Traktuj ludzi tak, jakby byli tym, czym powinni się stać, a pomożesz im stać się tym, czym powinni być.
(Johann W. Goethe)
Poprzednio („FA” nr 3/05) zająłem się sprawą habilitacji w kontekście reformy szkolnictwa i nauki. Należy zauważyć, że na ogół przemilczane lub unieważniane są racje innych grup uczestniczących w nauczaniu, to jest studentów i niehabilitowanych pracowników dydaktycznych. Wydaje się, że dyskusja nad ich problemami poszła gdzieś „górą”.
Mam wrażenie, że na relacje między uczącymi i nauczanymi wpływają sprawy, o których nie mamy odwagi lub czasu wspólnie dyskutować. W punkcie wyjścia chodzi o strukturalną nierówność między nauczanymi i nauczającymi. W istocie chodzi o stosunki władzy w uczelni. Nacechowane są one naszą przewagą, która odbija się na procesie dydaktycznym. Dzięki temu możemy sobie pozwalać na ignorowanie istotnych potrzeb. Oczywiście, mamy wiele na swoje usprawiedliwienie.
Co tak naprawdę wiemy o kapitale, w jaki wyposażamy naszych absolwentów? To znaczy: jak ich ukształtowaliśmy? A jak powinni być przygotowani? Do jakiego stopnia ponosimy odpowiedzialność za ich przygotowanie do pracy zawodowej? Nie chodzi tu o to, by brać za kogokolwiek odpowiedzialność, nie mówiąc już o wyręczaniu go w podejmowaniu decyzji co do obieranych kierunków i przedmiotów. Czy robimy jednak należycie to, co do nas należy? Mam na myśli tworzenie takich warunków, w których studenci (wychowankowie) będą „podciągani” w celu odkrycia i rozwoju ich możliwości.
A zatem, na czym powinno polegać minimum naszej spolegliwości jako „opiekunów biograficznych” młodzieży akademickiej? Czy jednakowa opieka i uwaga należy się wszystkim, czy tylko najlepszym, czy tym, których lubimy za ich zainteresowanie dla naszych przedmiotów lub podzielanie naszego punktu widzenia? Mniej natomiast przysługuje buntownikom, ludziom przypadkowym oraz takim, co to chcą wysiedzieć swoje zaliczenia?
Sprawę relacji między nauczającymi i ich instytucjami a nauczanymi można postawić zasadniczo. Po pierwsze, w dobie szybkiej zmiany nie wiemy, przed jakimi zadaniami staną nasi absolwenci tuż po studiach. Po drugie, nie do nas należy stwierdzanie, co jest dla nich dobre. Po trzecie, nawet w przypadku posiadania dostatecznej wiedzy o przyszłym dobru i sposobach jego osiągania nie sposób do jego uzyskania doprowadzić. Co więc pozostaje? Najbliższe jest mi stanowisko, że należy wspólnie - przy najlepszej wiedzy i woli - poszukiwać rozwiązań adekwatnych do antycypowanej sytuacji.
Zacznijmy od znanych sobie faktów. Po zatwierdzeniu programu nauczania (przedmioty „kanoniczne”, specjalizacyjne i do wyboru) rusza nasza fabryka. W optymalnym przypadku programy ułożone są według możliwości finansowych i kadrowych, na podstawie najnowszej wiedzy i z jak najlepszą wolą. Nabór uwzględnia „hity” zawodowe, które zdążą się zdezaktualizować do czasu wypuszczenia absolwentów. Już ta okoliczność wskazuje, że działamy według zasady ograniczonej racjonalności. Pominę milczeniem oferty bez pokrycia.
Nasza przewaga przejawia się między innymi w tym, że nie istnieje mechanizm, za pomocą którego uczelnia musiałaby ponosić odpowiedzialność za „produkt”, jaki wypuszcza. Składa się na niego wiedza, kompetencje zawodowe oraz kapitał kulturalny i moralny. Uczelnia daje sposobność nabycia owego wyposażenia. Za wynik (przygotowanie do jak najlepszego znalezienia się na rynku pracy) odpowiedzialność ponoszą także studenci oraz liczne instytucje. Nadal odpowiedzi domaga się pytanie, czy w uczelniach robimy to, co do nas należy? Odpowiedzi udzielam w poniższej bajce.
Wiemy, że nadmiar empatii wobec studentów może być nie na miejscu, głównie z uwagi na warunki, w jakich przychodzi nam pracować. Bywa, że w ciągu semestru adiunkt wyrabia ponad 125 procent rocznego pensum dydaktycznego (jest niemile widziane, jeśli nie wyraża zgody na takie „przepensowanie”). W następnych semestrach czeka go to samo. Nie dość, że ma na czas zrobić habilitację, to jeszcze powinien być twórczym badaczem, publikować w dobrze punktowanych wydawnictwach, być dobrym wychowawcą. Najlepiej, gdyby pracownik był wierny uczelni macierzystej i nie rozdrabniał się dorabiając w innych. Pobrzmiewa w tym ślad feudalnego panowania.
Nierzadko pracownik dydaktyczny dowiaduje się na tydzień przed początkiem semestru (niekiedy dopiero po jego rozpoczęciu), że ma poprowadzić jeden lub dwa nowe przedmioty. Nie ma bynajmniej gwarancji, że będzie mógł je kontynuować w następnym roku akademickim.
Czy o warunkach pracy zbliżonych do taśmy produkcyjnej wiedzą autorzy projektów ustaw o szkolnictwie wyższym? Jeśli nie, to czego możemy się spodziewać po ustawie o szkolnictwie w zakresie humanizacji pracy dydaktycznej w uczelniach? Być może ich autorzy przykładają się do pracy tak, jak zostali przygotowani do zajęć umysłowych w swoich uczelniach.
Od kilku lat pracownicy są oceniani przez studentów i przełożonych. Jakoś nie praktykuje się oceniania warunków pracy przez pracowników oraz oceny postępowania ich przełożonych. Poza wystawieniem ocen pracownik nie ma sposobności wypowiedzieć się, kogo przyszło mu nauczać i na jakie problemy natrafia. Dyrekcje może się tym zainteresują, gdy „fala” mocniej wejdzie na uczelnie.
Mimo dokuczliwych mankamentów nękających szkolnictwo, pod pewnymi względami jestem uprzywilejowany. Pracuję w instytucie, który, według komisji akredytacyjnej, należy do pierwszej trójki lub czwórki w kraju. Nasz wydział liczy się jako najprężniejszy w uczelni. Pod opieką pracowników naukowych działa dobre studenckie koło naukowe, studenci wydają biuletyn naukowy, organizują odczyty i imprezy rozrywkowe. Otrzymują prestiżowe nagrody za wyróżnione prace. Kierownictwo dba o integrację studentów pierwszego roku i żegna się elegancko z absolwentami. Ale i tak jest wiele do zrobienia.
Nie sposób dociec, dlaczego w ciągu 10 lat pracy nie doszło z inicjatywy moich studentów do dyskusji nad wizją dobrego uniwersytetu. Temat został podsunięty, lecz nie podjęty. Być może jest to konsekwencja pewnego treningu instytucjonalnego, braku wiary w skuteczność inicjatyw, a także przejaw wygodnictwa. Słyszy się natomiast narzekania pojedynczych osób na usterki w obsłudze administracyjnej.
Kiedy przez kilka semestrów zachęcałem studentów do zarysowania wizji idealnego uniwersytetu, natrafiałem zwykle na zdumienie i niedowierzanie. Dyskusja ruszyła z miejsca dopiero po tym, jak odczytałem tekst Alexandra von Humboldta o uniwersytecie jako wspólnocie uczących się i nauczających. To zabrzmiało jak przekaz z innego świata. Prywatnie dali mi do zrozumienia, że według nich uniwersytet to przede wszystkim miejsce pracy pracowników i obsługi administracyjnej. Na drugim miejscu jest dbałość o jakość ich studiowania.
Mamy oczywiście organizacje studenckie, niektóre zbudowane na wzór zachodni. Jak się zdaje, ich członkowie raczej krzewią oportunizm i naśladują establishment w urządzaniu się w systemie niż angażują się w przemianę struktur.
Widoczna bierność bez wątpienia silnie koreluje z nieobecnością studentów w dyskusji nad projektami ustaw o szkolnictwie wyższym. Jeśli zostaną oni pominięci jako partnerzy w uczelniach, to jest mało prawdopodobne, aby zechcieli się w uczelni angażować. Wtedy braknie w ich biografiach podstawowych doświadczeń społecznych.
W końcu karnawału w niektórych krajach ludzie przebierają się w kolorowe stroje i odgrywają niedostępne dla siebie na co dzień role. Ze względu na ład społeczny trwa to dość krótko. Widok jest niebywały: funkcjonariusze z magistratu rozdają łakocie i obsługują lud. Przedsiębiorcy gawędzą z załogami. Baczą jednak, by ten czy ów się z nimi zbytnio nie spoufalił. Wkrótce wszystko wraca w utarte tory panowania i podporządkowania. A gdyby tak chociaż raz w roku, najlepiej podczas juwenaliów, odgrywać socjodramę „Uniwersytet jaki lubię, w jakim chciałbym studiować”? To byłoby dla samych studentów ciekawsze niż rytualne popijanie przy łoskocie serwowanym przez DJ.
Pora, aby w konwencji bajki opowiedzieć o takiej szkole wyższej, w której ziściłyby się różne pozytywne życzenia, na czele z ustanowieniem miejsca i warunków do kooperatywnego konkurowania wszystkich grup interesu. W mojej bajce studenci, we współpracy z opiekunami, decydują o sprawach programowych i kadrowych. Powołują władze uczelni na zasadzie konkursu. Rektorem zostaje niedawny absolwent, najlepiej po studium w renomowanym uniwersytecie zagranicznym, znający się na zarządzaniu edukacją i władający językami obcymi. Znajomość zarządzania edukacją u młodego rektora bierze się stąd, że prodziekanami są studenci starszych lat studiów. Przyglądają się oni pracy dojrzałych dziekanów i ćwiczą się w dobrym rządzeniu. W senacie dominują młodsi pracownicy naukowi i studenci. W końcu to oni w największym stopniu ponoszą skutki strukturalnego niedostosowania uczelni i jej otoczenia. Do senatu dopuszcza się także pracowników z habilitacjami. Wszak obowiązuje zasada niedyskryminowania establishmentu i spożytkowania mądrości.
Jak wiemy, dotychczas programy dydaktyczne i badawcze układa uczelniana starszyzna. Jednak establishment nie ponosi konsekwencji ich stosowania. W mojej bajce również o tych programach współdecydują studenci. Zatrudnia się ich przy badaniach. Wybierają przedmioty i układają tok studiów. Studiują to, czego potrzebują i tyle, ile potrzebują. Jeśli trzeba, to wracają bez przeszkód formalnych na uczelnię i douczają się. Cykle kształcenia są podporządkowane głównie ich potrzebom. Unika się zasad, które sprawdzają się przy taśmie produkcyjnej czy w instytucjach totalitarnych.
W uczelni buduje się elastyczne struktury organizacyjne, dostosowane do okoliczności życiowych studentów, na przykład pracujących i sprawujących opiekę nad dziećmi bądź innymi członkami rodziny. Nowoczesne technologie informatyczne i medialne usprawniają prace dziekanatów, umożliwiają uczenie na odległość i odbywanie telekonferencji.
Podstawowy okres studiowania wyznaczony jest bonem edukacyjnym, który można prolongować osobom wybitnie pracowitym i dokumentującym osiągnięcia na następne studia licencjackie lub magisterskie. Na treści nauczania i nabywane kompetencje w większym stopniu wpływają „odbiorcy” absolwenta, czyli gospodarka, administracja, oświata czy sfera kultury niż struktury urzędnicze w uczelniach i w centrum. Uwzględnia się kryteria decydujące o możności studiowania za granicą i przyjmowaniu studentów zagranicznych. W tym celu wspiera się samokształcenie swoich pracowników.
Skończyła się także epoka nudzących się prymusów oraz niepoprawnych leni. Ambitni i przygotowani studenci ćwiczą się w prowadzeniu zajęć, wyręczając wykładowców. Pomagają pracownikom w przygotowaniu prowadzenia zajęć i badań. Współpracują przy układaniu programów dydaktycznych.
Pracownicy naukowi w większym stopniu kierują samokształceniem studentów. Więcej czasu poświęcają studentom na konsultacjach, seminariach oraz przygotowując materiały do nauczania na odległość. Dają się poznać jako mądrzy wychowawcy. Uczelnia wspiera pracowników w osiąganiu tego, czego od nich wymaga.
W uczelni kończy się pobłażanie dla obiboków, którzy chcieliby sobie urozmaicić młodość na koszt podatnika. Czas studiów magisterskich skraca się do dziewięciu semestrów. Zaoszczędzony semestr poświęca się między innymi na budowę nowych programów i dokształcanie pracowników. Zmniejsza się ich obciążenie, gdyż dobrze zarządzane uczelnie stać na zmniejszenie grup ćwiczeniowych i konwersatoryjnych do piętnastu osób. Wyegzekwowali to sami studenci.
Popularne stały się równoległe studia na dwóch kierunkach. Dzięki temu studenci nie nudzą się po drugim roku i najpóźniej od trzeciego roku zdobywają drugi zawód. Jest to ścieżka popularna wśród licencjatów, którzy zdobywają dwa dyplomy w ciągu pięciu lat studiów zawodowych. To okazuje się lepsze niż jedno nietrafione magisterium.
Moja bajka trzyma się ziemi, gdyż na wniosek studentów zatrudnia się nagminnie specjalistów bez cenzusu naukowego. O ile dawniej większość pracowników była zatrudniona na etacie, to obecnie preferuje się zatrudnianie na umowy. Dzięki pracownikom kontraktowym (w tym specjalistom z praktyką), maleje obciążenie pracowników etatowych. Poświęcają oni więcej czasu dydaktyce, opiece naukowej oraz koordynacji pracy pracowników najemnych. Są przy tym wspierani przez studentów starszych lat. Ci ostatni zarabiają na siebie pełniąc funkcje administracyjne i pomocnicze funkcje dydaktyczne. To oni dbają o dobre kontakty z potencjalnymi pracodawcami i stowarzyszeniami absolwentów.
W mojej bajce pomyślnie załatwiono problem finansowania studiów. Studenci mniej zamożni płacą za swoje studia bonem edukacyjnym. Wielu otrzymuje stypendia od przyszłych zakładów pracy, z którymi zawarli umowy przedwstępne. Pracują w tych firmach przez miesiąc w okresie urlopowym, dzięki czemu załogi mogą odpocząć. Resztę długu odrabiają po studiach.
Fiskus idzie obu stronom na rękę i stosuje niewielką stawkę podatku od wynagrodzeń wypłacanych studentom. Dzięki pomysłowości studentów kwitną usługi do niedawna nieznane lub zaniedbane. Dodajmy, że popularne są wakacyjne wyjazdy zarobkowe do zamożnych krajów.
Wybitni i pracowici studenci korzystają ze stypendiów wypłacanych ze środków wypracowanych w uczelni. Stypendia są zwrotne. Odpracowuje się je w uczelni. Stanowiska pracy do odrabiania stypendiów i zarabiania utworzone są w stołówce, bibliotece, dziekanatach, w portierni, zakładzie poligraficznym, w transporcie, mediach, przy produkcji pomocy naukowych i utrzymywaniu czystości itd.
Nowością jest fundowanie stypendiów przez fundusze emerytalne. Inwestują one w swoją przyszłą podporę. Możni sponsorzy dbają o warunki zdrowotne stypendystów, a więc rozwijają bazę sportowo-rekreacyjną w uczelni (myśl do tego akapitu podsunęła mi zainteresowana studentka UŁ, pani J. G.).
Jeszcze podczas studiów poznaje się źródła bogactwa narodów. Zarabianie w uczelni i odrabianie stypendium mają błogosławione skutki dla poszanowania mienia i oszczędnego użytkowania mediów. Daje o sobie znać niewidzialna ręka Adama Smitha.
Dobrze układa się zasilanie finansowe szkół wyższych. Zarządzany przez studentów uniwersytet stara się o zasilanie finansowe, rzeczowe oraz o organizacyjne know-how z gospodarki. Studiującym zależy na tym, by uniezależnić się od regulacji centralnych. Kiedy już sami występują jako pracodawcy i donatorzy, wymagają dostosowania nauczania i badań w szkołach wyższych do zapotrzebowania swoich firm.
Mecenasem uczelni jest w coraz większym stopniu gospodarka i instytucje niebiznesowe. Ludzie biznesu wiedzą już, że jeśli nie dadzą pieniędzy na uczelnie, to one nie dostarczą wykwalifikowanych pracowników.
Tuż przed wejściem mojej bajki w życie zredukowano podatki i zachęcono przedsiębiorstwa do sponsorowania szkolnictwa. Dzięki temu, że strumień pieniędzy z podatków przechodzi poza kontrolą administracji centralnej, udaje się zmniejszyć obciążenia podatkowe donatorów (osób fizycznych i firm). Jednym i drugim prawo gwarantuje swobodę dokonywania zapisów na rzecz uczelni oraz przekazywania części podatków na uczelnie, niezależnie od typu ich własności. Te przywileje nasze centrum mogłoby oczywiście wspaniałomyślnie rozszerzyć. Przecież deklaruje wizję społeczeństwa obywatelskiego, otwartego, uczącego się.
W uczelniach działa spółdzielczość pracy. Młodzi specjaliści ćwiczą się przy pomocy opiekunów w wykonywaniu prac zleconych. Rodzi się wspólnota losu i więź międzypokoleniowa. W gestii studentów znajdują się sprawy wynagrodzeń pracowniczych oraz stypendiów. Przy obsadzaniu stanowisk liczą się oceny okresowe otrzymywane przez pracowników. Dotyczy to także personelu administracyjnego. Z uczelni znikają nieużyteczne i niepoprawne bufony. Chętni do doskonalenia korzystają ze wsparcia doradców różnych specjalności.
O naborze pracowników do dydaktyki współdecydują w moim bajkowym uniwersytecie studenci. Wiedzą, że jeśli wybiorą źle, to tego pożałują. Nie opłaci się im wybierać na przykład pracowników łatwych w obejściu, przyjemnych czy doskonałych głównie w sztuce autoprezentacji. Prawdopodobnie zaczną stawiać na wymagających i kompetentnych, bo po co fundować sobie łatwe, lecz nieprzydatne studia? Uprawnienie do zatrudniania personelu przy udziale samorządu studenckiego jest zagwarantowane ustawowo oraz zakotwiczone w regulaminach szkół. Sprawiedliwości staje się zadość: studenci współrządzą, gdyż pokrywają znaczną część kosztów swojego studium. Zmuszeni do odpowiedzialności - uczą się egzekwować ją od uczelni. Na tym jednak bajka się nie kończy. Studenci układają także statuty i regulaminy. Ćwiczą odpowiedzialność budując programy dydaktyczne i badawcze, poszukują też adekwatnych rozwiązań organizacyjnych. Praktykują zasadę learning by doing at home.
W dyskusji o szkolnictwie wyższym praktycznie pomija się sprawę optymalnego wykorzystania tych pracowników, którym nie w głowie ani habilitacja, ani nawet doktoraty. I to nie dlatego, aby brakło im zdolności, lecz z racji upodobań, temperamentu i okoliczności życiowych. Chodzi o osoby, których pasją jest być znakomitym wykładowcą lub asystentem. Obecnie są oni przymuszani do pokonywania szczebli kariery niezależnie od talentów i w oderwaniu od okoliczności życiowych. W mojej bajce powinni oni móc pozostać tam, gdzie chcą, pod warunkiem, że doskonalą się, są twórczy i spełniają wymogi zgłoszone przez głównych zainteresowanych, czyli studentów, a nie przez administracyjny establishment.
Zgodnie ze sztuką zarządzania zasobami ludzkimi, osoby preferujące kariery poziome, jako następstwo rozwoju osobistego, otrzymują silne wsparcie organizacyjne. Dzięki niemu znajdują swoje miejsce i stanowią cenny kapitał w swoich instytucjach. Nie grozi im wepchnięcie na ścieżkę wiodącą do utknięcia na szczycie niekompetencji.
W ramach polityki kadrowej mieści się ocena dydaktyki dokonywana co semestr przez studentów. Ocena nie jest podstawą wyroku, lecz cenną wskazówką dla doskonalenia się pracownika, ulepszenia procedur i struktur. Zakładamy, że do takiej orientacji wymagane jest zdrowie psychiczne i kompetencja moralna. Postulat ten może budzić sprzeciw psychopatów i cyników.
Pracownik ma sposobność ocenienia swojego szefa i przełożonych wyższego szczebla oraz warunków pracy i obsługi administracyjnej. Dużą rangę ma praca wychowawcza ze studentami. Wobec zwiastunów „fali” w uczelniach, przeciwdziała się jej za pomocą skoordynowanych działań. Część tej fali, a przynajmniej brudnej piany, wytwarzają sami pracownicy.
W mojej bajce próbowałem udzielić sobie odpowiedzi na podstawowe pytania: dla kogo uczelnia? jak ma być urządzona? jaką rolę mają odgrywać w niej poszczególne grupy i kategorie zawodowe? Na co liczę, odsłaniając swoją hierarchię wartości? Oczywiście nie na reprymendę, lecz na odzew ze strony ludzi odważnych, rozważnych, dobrej woli i młodych duchem. Chciałbym usłyszeć o ich pomysłach na uczelnię, w której chciałoby się studiować i pracować. Być może z kolektywnego układania bajki wynikną zmiany. Trzeba odwagi, aby odrzucić mistyfikacje, które sprawiają, że wyobcowujemy się w panujących strukturach, pracujemy w złych warunkach i niezbyt efektywnie.
Szansa pojawia się w otwarciu na kooperacyjne współzawodnictwo z Europą. Zwiększa ono swobodę, ale nie usuwa bariery narzuconej przez biurokratyczne centralne zarządzanie. Znawcy zagadnienia piszą, że jest ono mocno zakorzenione w ideologii nadwiślańskiego etatyzmu przenikniętego socjalizmem. Nie jest pewne, czy dobrze nam posłuży etatyzm brukselski. Na razie zachęca się nas do zgłaszania projektów do Narodowego Planu Rozwoju na lata 2007-14. Weźmy polityków za słowo, że liczą się odważne i przemyślane inicjatywy. Zafundujmy sobie rewolucję, a nie grzeczne poprawki w niewydolnym i jałowym systemie.
Jest okazja do zbudowania dobrej narodowej marki poprzez postawienie na edukację i badania. Szkolnictwo i badania jako produkt sztandarowy, to dobre uzupełnienie innych składowych naszej nowoczesnej tożsamości. Nie gorsze niż żubrówka, muzyka Chopina, uzbrojenie czy zdrowa żywność. Zaproszeni guru (jak Wally Olins) każą nam budować nową tożsamość w nawiązaniu do chlubnych tradycji. Nic mi nie przychodzi na myśl z dorobku PRL, ale za wzór mogłaby służyć determinacja i jakość pracy Komisji Edukacji Narodowej, a także - mutatis mutandis - budowniczych Centralnego Okręgu Przemysłowego.
Dr Marian Chojnacki pracuje w Katedrze Socjologii Organizacji i Zarządzania Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego.