ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Na marginesach nauki

Płacić

Leszek Szaruga

 Fot. Stefan Ciechan Studenci niemieccy (płci obojga) zaczynają protestować. Dotychczas darmowe studia niebawem zamienić się mają w płatne. O pobieraniu opłat za pobieranie nauk coraz poważniej zaczynają dyskutować Anglicy. I u nas też zaczyna się z wolna - choć to sprawa poważna, gdyż wymaga zmian w konstytucji - mówić o tym, że studenci mają zacząć uiszczać. Wszyscy, nie tylko zaoczni czy podyplomowi. Państwa nie stać na fundowanie edukacji na poziomie wyższym.

Co z tym robić? W głośnej ostatnio (i słusznie) książce „Co z tą Polską?” Tomasza Lisa edukacja, w dodatku jak najpowszechniejsza, to jedno z podstawowych zadań, które stoją przed polskim społeczeństwem w dążeniu do poprawy i naprawy Rzeczypospolitej: „Bez wielkich wydatków na edukację degradacja społeczna wielkich mas młodych Polaków będzie się pogłębiała. Skąd wziąć pieniądze? Trzeba ciąć wydatki. Które?„

Cóż, to bardzo dobre pytanie, ale w gruncie rzeczy nie ma na nie odpowiedzi. Obecnie każde cięcie to krok ku beznadziejnemu buntowi, a tego żaden polityk posiadający minimum instynktu samozachowawczego nie uczyni. Raczej przeciwnie, będzie ciął tam, gdzie ten bunt niewiele może mu zła uczynić. Obetnie więc wydatki na kulturę, na służbę zdrowia i właśnie na edukację. Bo ma na głowie górników, hutników i kolejarzy.

Ale pieniądze na edukację znaleźć się powinny. Nie sądzę, by przy obecnych rozwiązaniach określających możliwości działania prywatnych fundacji można było liczyć na dotację z tych właśnie środowisk. Odpisy są żadne, nie opłaca się taki biznes. Płacić więc będą musieli sami zainteresowani. Argument, że i u innych dzieje się podobnie, będzie niesłychanie poręczny, dla wielu stanowić może wygodne alibi. Płacą Niemcy i Anglicy, mogą płacić i Polacy. Tylko że Niemców i Anglików od biedy na to stać, Polaków raczej nie.

Tomasz Lis, układając najbardziej optymistyczny z możliwych w Polsce scenariuszy rozwoju, pisze tak: „Realizowane są, czasem w atmosferze silnego sprzeciwu społecznego, odważne reformy. (...) Dochodzi do reformy górnictwa i reformy finansów. Wreszcie ktoś zdobył się na niezbędne cięcia finansów. Są pieniądze na edukację. Rozpoczyna się realizacja wielkiego planu pod hasłem: „cała Polska się uczy”. (...) Rząd razem z organizacjami pozarządowymi, w tym z wieloma fundacjami, tworzy wielki system stypendialny, dzięki któremu są pieniądze na naukę dla każdego zdolnego dziecka„. Fajnie jest.

Rzecz w tym, że Tomasz Lis nie bardzo sobie radzi z pojęciami, które przywołuje. Bo co znaczą słowa „silny sprzeciw społeczny”? Strajki? Paraliż kolei? Demonstracje? Jakie demonstracje? Czy trzeba będzie użyć policji? Może nawet wojska? Czy będzie wiele ofiar? Jakich ofiar? Jak dalece zdestabilizuje to życie społeczne? Jakie będą tego koszty? Kto będzie je ponosił? Bardzo by mnie interesowało rozwinięcie tego fragmentu wizji Lisa. Bo napisać o ewentualności „silnego społecznego sprzeciwu„ można bez kłopotów, a naszkicować jego konsekwencje, to już rzecz nieco trudniejsza.

Rzecz w tym, że Tomasz Lis ma rację. Naprawdę konieczne jest wpompowanie „wielkich wydatków„ w dzieło edukacji społeczeństwa. Potrzebny jest „wielki system stypendialny„, bez niego kraj się nie ruszy ani na krok, a nawet niemal na pewno zacznie się cofać. Wiadomo, że włożone tu pieniądze zwrócą się z wielkim naddatkiem, tyle że po dziesięcioleciach. A póki co, jakoś żyć trzeba.

I żyjemy. Jakoś. Póki co. Trwa to już półtorej dekady. Przez piętnaście dokumentnie zmarnowanych lat. Odrobić tego nie sposób. Im później, tym owe „cięcia„, o których pisze Lis, będą boleśniejsze, dotkliwsze, drastyczniejsze. Więcej - można się zasadnie obawiać, że teraz jest już na nie zbyt późno. I tak mieliśmy szczęście, że Leszek Balcerowicz zdołał przed laty przeforsować swój plan reform, bez tego byłoby jeszcze weselej. Ale tak czy inaczej zaniedbania w sferze radykalnej reformy systemu edukacyjnego są chyba nie do odrobienia i teraz każdy krok naprzód będzie wielokrotnie kosztowniejszy niż byłby przed dziesięciu laty. A skądinąd sympatyczne przedsięwzięcia, jakimi są fundowane przez „Politykę„ stypendia dla kilku młodych i zdolnych pracowników nauki - mimo iż z pewnością stanowią pomoc dla owej garstki wybrańców - w skali społecznej nie mają większego znaczenia.

Przy tym wszystkim trzeba od razu powiedzieć, że owa „darmowa edukacja„, z której korzysta wszak tylko część masy studentów (płci obojga) naszego kraju, nie oznacza bezpłatnych studiów. Studenci (płci obojga) ponoszą wszak koszty „warsztatowe”, wcale nie tak małe. Każdy, kto uważnie śledzi nie tylko postępy swych podopiecznych, ale także ich sytuację materialną, wie, że wcale nie tak nieliczna grupa naprawdę ledwie wiąże koniec z końcem, a ich rodziny ponoszą wiele wyrzeczeń, by móc zapewnić swym dzieciom możliwość edukacji. Owszem, nielicznym udaje się zdobyć pracę, dzięki której mogą studiować, lecz to na ogół oznacza potworną szarpaninę między uczelnią a firmą. To, oczywiście, ich problem, ale warto o nim wiedzieć. Tym bardziej że żyć nam przyszło w kraju łupieżców podatkowych (gdy to piszę, nasi posłowie główkują właśnie, jak ten felieton obłożyć podatkiem VAT, bo to przecież działalność nie związana z moją umową o pracę).

Koszty własne związane z uczestnictwem w procesie edukacyjnym nie będą wszak w najbliższych latach malały, wręcz przeciwnie. W tej sytuacji ewentualność przymuszenia studentów do opłat za naukę to perspektywa nieco makabryczna, choć bez wątpienia znajdą się mądrzy, którzy z ołówkiem w ręku wyliczą, że innego wyjścia nie ma. I dodatkowo obetną fundusze na rozwój polskiej nauki. Ich na to stać.