Instytut Społeczeństwa Wiedzy przeprowadził badania dotyczące współdziałania uczelni publicznych i niepublicznych. Ich wyniki i opinie rektorów na ten temat zebrała Ewa Chmielecka. Celem badań było opisanie relacji między uczelniami państwowymi i prywatnymi oraz określenie przyczyn konfliktów między nimi. Analiza odpowiedzi na pytania ankiety pozwala dostrzec podobieństwa i różnice w poglądach rektorów różnych typów szkół na temat współpracy uczelni wyższych. Często zdania były podobne, np. taki sam procent ankietowanych z uczelni państwowych i prywatnych opowiedział się za stosowaniem jednakowych zasad w pobieraniu opłat za dowolną formę studiów (było za tym nieco ponad 70 proc. ankietowanych z obu typów szkół wyższych). Różnicę poglądów najwyraźniej widać w ocenie kosztów i korzyści, jakie wynikają ze współdziałania szkół państwowych i prywatnych. Na pytanie, czy przeważają korzyści, czy koszty, 8 proc. rektorów uczelni publicznych uznaje, że korzyści, 83 proc. odpowiada, że koszty. Tymczasem aż 75 proc. rektorów szkół publicznych wskazuje przewagę korzyści, a tylko 6 proc. - kosztów poniesionych w związku z synergią ze szkołą państwową.
Głównym źródłem konfliktów są wynikające z regulacji prawnych nierówne warunki konkurencji między uczelniami z obu sektorów. Jeden z rektorów wprost powiedział, że to wina państwa, które ustanawia złe prawo. Pojawiają się opinie, że gdyby pieniądze „szły za studentem”, znikłaby przewaga uczelni publicznych, które wybierane są często nie ze względu na poziom oferowanego kształcenia, ale z powodu mniejszych kosztów związanych ze studiowaniem. Podłożem konfliktów jest także konkurencja o kadry naukowe. Szkoły prywatne rzadko mają możliwość kształcenia własnych pracowników naukowych, korzystają więc z kadry uczelni publicznych. I tu zaczynają się dyskusje nad jakością kształcenia oferowanego przez pracujących na kilku etatach wykładowców i wiele innych wynikających z tego konfliktów. Większość rektorów obu typów szkół zgodnie przyznała, że obecnie istniejące zasady określające warunki konkurowania uczelni na rynku usług edukacyjnych nie sprzyjają rozwojowi właściwych relacji między sektorami. Główne elementy, które mogą poprawić współdziałanie uczelni państwowych i prywatnych, to: jasna polityka państwa względem szkolnictwa wyższego, prawo pozwalające na równą konkurencję, skuteczna i sprawiedliwa działalność Państwowej Komisji Akredytacyjnej i regulacja sprawy przepływu kadr między sektorami.
Działalność Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej to bardzo rzadki przykład współpracy z uczelniami prywatnymi. W wywiadach umieszczonych w aneksie książki znajdziemy wypowiedź rektora Mariana Harasimiuka, który opisuje, jak doszło do tej synergii. Do UMCS zgłaszały się lokalne samorządy proszące o utworzenie filii. Było to jednak trudne, w związku z wysokimi wymaganiami kadrowymi stawianymi filiom. UMCS zaproponował więc współpracę uczelniom prywatnym, którym będzie patronował, służył kadrą, a absolwenci licencjatów tych szkół będą mieli możliwość kontynuowania nauki na magisterskich studiach w Lublinie.
Rektorzy, z którymi wywiady zamieszczono w aneksie książki, mówią, że nie istnieje system dwóch sektorów szkół wyższych połączonych synergicznie. Jest tylko przepływ kadr między tymi sektorami. Wielu pracowników naukowych dostrzega wagę problemu i potrzebę rozmów na ten temat. Na pewno nie będzie łatwo o współpracę zadowalającą obie strony.
Justyna Jakubczyk
Ewa Chmielecka, Współdziałanie uczelni publicznych i niepublicznych - opinie rektorów, Instytut Społeczeństwa Wiedzy, Warszawa 2004.
Dość banalne jest twierdzenie, że wojna czy też walka towarzyszyły człowiekowi od zarania dziejów - powiada Leszek Zakrzewski i od razu zaznacza, że ethos walki w różnych kulturach jest niemal jednakowy, „przynajmniej w założeniu”. Akcje terrorystyczne są złamaniem zasad uczciwej walki niezależnie od religii - konstatuje autor - dlatego nie można na ich podstawie oceniać całości kultury. Ważny jest też podział na kultury wojowników i rycerzy. Rycerz, prócz wychowania wojskowego, musi mieć wychowanie dworskie (maniery, litość dla słabszych, nawet umiejętności artystyczne). Społeczeństwa wojowników bywały totalitarne, więc indywidualizm był niepożądany. Zakrzewski dzieli więc ethos europejski na dwie odmiany: homerycki (rycerski) i spartański (wojownika). I to ethos rycerski powinniśmy kultywować, ethos wojownika może bowiem prowadzić do postrzegania przegranych jako podludzi.
Jaka jest różnica między rycerzem krzyżowcem a bojownikiem dżihadu? Czym różni się od nich samuraj umierający samobójczą śmiercią? Zakrzewski prowadzi wywód jasno i klarownie. Popiera go ciekawymi cytatami nie tylko z dzieł wymienionych wcześniej humanistów, ale i z legend, mitów, eposów (Iliada czy arabska Sirat Antary). Nie brakuje też cytatów ze świętej księgi islamu - Koranu, słów „boskiego” cesarza Japończyków (Rzucić się w wir walki i tam śmierć znaleźć to rzecz łatwa, której dokonać może każdy chłystek [...] istotnym męstwem jest żyć, gdy żyć się godzi, a umrzeć, kiedy umrzeć trzeba - książę Kito), współczesnych dzieł, jak Podstawowe zasady konwencji genewskich i ich protokołów dodatkowych. Najciekawsze jednak i najbardziej wstrząsające są cytaty z pamiętników japońskich żołnierzy szkolonych na kamikaze czy wyjątki z rozkazów ich dowódców. Przeplatane cytatami z listów żołnierzy amerykańskich i z prasy dają niezwykle ciekawy obraz tej mało znanej części dziejów II wojny światowej.
Wojna łączy się z tak żywotnymi kwestiami, jak: męstwo i tchórzostwo, altruizm i egoistyczne zachowywanie życia, obowiązek i działania niewymuszone, śmierć męczeńska i samobójcza. Nie należy też zapominać o humanitaryzmie, suwerenności narodów czy akceptacji odmienności kulturowych. Wszystkie te pojęcia Zakrzewski stara się dokładnie przedstawić i zdefiniować. Ponadto odnaleźć tu można delikatne sugestie, że odczytywanie jednej kultury przez pryzmat innej ma taki sam sens, jak przysłowiowa rozmowa z niewidomym o kolorach. Zaskakująco wiele błędnych pojęć ma Europa o kulturze arabskiej czy kulturze Dalekiego Wschodu - zdaje się sugerować badacz i z lekkim przymrużeniem oka przytacza ciągle żywy mit „walki” Zachodu, niosącego nowoczesność i cywilizację, oraz barbarzyńskiego Wschodu, wroga demokracji. Czym jednak jest zachodnia cywilizacja? Czyż nie ona nazywana bywa cywilizacją śmierci?
Na koniec badacz porusza najciekawszą dla opinii publicznej kwestię islamskich ekstremistów. Wiem, że słowo „okupacja” budzi sprzeciw wielu ludzi, którzy uważają, że wkroczenie wojsk do Iraku było wyzwoleniem (...) w oczach Irakijczyków Amerykanie są agresorami a nie wyzwolicielami. Podobnie wygląda problem interwencji w Kosowie - słuszny z moralnego, ale nie prawnego punktu widzenia.
Zmierzenie się z tym niełatwym tematem musiało wymagać od autora rycerskiej cierpliwości i samodyscypliny, a także odwagi. Można powiedzieć, że z tego boju z materią dzieła wyszedł zwycięsko, niczym z ciężkiego pojedynku, prowadzonego zapewne zgodnie z najczystszymi zasadami kodeksu rycerskiego. Nagrodą dla twórcy jest satysfakcja, a dla czytelnika ciekawa książka, także o sztuce życia, bo walka jest wszak sytuacją powszechną.
Anna Matraszek
Leszek S. Zakrzewski, Ethos rycerski w dawnej i współczesnej wojnie, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2004, seria: Obyczaje - Prawo i Polityka - Życie Codzienne.
Jean-Pierre Salgas pisze, że książki Gombrowicza stwarzają pozory braku właściwego początku i końca. Trudno się z tym nie zgodzić, dostrzegając jednak w owych pozorach świadomy chwyt literacki, z którym Gombrowicz nie mógł i nie chciał się rozstać. O pracy Salgasa chciałoby się powiedzieć, że też tylko pozornie, po gombrowiczowsku, pozbawiona jest rozpoczęcia i zakończenia. Niestety, takie twierdzenie byłoby nadużyciem. Środek książki mógłby ratować sytuację, jednak i tu brakuje wewnętrznej spójności. Całość jest rozbita i pączkuje we wszystkich kierunkach (szkoda, że nie rozkwita, tylko więdnie!).
Salgas pisze, że po przeczytaniu dowolnego utworu Gombrowicza, czytelnik wie tyle samo, co detektyw - narrator Kosmosu rozwiązujący „rebus”, czyli niewiele. Ale u Gombrowicza nie o klarowność następujących po sobie zdarzeń chodzi najbardziej. Co innego w książkach poświęconych interpretacjom utworów Gombrowicza czy jakiego bądź pisarza. W nich kwestia ta wydaje się istotna, jednak w pracy Salgasa zajmuje raczej mało eksponowane miejsce.
Można spytać, czy Salgas z premedytacją przeniósł formułę gombrowiczowskiego chaosu do swojej książki, bo jeśli tak, nie był to najszczęśliwszy pomysł, chociażby dlatego, że czytelnik zupełnie gubi się w tym labiryncie poszatkowanych myśli. A nie jest to trudne, biorąc pod uwagę zamiłowanie Salgasa (żeby nie powiedzieć: manię) do stosowania rozbudowanych wtrąceń w nawiasach i cytatów, które nieustannie spotykają się, plączą i piętrzą. Krótki wywód rozpada się na drobne części, których już nawet nie chce się łączyć w jakąś w miarę logiczną całość. Zbyt dużo tu niedopasowań, niedociągnięć i rozdrobnienia. Śmietnik interpretacyjny, ot co.
Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że z omawianej książki można jednak „wydrylować” kilka informacji, które mogłyby zaciekawić miłośnika „autora Ferdydurke”. Jest to jednak praca ogrodnika pielącego zachwaszczony ogród. Jeśli ktoś lubuje się w tego typu zajęciach, książka jest godna polecenia. Interesujące jest np. postrzeganie przez Salgasa Rity Gombrowicz, jako części wielkiego dzieła i ostatniej z przemian pisarza. Trafnie też Salgas zauważa, że Gombrowicz na zawsze pozostanie synem własnej książki (Ferdydurke), zniekształconym, przekształconym i pozbawionym kształtu przez tę powieść. Zawsze i wszędzie z tą „gębą” - zarówno dla zwolenników, jak i przeciwników. Pojedynek na miny w Ferdydurke nazywa mszą na opak. Miętus odnosi zwycięstwo przez uszy (Obsceniczne Zwiastowanie?) nad Syfonem Pantokreatorem, który palcem wskazuje na niebo. Salgas posuwa się czasem w swych interpretacjach bardzo daleko, jak choćby wtedy, gdy w „synczyznie” (Trans-Atlantyk) szuka Chrystusa... Chrystusa ateisty, bluźniercy, człowieka wielowarstwowego i homoseksualisty. Przeciwstawia się za to nazywaniu Gombrowicza typem autora „homoseksualisty”, co dość często się sugeruje. Według niego, „homoseksualizm” Gombrowicza jest sposobem ucieczki przed płcią i przed „gębą męskości i kobiecości”.
Dzisiaj z zazdrością czyta się o tym, jak cudem zdobyty egzemplarz Ferdydurke krążył z rąk do rąk między licealistami, którzy mieli szczęście czytać ją inaczej niż jako lekturę szkolną. Gombrowicz dzisiejszy - szkolny, „przerabiany” na lekcjach polskiego - jest klasykiem i jak to klasyk, ani ziębi, ani grzeje. Tym bardziej żal, że przez nietrafioną formę przekazu książka Salgasa, mimo że znacznie odbiegająca od kanonicznych interpretacji dorobku pisarza, nie przyczyni się do zmiany postrzegania Gombrowicza, o którym najpewniej powiedzieć: GOMBROWICZ WIELKIM PISARZEM BYŁ!
Małgorzata Pawełczyk
Jean-Pierre Salgas, Witold Gombrowicz lub ateizm integralny, tłum. Jan Maria Kłoczowski, Wyd. czytelnik, Warszawa 2004.
Z etosem akademickim nie jest za dobrze. Coraz częstsze przypadki plagiatów, wieloetatowość, niski poziom badań, pogoń za liczbą publikacji... A to jeszcze bynajmniej nie wszystko. Można by dopisać nepotyzm, protekcję, łapówki, choćby w postaci obowiązkowych „korepetycji”, czy wreszcie nadmierną komercjalizację edukacji wyższej, przejawiającą się w masowej formie egzaminów. Wystarczy? To, że naruszanie norm odbywa się akurat w środowisku stanowiącym obecną (przynajmniej teoretycznie) i kształcącym przyszłą elitę społeczną, musi dziwić. Zamiast jasno określonych standardów zachowań, odnotowujemy ich notoryczne łamanie.
Ale z drugiej strony taka postawa dziwić nie powinna. Anna Filek z AE w Krakowie zauważa, że rynek wymusił na nauczających przede wszystkim konieczność przekazu faktograficznego, czyli koncentrację na funkcji nauczycielskiej, zapominając niejako o... pedagogicznej. Krzysztof Leja z Politechniki Gdańskiej dodaje, że obowiązującym standardem stało się przekazać jak najwięcej treści w trakcie zajęć i ocenić wiedzę studentów w jak najkrótszym czasie. Z kolei Janina Jóźwiak z SGH zwraca uwagę na istotne przesunięcie akcentów: mniej mówi się dziś o jedności badań i nauczania, wspólnocie akademickiej, więcej zaś o studentach jako klientach systemu kształcenia. I tak oto mamy gotowy przepis na sięgający bruku ideał. Świątynie mądrości, kiedyś elitarne, przeobraziły się w pospolite szkoły. Zanika sacrum, a obserwujemy ekspansję profanum - konkluduje Ewa Augustyniak z AGH. Jeśli do niedawna kształcono studentów w imię takich wartości, jak prawda, dobro, piękno, to dziś ich miejsce zajęły inne: pieniądze, przyjemność, łatwość.
Tym bardziej cieszy to, że podjęto jednak starania o przywrócenie dobrych obyczajów. Dotyczy to wykładowców, nauczycieli, ale również studentów. W pierwszej kolejności wzięli się za to ekonomiści. Może to dobrze, wszak to oni, a szerzej - wszystkie umysły ścisłe - pretendują do miana awangardy dzisiejszego świata. Na zorganizowanej w Krakowie ogólnopolskiej konferencji „Dobre obyczaje w kształceniu akademickim”, dyskutowano zatem jak przywrócić właściwy etos. Zdaniem Ewy Chmieleckiej z SGH, ważny jest dobry przykład idący z góry. Tak więc - stawiać wymagania, owszem, ale nie tylko podopiecznym, również sobie. Jeśli postępuje się w myśl takiej zasady, przyjęcie roli autorytetu staje się niejako naturalną koleją rzeczy. Im więcej takich wzorców osobowych, tym bardziej zaangażowana staje się szkoła jako instytucja. Może uczyć wrażliwości, zabierając głos w sprawach ważnych społecznie, a tolerancji i otwartości na świat - sprzyjając np. wymianie międzynarodowej. Stąd już tylko krok do osiągnięcia przez studentów samoświadomości społecznej. Poprzez prowadzoną konsekwentnie edukację humanistyczną w młodych ludziach zaszczepi się poczucie odpowiedzialności oraz zrozumienie, że oni, już jako absolwenci studiów wyższych, wejdą do grupy społecznej o szczególnych obowiązkach, z których powinni się rzetelnie wywiązywać.
Oczywiście, spisanie tych, wydawałoby się, oczywistych prawd, nie załatwi jeszcze niczego. Pomijając bowiem „czarne owce”, nie zainteresowane zmianą skostniałych, archaicznych wręcz metod kształcenia, pozostaje także żmudny proces wcielania etosu w życie. Doświadczenie pokazuje, że droga do osiągnięcia tego celu bywa zazwyczaj bardzo długa. Czy jesteśmy na nią gotowi? Łatwo się przekonać idąc na następny egzamin. Sięgając po kolejną ściągawkę pomyślmy, że tak naprawdę oszukujemy nie prowadzącego egzamin, tylko samych siebie.
(traman)
Dobre obyczaje w kształceniu akademickim. Materiały z ogólnopolskiej konferencji zorganizowanej w dniach 20-21 maja 2004 roku w Akademii Ekonomicznej w Krakowie, pod red. Kazimierza Kloca i Ewy Chmieleckiej, Fundacja Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych, Warszawa 2004.
Książka Moniki Adamczyk-Garbowskiej Odcienie tożsamości. Literatura żydowska jako zjawisko wielojęzyczne przynajmniej z dwóch powodów stanowi novum w polskich badaniach literaturoznawczych. Po pierwsze wprowadza czytelnika w krąg zagadnień często w ogóle nieznanych, po drugie - podejmuje się trudnego zadania, jakim jest prezentacja współczesnego rozumienia tożsamości, rozpatrywanej w konkretnej, choć w stricte literackiej formie.
Problemem kluczowym dla Moniki Adamczyk-Garbowskiej jest ukazanie literatury żydowskiej jako zjawiska wielojęzycznego. Odcienie tożsamości otwiera esej czysto teoretyczny skupiony na pytaniu, czym jest literatura żydowska. Autorka, śledząc dyskurs badaczy amerykańskich oraz anglojęzycznych, przedstawia tendencje, jakie w nim dominują. Porównuje stan badań zagranicznych z polskim, odwołując się m. in. do tez Jana Błońskiego, Michała Głowińskiego czy Władysława Panasa. Dzięki takiemu zabiegowi odbiorca chyba po raz pierwszy może swobodnie zapoznać się z przeglądem różnych stanowisk. Jest to ważne, gdyż z rozważań badaczki wynika, iż pomimo tak wielu języków, literatura żydowska stanowi jedność. W amerykańskich i zachodnich badaniach rozgranicza się pojęcia literatury jidyszowej i żydowskiej. W naszych wszystkie dzieła pisane przez twórców o żydowskich korzeniach, niezależnie w jakim pisane są języku, określa się wspólnym mianem literatury żydowskiej. Myślę, że warto do naszego słownika dodać sformułowanie „literatura jidyszowa”, nie tylko z uwagi na język, ale i swoisty sposób spostrzegania świata oraz ludzi.
W Odcieniach tożsamości Monika Garbowska oprócz rozważań teoretycznych zamieściła kilka szkiców poświęconych konkretnym pisarzom. Można podzielić je na dwie grupy. Do pierwszej należą omówienia poświęcone twórcom, którzy uczynili język jidysz językiem literatury, m.in. Szolemowi Alejchemowi, Szalomowi Aszowi czy Izraelowi Singerowi i Isaakowi Bashevisowi Singerowi. Stworzyli dzieła znane na całym świecie, choć w Polsce ich rezonans był całkiem lub prawie znikomy (tu wyjątek stanowi twórczość Bashevisa Singera, który zdobył rozgłos dopiero po przełomie 1989 r.). Do grupy drugiej należą np. Stanisław Wygodzki, Henryk Grynberg czy Hanna Krall. Świadomie wybrali oni język polski jako język zapisu literackiego, aby w ten sposób opowiedzieć polskim czytelnikom o nieistniejącym świecie żydowskich miasteczek i tragedii swojego narodu. Jednak podział nie jest łatwy. Wystarczy przywołać twórczość Evy Hoffman, autorki urodzonej w Polsce, lecz piszącej po angielsku o sprawach polsko-żydowskich. Kwestia wzajemnych relacji: języka i tożsamości staje się zatem problemem potrzebującym gruntownego opisu.
Autorka podjęła się trudnego zadania przedstawienia często poruszanego w dyskusjach naukowych i publicznych zagadnienia: czym jest tożsamość? Okazało się, że nie wszyscy członkowie danego narodu muszą mówić tym samym językiem, aby czuć więź z własną tradycją. Tak, język na pewno spaja, szczególnie, gdy naród żyje w diasporze. Jednak jednostki mogą i szukają poza nim tego, co świadczy o ich przynależności do określonej kultury, tradycji oraz historii. To uczyniło z wielojęzycznej literatury żydowskiej, literaturę spójną i jednocześnie różnorodną, wartą poznania. Dlatego polecam książkę Moniki Adamczyk-Garbowskiej nie tylko jako kompendium wiedzy o literaturze żydowskiej, lecz również jako przyczynek do refleksji o sprawach ważnych dla każdego badacza kultury.
Monika Szabłowska
Monika Adamczyk-Garbowska, Odcienie tożsamości. Literatura żydowska jako zjawisko wielojęzyczne, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2004.