornica, wodotrysk, młynek wodny, tornado w butelce, fontanna Herona. Możemy też wykonać gigantyczną bańkę mydlaną. Żeby nie odejść zupełnie od głównego przedmiotu zainteresowania muzeum, czyli prezentacji inżynierii miejskiej, znajdziemy tu model przedstawiający działanie miejskiej sieci wodociągowej z wieżą ciśnień.

Atrakcyjnie i niedrogo

Istniejące już ekspozycje interaktywne są w planach ich twórców zaczątkami większych przedsięwzięć. Tak jest w przypadku szczecińskiej „Eureki”. Nie jest to idea sama dla siebie. Pomysłodawcy wystawy i władze USz. chcieliby, aby stała się ona zalążkiem większego przedsięwzięcia: Centrum Nauki i Sztuki. Na razie tworzą filie ekspozycji. Zastanawiają się też nad propozycją niemiecką, aby podobne wystawy - przy zaangażowaniu kapitału zachodniego sąsiada - rozwijać w innych miastach Polski. Plany rozwoju ma także Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie. Ogromną przestrzeń do zagospodarowania ma Hewelianum, które w 2003 r. zainaugurowało swoją działalność na terenie dawnych fortów gdańskich. Oprócz parku edukacyjnego, w jego skład wejdą: Ośrodek Promocji Nauk Przyrodniczych im. Fahrenheita, Planetarium i Obserwatorium Astronomiczne im. Heweliusza, Pracownia Fortyfikacji i Inżynierii Wojskowej im. Strąkowskich oraz kolejka linowa im. Adama Wijbego.

Polskie przedsięwzięcia interaktywne wykorzystują zabawę do poznania zjawisk przyrodniczych i kulturowych, podobnie, jak to ma miejsce w zagranicznych muzeach interaktywnych. Nasze stanowiska są atrakcyjne dla gości zagranicznych. Różni nas zasadniczo jedno - zwiedzenie polskich ekspozycji nie wymaga ogromnego budżetu. Ceny biletów wahają się od 3 do 6 zł. Głównymi odbiorcami tych wystaw są na razie wycieczki szkolne. Wydaje się, że warto promować te wystawy także wśród indywidualnych turystów. Znakomicie ubarwiłyby pobyt w Krakowie, Szczecinie czy Gdańsku.