ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Życie akademickie

Trup w szafie

W niektórych uniwersytetach krążą już nieoficjalne listy osób zaangażowanych we współpracę z UB i SB, historycy pracujący w IPN są na tropie kolejnych niemiłych odkryć. Nie pomoże więc chowanie głowy w piasek. Trzeba podjąć jakieś decyzje.
Rozmowa z prof. Stanisławem Salmonowiczem, historykiem prawa, członkiem PAU

Instytut Pamięci Narodowej otworzył szafę. Bije z niej przykry zapach. Teraz pozostaje albo ponownie ją zamknąć, wywietrzyć pokój i mieć baczenie na każdego, kto majstruje przy drzwiach, albo wyjąć trupa i pochować go. Co Pan radzi?

- Ostatnimi czasy zarysowały się dwa kierunki myślenia. Kierunek pierwszy, reprezentowany m.in. przez Adama Michnika i jego zwolenników, jest przeciwny wszelkim lustracjom i powrotom do przeszłości. Drugi, reprezentowany głównie przez skrajną prawicę, żąda pełnej jawności i wyciągania takich czy innych (ale jakich?) konsekwencji. Odrzucam rozwiązania skrajne. Zgadzam się wprawdzie, że wszelkie lustracje czy weryfikacje niosą z sobą trudne do skalkulowania koszty własne, ale jednocześnie uważam, że całkowita amnezja jest niedopuszczalna.

Nawet jeśli dotyczy to środowiska pracowników nauki?

- Przede wszystkim. Nie ma powodu, aby rozdzierać szaty nad tuzinkowym donosicielem z ulicy. Od profesora uniwersytetu mogę jednak wymagać, by nie trudnił się latami zajęciem niegodnym. Można wprawdzie postępować stosownie do maksymy: de mortuis nil nisi bene, ale czy będzie to adekwatne do prawdy historycznej o dziejach danego uniwersytetu czy instytutu? Powiedzmy jasno: istnieje potrzeba prawdziwej katharsis w środowisku naukowym w Polsce, bo po roku 1989 nie urodziła się żadna koncepcja samooczyszczenia się tej zbiorowości. Na skutek tego niektórzy czołowi decydenci naukowi epoki Gomułki czy Gierka pozostali na swoich, nieraz eksponowanych stanowiskach, wywierając wpływ zarówno na kształt polityki państwa, dobór jego kadr, jak i na obsadę personalną prestiżowych instytucji naukowych. W ich interesie leży opieszałość w reagowaniu na zło. Wystarczy wspomnieć książkę dr. Marka Wrońskiego Zagadka śmierci profesora Mariana Grzybowskiego (Warszawa 2004). Publikacja dokumentuje, jak środowisko medyczne w ciągu wielu lat ustosunkowywało się do prób wyjaśnienia okoliczności śmierci wybitnego dermatologa w 1949 r. w areszcie warszawskiego UB oraz do prób ustalenia winnych całkowitego wymazania uczonego z kart dziejów nauki polskiej. Zainteresowani milczeniem wokół tego tematu, wspierani przez część środowiska, nadal usiłują tuszować sprawę. Najchętniej skazaliby książkę na niebyt w społecznej świadomości, podobnie jak w swoim czasie, na życzenie nieustalonej osoby, wycofano w latach stalinowskich podręcznik dermatologii profesora.

Czy jednak z faktu informowania opinii publicznej o przykładach dyskwalifikujących moralnie niektóre autorytety nie wyniknie więcej szkody niż pożytku? Czy nie mają racji ci, którzy perswadują, że zgodnie ze starą zasadą archiwistów dokumenty należy pozostawić w spokoju przez lat 50?

- Teoretycznie jest w tym wiele racji. Być może sprawa jest źle ułożona, ale skoro już raz otwarto archiwa służb specjalnych, procesu nie da się zatrzymać. I teraz już nie można dyskutować o tym czy dobrze się stało, czy źle, że otwarto teczki, ale należy się zastanowić, co dalej robić, skoro je otwarto? Ujawnione dotychczas casusy, to jedynie wierzchołek góry lodowej. W niektórych uniwersytetach krążą już nieoficjalne listy osób zaangażowanych we współpracę z UB i SB, historycy pracujący w IPN są na tropie kolejnych niemiłych odkryć. Nie pomoże więc chowanie głowy w piasek. Trzeba podjąć jakieś decyzje. Nawet nieśmiałe będą lepsze aniżeli żadne. Bo inaczej prawdą okaże się to, o czym mówią złośliwi, że Polacy, raz na generację urządzają mniej lub bardziej udane powstanie, ale na co dzień brak im elementarnej odwagi cywilnej.

Wzywa Pan do polowania na czarownice?

- Bzdura. Nie o to chodzi. Tym, którzy współpracowali sporadycznie ze służbami specjalnymi na szkodę swoich kolegów ze strachu, oportunizmu czy naiwności ideowej, pozostawiam kwestię do rozważenia w ich własnym sumieniu bądź sumieniu osób przez nich pokrzywdzonych. Ale są przypadki, kiedy dla danego „tajnego współpracownika” SB była zmuszona założyć (ze względu na obfitość twórczości) kilkanaście teczek, zawierających denuncjacje odnoszące się do całego wydziału, instytutu, ba! . uniwersytetu. Taki człowiek, z reguły bezpartyjny, cieszył się zaufaniem uczonych, przede wszystkim tych usytuowanych daleko od władzy ludowej i... na nich donosił. Skutkowało to nie tylko drobnymi dolegliwościami . odmową wydania paszportu czy wstrzymaniem nominacji „belwederskiej”, ale także nieprzedłużeniem zatrudnienia w uniwersytecie. Czasem . aresztowaniem. Czy takie osoby powinny zostać anonimowe, powinny nadal kształcić studentów, mówić im o etyce medycyny, prawa, historii?

Wierzy Pan SB-owskim dokumentom?

- Trudno odpowiedzieć jednoznacznie „tak” lub „nie”. To nie jest łatwy problem. Są luki różnego rodzaju, spowodowane w dużej mierze polityką niszczenia akt UB i SB na progu rządów solidarnościowych. Jeżeli jednak otrzymuję do ręki całościowy zbiór akt służb specjalnych, których autentyzm nie budzi wątpliwości, to przyjmuję, iż ich zawartość jest wiarygodna. Budzą wątpliwości jedynie informacje na temat pokrzywdzonego, które do akt trafiły z różnych źródeł. Te wymagają kontroli fachowego historyka wedle zasad krytyki źródła. Odrębną sprawą jest identyfikacja osób będących na usługach władz bezpieczeństwa. Występuje tu, mniej więcej od lat sześćdziesiątych do 1989 roku, wyraźne sformalizowanie. „Tajny współpracownik” („tw”) to osoba, która podpisała zobowiązanie o współpracy z SB. „Kontakt operacyjny” („ko”) to określenie dość szerokie, obejmujące m.in. donosy czy komunikaty osób, które nie były formalnie współpracownikami SB, ale informacji udzielały z takich czy innych powodów. Wiktor Trościanko, gwiazda „Wolnej Europy”, nie był przecież formalnie współpracownikiem, ale dostarczał SB materiały donosicielskie na Nowaka-Jeziorańskiego.

Wreszcie „doniesienie z tzw. kontaktów służbowych”... W przypadku uczelni bądź instytucji naukowych do takich kontaktów zmuszeni byli szefowie struktur uniwersyteckich i kadrowi działacze PZPR. Czasem informacja uzyskana tą drogą mogła być szkodliwa. Zdarzały się też przypadki, niezwykle rzadko, że podpisy „tw” fałszowano. Dotyczy to przede wszystkim quasi-werbunku księży. Ale wtedy, jeżeli brak autentycznych donosów, mimo podpisanego zobowiązania trudno taką osobę uważać za sensu stricto aktywnego współpracownika.

A przy okazji, fakt, iż brak wielu akt SB ratuje przed identyfikacją różnych tajnych współpracowników - wbrew polemistom atakującym IPN . w niczym nie może zaszkodzić osobom niewinnym, bo przecież niszczono to, co obciążało „swoich”. Warto również podkreślić kwestię prawną. Decyzja IPN o odmowie udostępnienia akt, jako decyzja administracyjna, podlega kontroli sądów administracyjnych. Oficjalna informacja pisemna IPN, że dana osoba była tajnym współpracownikiem, nie jest żadną decyzją, lecz informacją. Jeżeli po „upublicznieniu” takiej informacji ktoś czuje się pokrzywdzony, zawsze ma prawo . wedle reguł ogólnych . skierować pozew do sądu cywilnego i sąd ustali, czy oskarżenie było słuszne. IPN rzadko identyfikuje kogoś jako tajnego współpracownika. Zazwyczaj wtedy, gdy istnieje nie tylko jego deklaracja współpracy, ale i teczki pełne jego donosów. Brak dotąd dowodów, iż popełniono tu błędy. W moim przypadku, gdy ujawniono nazwisko osoby z mego otoczenia będącej tajnym współpracownikiem, otrzymałem trzy teczki jego „raportów” za okres ponad 15 lat.

Dlaczego wystąpił Pan do IPN z wnioskiem o przyznanie statusu pokrzywdzonego?

- Ponieważ, po pierwsze - w grudniu 1970 r. byłem aresztowany z powodów politycznych w Warszawie i przesiedziałem kilka miesięcy na Rakowieckiej, po drugie . po zwolnieniu z aresztu na rok pozbawiono mnie możliwości pracy w zawodzie, po trzecie . przez 10 lat odmawiano mi wydania paszportu i po czwarte . przez kilkanaście lat uniemożliwiono awans zawodowy. Nie ukrywam, że chcę wiedzieć, komu to zawdzięczam, bo, jak się okazuje, przez około 20 lat byłem stale „pilnowany”, m.in. przez kolegów-uczonych. Po przyznaniu mi statusu pokrzywdzonego z IPN, otrzymałem kilkanaście teczek na swój temat z dokumentami UB i SB z terenu Krakowa (do 1966 r.), Bydgoszczy, Warszawy i Torunia.

Żałuje Pan, że je przeczytał?

- Nie. Wręcz przeciwnie, czuję się dowartościowany. Najbardziej zdumiała mnie skrupulatność w dokumentowaniu moich poglądów z czasów, kiedy byłem jeszcze asystentem w UJ w Krakowie. Reasumując, dla historyka było to bardzo interesujące doświadczenie, które . być może . zaowocuje publikacjami. Z punktu widzenia poszerzenia wiedzy na osobisty użytek, psychologicznie pożyteczne. Wiele spraw się wyjaśniło.

Czy każdy powinien mieć dostęp do teczek IPN?

- Ustawa o IPN ma swoje wady, podobnie jak i praktyka, ale generalnie widzę je gdzie indziej aniżeli profesor Romanowski, którego emocjonalnego, pełnego pospiesznych uogólnień ataku na IPN w „Gazecie Wyborczej” zupełnie nie rozumiem. Dlaczego chce, aby trzymać dokumenty pod kluczem? Aż wymrą zainteresowani? Jestem za szerokim dostępem do akt bez restrykcji uzasadnianych ochroną prywatności. Ale szeroki nie znaczy powszechny. Trudno dopuszczać do akt tych, którzy nie spełniają kryteriów podmiotowych. Tą zasadą, obojętnie czego dokumenty dotyczą, kierują się wszystkie archiwa. Dostęp należy zapewnić historykom i osobom pokrzywdzonym. Popieram stanowisko prof. Friszkego, polemisty prof. Romanowskiego, bo, podobnie jak on, jestem specjalistą od spraw stalinizmu i okupacji hitlerowskiej, a do tego ja sam i moja rodzina w różnych aspektach byliśmy ofiarami tego systemu. W dyskusjach „o teczkach” zapomina się, że komunizm, jako ustrój, upadł w Polsce na skutek bezprecedensowego porozumienia Okrągłego Stołu i jego konsekwencji . bez rozlewu krwi. To oczywiście nie mogło pozostać bez wpływu na stosunek Polaków do przeszłości dawnej i najnowszej. Słusznie nie podjęto działań odwetowych, nie dyskryminowano członków byłych elit i ich akolitów. Nie oznacza to jednak zgody na milczenie w przypadkach niekwalifikujących się do pociągnięcia do odpowiedzialności prawnej czy dyscyplinarnej. W życiu publicznym nie obowiązuje sądowa zasada domniemania niewinności. Aby pełnić funkcje polityczne i piastować godności uniwersyteckie, trzeba być po prostu nieskazitelnym.

Rozmawiała Janina Słomińska