Zamachy samobójcze w Palestynie, Iraku i innych krajach muzułmańskich przypominają nam, że życie ludzkie nie jest tak święte, jak się sądzi w ciągle chrześcijańskiej Europie. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że tradycyjne zawołanie bandyty „pieniądze albo życie” już nie ma żadnego sensu. Pieniądze bywają ważniejsze niż życie, i nie tylko one. Dla Hitlera czy Stalina życie ludzkie nie stanowiło żadnej przeszkody w realizacji nawet małych planów, nie mówiąc o strategicznych. Bez trudu skazywali na śmierć wszystkich, którzy stawali na drodze, i to bez względu na liczbę i narodowość.
Choć znamy z drugiej wojny światowej instytucję kamikadze, terrorystyczne samobójstwo zabijające innych wciąż wydaje się szokujące, bo trudno pogodzić się z tym, że ktoś zabija siebie dla tak mizernych efektów, jakie oglądamy. Na skutek wybuchu bomby przyczepionej do pasa samobójcy ginie kolejna grupa niewinnych ludzi, a przecież widzimy, że zamachowiec nie osiągnął celu, nawet odległego. Osama ben Laden i wodzowie palestyńskiego Hamasu rozumują prostacko. Rzeczywistym skutkiem zamachów nie jest paraliżujący strach, ale uruchamianie odwetu i środków zaradczych, które prędzej czy później zawsze stają się skuteczne. Ufam, że ta choroba zostanie kiedyś zlikwidowana, tak jak Czerwone Brygady we Włoszech, choć niestety to nie oznacza, że nie pojawi się następna.
Fryderyk Nietzsche zaplątał się ongi w teorię „złych systemów”, co doprowadziło go do obłędu. Sądził, że powstały one na podstawie idei platońsko-chrześcijańskich i że świat jednostek silnych może zostać uratowany tylko dzięki likwidacji jednostek słabych, to znaczy wraz z systemem chrześcijańskim, który je chroni. Innymi słowy uważał, że zależność pan - niewolnik zniknie, jeśli nie będzie niewolników. Nie podał jednak przekonującej definicji ani słabości ludzkiej, ani siły, ani niewolnictwa, ani także kim staną się słabsi panowie wśród panów silniejszych. Nie przewidział też, że z jego koncepcji (za sprawą siostry filozofa) skorzysta Hitler, w gruncie rzeczy czołowy reprezentant słabości. Okazało się, że właśnie idee chrześcijańskie po raz kolejny stanęły w obronie podstawowych wartości, przede wszystkim życia, i że to stanowisko wciąż decyduje o wielkiej sile tego „systemu”. Nietzsche stał się ostatnio znowu modny, zwłaszcza w pewnych kręgach młodych filozofów, również polskich. Ze zdziwieniem oglądam strony internetowe jego entuzjastów, bo przecież gołym okiem widać, że powstałe na papierze hipotezy nietzscheańskie nie sprawdzają się w rzeczywistości.
Każda koncepcja, która zakłada różnicowanie ludzi po to, żeby nad nimi panować, prowadzi do samozagłady, nawet w wymiarze małej grupy. Wiemy doskonale, że zespół daje sobie radę dopóty, dopóki działa ramię w ramię. Ale wystarczy, że ktoś nabierze przekonania, że jest w tej grupie silniejszy albo lepszy, mechanizmy zaczynają zgrzytać, działanie się psuje i grupa się rozpada. Z tego doświadczenia korzystają mądrzy organizatorzy, którzy obserwują podległe sobie zespoły i usuwają z nich osoby próbujące się wybić ponad interes całości.
Jednak trzeba pamiętać, że ambicje ludzkie nie liczą się z kryteriami racjonalności ani krytyką. Stosują liczne znane chwyty psychologiczne, które mają na celu zamaskowanie prawdziwych intencji i ukrycie metod działania. Chwyty znane, ale takie, na które inni niezmiennie dają się nabierać. To tak, jak z wirusami komputerowymi. Każdy wie, że nie wolno otwierać podejrzanych załączników e-mailowych, bo mogą zawierać bombę, a jednak mimo ostrzeżeń i nauk wielu stale to robi, wywołując falę zagrożeń.
Albo jak z mass mediami. Najpierw słyszymy negatywne opinie o przywódcy pewnej partii, wręcz kpiny z niego, a potem tygodniami oglądamy liczne programy z tą osobą, tak jakby telewizja, która go dyskredytowała, teraz chciała wymóc jego popularność i wesprzeć siłę. Wyśmiany przywódca po cichu śmieje się z wyśmiewających i pełnymi garściami korzysta z wyśmiewania. Nieważne, jak się o nim mówi, ważne, czy pokazuje się jego twarz i podaje nazwisko. Jeszcze mniej ważne, co on sam mówi, byleby mówił. Byleby istniał, a że cena nie jest wysoka, efekty są niewspółmiernie duże. Publiczność nie umie oceniać istoty sprawy. Ocenia tylko częstotliwość obecności na ekranie i w gazetach.
Zadajemy sobie pytanie, czy to przypadkowa, nierozumna sprzeczność w postawie mediów, czy może jednak postępowanie celowe. Nie znajdujemy odpowiedzi, bo myślącym odbiorcom fakty te wydają się niespójne. Powinniśmy jednak szukać logiki tego zjawiska, ponieważ gdzieś się ukrywa. Wbrew obiegowym poglądom o niedorzeczności spiskowej teorii dziejów, za każdym działaniem kryje się pewien system. Jedni mówią, że chodzi o pieniądze, inni że o władzę, a scenarzyści seriali, że o miłość. Ale wcale nierzadko się zdarza, że to po prostu głupota i krótkowzroczność.
Głupota zbiorowa, a wiedział o tym Gustave Le Bon, pisząc o psychologii tłumu, jest systemem najgroźniejszym i najtrudniejszym do zdefiniowania. To taki typ spontanicznego spisku, z którym walka jest beznadziejna. Jak głupcowi wytłumaczyć, że jest głupi? Nigdy w to nie uwierzy. Podobnie jak nie wierzą terroryści ben Ladena w bezsens terrorystycznego samobójstwa.
e-mail: pmuldner@mp.pl