Muszę oddzielić własne wzruszenie od rzeczywistej wagi zdarzenia. Powodem wzruszenia jest prośba władz Kudowy oraz tamtejszych lekarzy, bym odsłoniła jedną z trzech tablic pamiątkowych umieszczonych na frontowej ścianie Domu Zdrojowego. Uroczystość była częścią obchodów 650-lecia uzdrowiska. Tablice poświęcono ludziom dlań zasłużonym. Ich symboliczne spotkanie w tym miejscu jest osobliwym zawęźleniem nie tylko jednostkowych losów, ale historii, która teraz może być wspólna, którą rozumni gospodarze pragną pamiętać całą, wolną od ideologicznych osądów i dyktowanych nimi cezur.
Długie są dzieje uzdrowiska. Przynależne czeskim, austriackim, niemieckim, polskim włodarzom tej pięknej ziemi w kotlinie starych gór, przechowywało postawy właściwe mieszkańcom pogranicza - otwarte i tolerancyjne, roztropnie podatne nowościom przychodzącym z różnych stron świata.
Pierwsza wzmianka o osadzie, będącej wtedy przysiółkiem większej i starszej miejscowości parafialnej Czermna, pochodzi z 1477 roku. Nazwa wzięła się od czeskiego słowa „chudoba”, oznaczającego ubóstwo. Biedna była podgórska kamienista okolica.
Sto lat później odkryto źródła mineralne, co legenda przypisuje wędrownym mnichom. W roku 1636 powstały w Kudowie pierwsze urządzenia kąpielowe - drewniane szopy, w których ustawiano wanny z klepek. Kąpiele możliwe były latem. Miasto zmieniało gospodarzy, mając na ogół szczęście do proboszczów, wśród których chlubnie zapisał się ks. Wacław Tomaszek w latach 1764-1804, współpracujący z ówczesnym właścicielem okolicy, urzędnikiem dworu austriackiego Leopoldem von Lesli. Ten drugi wybudował pałacyk myśliwski, gdzie mieści się teraz sanatorium „Zameczek”, prowadzone wiele lat przez mojego ojca, a teraz przez jego lekarskie i naukowe wnuki. Proboszczowi Tomaszkowi zawdzięcza Kudowa Kaplicę Czaszek (zbiorowy grób osób zmarłych podczas epidemii i głodu w XVIII stuleciu), nieodmiennie atrakcyjną dla kuracjuszy oraz turystów. Wygląd znany ze starych niemieckich pocztówek przybrało miasto w epoce wojen napoleońskich. Ówczesny właściciel Adolf von Goetzen wybudował nowy budynek łazienkowy na dwadzieścia wanien. Wokół powstały liczne pensjonaty. Park zdrojowy, gdzie odbywała się uroczystość, ma układ z tamtego czasu, a obecne władze starają się przywrócić mu dawną piękność.
W 1850 roku profesor Uniwersytetu Wrocławskiego dr Adolf Ferdinand Duflos (ur. 1802) dokonał analizy wód w źródłach kudowskich, rozpoznając dokładnie i potwierdzając autorytetem naukowym ich lecznicze właściwości, zwłaszcza w niedomaganiach serca i naczyń. Autorytetem był wielkim, jako jeden z ojców chemii farmaceutycznej, autor podręczników z tej dziedziny, wybitny znawca trucizn. Trzy lata później opracowano szczegółowy regulamin korzystania z kuracyjnych dobrodziejstw wedle wskazań lekarzy. Rozpoczął się okres świetności uzdrowiska. Zachowane w Archiwum Zdrojowym rejestry kuracjuszy z XIX wieku notują przybyszów m.in. z Ameryki i Australii. Także Polacy chętnie i licznie bawili w karkonoskim kurorcie.
Pierwszą odsłonięto tablicę prof. Duflosa. Pożałowałam wtedy, że za mało pytałam mego ojca o historię Kudowy, dokąd jeździł każdego miesiąca na kilka dni, po czym wracał zmęczony, ale zawsze uradowany i rozmawiał z mamą o pacjentach, których tam badał i o tych, którzy z jego kliniki powinni do „Zameczku” pojechać. Dopóki mieszkałam we Wrocławiu i kiedy studiowałam w uniwersytecie, gdzie wykładał Adolf Duflos, wspominanie przeszłości mogło być tylko przeskokiem do epoki Piastów Śląskich, których skomplikowane parantele były trudne do przyswojenia i mało ciekawe.
Z górą sto lat od śmierci niemieckiego chemika, ponad ćwierć wieku od śmierci Antoniego Falkiewicza, upamiętnionego na środkowej tablicy, i kilkanaście dzielących od śmierci Juliana Aleksandrowicza z tablicy trzeciej, mogłam głośno powiedzieć zebranym notablom Kudowy i jej mieszkańcom oczywistą prawdę o tym, że medycyna jest takim rodzajem służby ludziom, który opiera się (bywało, że nieskutecznie) ideologiom, nie baczy na geografię granic ani narodowość władców oraz poddanych.
W latach sześćdziesiątych zaczynało się w Polsce mówić o biometeorologii. Jej pionierem był krakowski profesor medycyny Julian Aleksandrowicz, internista, później przede wszystkim hematolog. Pierwsze spostrzeżenia dotyczące wpływu zmian atmosferycznych na samopoczucie i stan zdrowia ludzi poczynił w getcie podczas wojny, kiedy to w burzowe popołudnie wołano go do kilku przypadków zawału serca. Notując tę opowieść w krakowskim mieszkaniu, które miałam wiele jeszcze razy odwiedzać, usłyszałam nieznaną mi historię o własnym ojcu.
Dr Aleksandrowicz w 1939 roku uciekał przed Niemcami do Lwowa, ubrany w pośpiechu w smokingową marynarkę i tenisówki. We Lwowie poczuł się bardzo źle i poszedł do Szpitala Powszechnego po pomoc. Tam prymariuszem (dziś ordynator oddziału) był dr Antoni Falkiewicz, który zbadał kolegę i, stwierdziwszy zapalenie płuc, położył do łóżka. Późniejszy prof. Aleksandrowicz do końca życia utrzymywał, że to uratowało go (chwilowo) i przed Niemcami, i przed sowiecką wywózką.
Obaj upamiętnieni w Kudowie mieli dobre cechy lekarzy starej daty czy dawnego stylu - ofiarność, życzliwość dla pacjentów, znajdujących w sanatorium przedłużenie troskliwej opieki klinicznej, ale także gotowość służenia w potrzebie chorym „z miasta”, którzy zawsze mieli dostęp do gabinetu lekarskiego w „Zameczku”, a kiedy było trzeba, profesor chodził do nich do domu.
Dzięki współpracy z klinikami uniwersyteckimi Kudowa stała się ośrodkiem badań naukowych w zakresie balneologii, którą interesował się Julian Aleksandrowicz i badań z pogranicza tej specjalności z kardiologią, czym zajmował się Antoni Falkiewicz. Rejestr znaczących w historii medycyny prac - i mistrzów, i zastępu ich wychowanków - jest długi. Najważniejsze przypomnieli zebranym przy tablicach żyjący jeszcze uczniowie albo „późniejsze wnuki”, przypisujące się do kudowskiej szkoły medycyny, jak nazywają tamtejsze środowisko lekarskie.
Wspominano także trzeci nurt działalności lekarzy-uczonych, tj. kształcenie młodych, zapewniając, że ci, co pobierali nauki u bohaterów uroczystości, sami dziś zaawansowani wiekiem, czują się zobowiązani oraz bardzo starają o to, by i wiedzę, i zaszczepione im postawy przekazywać kolejnym pokoleniom.
Miałam czas myśleć o tym wszystkim wracając malowniczą drogą przez dolnośląskie, wypiękniałe ostatnio miasta, w wolno zapadającym zmierzchu. Wiem, że każdemu z trzech profesorów należałaby się wyczerpująca biografia - spisana dla tych, którym potrzeba wzoru, i z wdzięczności tym, którzy przechowali pamięć. Na pewno warto, choćby najkrócej, przywołać to, co już bardzo oddalone, a wciąż aktualne.
Pokolenie mojego ojca i profesora Aleksandrowicza musiało się odnaleźć w dramatycznie i zupełnie zmienionej rzeczywistości powojennej. Mieli tę sprzyjającą okoliczność, iż ich zawód jest, a w każdym razie może pozostać, apolityczny. Akces do partii nie wchodził w grę, ale trzeba było zawierać z władzą kompromisy, kiedy szło o kształcenie młodych (co obaj z poświęceniem robili), kierowanie kliniką, patronowanie zespołom naukowym, recenzowanie prac kolegów i uczniów - a każde z tych działań brane było pod ideologiczną lupę. Nie pamiętam, by ojciec przeżywał dylematy moralne, nie słyszałam też o tym od prof. Aleksandrowicza, z którym wielekroć długo rozmawiałam o najważniejszych rzeczach. Opowiadał mi swoje partyzanckie koleje (doktor „Twardy”), tak samo jak ojciec wspominał ukrywanie się po wejściu Sowietów do Lwowa. Kryteria oceny siebie i innych mieli absolutnie jasne, dlatego pewnie rzadko je formułowali, nieustannie poświadczając własnym postępowaniem.
Lekarzy tamtego pokolenia nazywano lekarzami z powołania. Uroczystość w Kudowie ośmieliła mnie do użycia tego określenia, zdawałoby się anachronicznego, gdyż przekonałam się, że za takimi tęsknią nie tylko pacjenci, także następcy, nawet gdy nie zdążyli ich osobiście poznać. Lekarze z powołania, zwłaszcza gdy łączą leczenie z badaniami naukowymi, odznaczają się szerokimi horyzontami i rozległym poczuciem powinności.
Julian Aleksandrowicz bacznie obserwował pogranicza różnych nauk i, wiedziony niezawodną intuicją, wkraczał z własnymi pomysłami na te, gdzie spodziewał się pożytków dla społeczeństwa. Pracując przez kilka lat w Kudowie, wprowadził metody nowoczesnej balneoterapii, wzbogacając znacznie kilkusetletnią tradycję uzdrowiska. Kiedy na świecie odkryto rolę mikroelementów w podstawowych procesach życiowych, profesor zorganizował wprowadzenie do sprzedaży bogatej w cenne substancje soli wielickiej, którą od jego imienia nazwano „Julian”. Pamiętam zapał, z jakim przygotowywał do serii wydawniczej „Omega” (miałam przyjemność ją przez kilka lat prowadzić) książeczkę o „sumieniu ekologicznym”, do dziś aktualną w podstawowych wskazaniach, jak my, obywatele, mamy się odnosić do przyrody. Nie było tam ani zapalczywej ortodoksji, cechującej niektóre ruchy ekologiczne, ani zrezygnowanego pobłażania, ale opisanie radości wynikającej z kierowania się poczuciem jedności z naturą. Prace redakcyjne toczyły się okresowo w letnim domu profesora nad Jeziorem Rożnowskim, przerywane wypoczynkiem na żaglówce, którą sam sterował, a podziwianie krajobrazów przydawało wagi argumentom merytorycznym. Zasypując otoczenie wciąż nowymi ideami, nalegając na realizację tych, które uważał za istotne dla jakości ludzkiego życia, Julian Aleksandrowicz zyskiwał entuzjastów i niechętnych sobie. Powtarzał, że każdego, kto mądry, z czasem przekona.
Antoni Falkiewicz był we Lwowie pionierem elektrokardiografii. Pracując całe życie nad zagadnieniami zaburzeń rytmu serca nie nazywał siebie kardiologiem, tylko internistą. Do dzisiaj tak mówię i myślę o swoim ojcu, zrozumiawszy po latach, że wielkim walorem jego pojmowania medycyny było unikanie wąskiej specjalizacji. W powojennym Wrocławiu stworzył Klinikę Chorób Wewnętrznych, której przedłużeniem albo „terenowym oddziałem” stało się kudowskie sanatorium. W dawnych lwowskich „historiach choroby”, pisanych trudno czytelnym pismem, zielonym atramentem, znalazłam po śmierci ojca dramatyczne zapisy przeżyć ludzi, którym udało się wrócić z łagrów. Posłużyły jemu i współpracownikom do badań nad chorobą głodową. Po wojnie na Dolnym Śląsku występowało „wole endemiczne”, skutek niedoboru jodu na tym terenie. Badania wrocławskiej kliniki przyniosły praktyczne rozwiązanie - jodowanie soli, w konsekwencji wyeliminowanie przypadłości, której dziś już nikt nie pamięta. Inne owoce zainteresowania profesora Falkiewicza społecznymi zagadnieniami medycyny to szereg prac nad pylicą - chorobą zawodową górników i nowe metody jej leczenia. Z dawnej kliniki ojca wypączkowała Klinika Chorób Zawodowych. Pasją ostatnich kilkunastu lat życia było przekonywanie o szkodliwości palenia (sam rzucił je po czterdziestu latach) m.in. mieszkańców Kudowy, gdzie wygłaszał odczyty na ten temat oraz badania nad otyłością traktowaną jak zjawisko epidemiczne.
Tablice pamiątkowe zasłużonych profesorów odsłonięto w parę miesięcy po wejściu Polski do UE. W miejscu symbolizującym wymownie znaczenie sąsiedztwa narodów. Jak dawniej przyjeżdżają tu kuracjusze z wielu stron Europy i z dalszych krajów. Świadectwa wspólnej historii staną się, jak myślę, ważnym elementem klimatu uzdrowiska.