ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Życie akademickie

Sposób na niż

Duże szkoły państwowe nie muszą obawiać się upadku. Przez lata wyrobiły sobie renomę i miejsce na rynku edukacyjnym. Dopóki edukacja w nich będzie bezpłatna, zawsze znajdą się chętni do studiowania.
Justyna Jakubczyk

 Fot. Stefan Ciechan Jeszcze przed dwudziestoma laty przeróżni naukowcy i pisarze science fiction prognozowali, że w XXI wieku na Ziemi będzie tyle ludzi, iż przestaniemy się na niej mieścić. Wzrastający poziom życia, coraz większa średnia jego długość, osiągnięcia medycyny w walce z nieuleczalnymi dotąd chorobami - to wszystko wskazywało, że będzie nam się żyło coraz lepiej, coraz dłużej i coraz „gęściej”. W Polsce miało żyć wkrótce 40 milionów ludzi. Teraz Główny Urząd Statystyczny podaje, że za 25 lat Polaków będzie 35,6 miliona, czyli o ponad 2,5 miliona mniej niż obecnie! Kolejne niczym nie poparte przepowiednie? Raczej nie.

Dziś na jedno polskie małżeństwo przypada nieco ponad jedno dziecko (mniej niż w Szwecji, Francji i Wielkiej Brytanii), a przyrost naturalny w naszym kraju jest ujemny. I wcale nie zapowiada się poprawa. Trudności ze znalezieniem stałej pracy i zapewnieniem przyszłej rodzinie własnego mieszkania sprawiają, że młodzi ludzie coraz rzadziej zawierają małżeństwa, a jeśli już, to decyzję o dziecku odkładają na bliżej nieokreśloną przyszłość (decyzję o jednym dziecku, bo rodziny z większą ich liczbą coraz rzadziej się spotyka). W 2003 roku przyszło na świat prawie dwa razy mniej dzieci niż w wyżowym 1980 roku. Polityka prorodzinna nie działa i niż demograficzny zaczyna straszyć coraz bardziej. Jaki to będzie miało wpływ na edukację? Już teraz likwiduje się klasy w szkołach niższego szczebla, a zwolnienie z pracy grozi wielu nauczycielom.

Idzie, idzie niż

Na razie uczelnie nie narzekają na brak chętnych, ale za kilka lat może się zacząć prawdziwa walka o studenta. Potencjalnych kandydatów będzie mniej nie tylko z powodu niżu demograficznego, ale również dlatego, że zwiększą się możliwości studiowania za granicą. Z drugiej jednak strony, otwarcie granic może spowodować przypływ studentów z Zachodu, skuszonych niższymi kosztami studiów w Polsce, oraz chętnych zza wschodniej granicy, którzy u nas szukają dobrobytu i przejawów zachodniej cywilizacji. W rozważaniach na temat przyszłej liczby studentów należy uwzględnić także to, że coraz mniej ludzi starszych niż przeciętny student będzie się dokształcać. Zrobili to już wcześniej, więc wkrótce na studia będą szli przede wszystkim absolwenci szkół średnich. To wszystko prawdopodobnie sprawi, że wiele szkół wyższych zostanie zlikwidowanych. Szacuje się, że spośród 270 prywatnych uczelni upadnie około 100.

- Złą stroną niżu jest sam fakt związanego z nim starzenia się społeczeństwa - mówi profesor Marian Miłek, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Sulechowie. - Z drugiej jednak strony, zwiększy się konkurencja wśród uczelni, a studenci będą mieli większe szanse na indywidualne kontakty z nauczycielami akademickimi. To daje możliwość odtworzenia zanikającej teraz relacji mistrz - uczeń.

Uczelniane strategie

Duże szkoły państwowe nie muszą obawiać się upadku. Przez lata wyrobiły sobie renomę i miejsce na rynku edukacyjnym. Dopóki edukacja w nich będzie bezpłatna, zawsze znajdą się chętni do studiowania. Szkoły państwowe już opracowują strategię na nadejście niżu. Na posiedzeniu Senackiej Komisji do spraw Organizacji i Rozwoju Uniwersytetu Warszawskiego ustalono, że „antidotum na spodziewany niż demograficzny i uszczuplenie finansów z czesnego” może być większa elastyczność w zakresie tworzenia nowych kierunków i rozbudowanie kształcenia podyplomowego w ramach nauczania ustawicznego. Uczelnia planuje przejść na nowe formy kształcenia, na przykład nauczania na odległość. Chce skupić się na kształceniu kadr na wyższym poziomie. Sposobem na wygranie konkurencji z innymi uczelniami miałoby być też skupienie w UW wartościowej kadry naukowej. „Należy zatem dążyć do ustanowienia poziomu wynagrodzenia adekwatnego do wysiłku włożonego w rozwój kariery naukowej oraz osiągniętej pozycji społecznej” - czytamy w materiałach z posiedzenia Komisji. - „Środowisko nie wykazuje w tym zakresie odpowiednio wysokiej determinacji”. W tym samym źródle znajdziemy jeszcze jedno ciekawe zdanie: „Uniwersytet powinien być nie tylko zarządzany sprawnie, ale zarządzany i zorganizowany w taki sposób, by studenci i doktoranci, a także kandydaci na studia mieli poczucie tego, że Uniwersytet jest dla nich, a nie odwrotnie”.

Wygląda na to, że UW poważnie bierze się za walkę o studenta. Przynajmniej w deklaracjach. Podobnie jest w Uniwersytecie Jagiellońskim, który także opracował plan rozwoju. Bierze w nim pod uwagę konieczność dostosowania funkcjonowania uniwersytetu w związku z takimi czynnikami, jak wejście Polski do Unii Europejskiej, założenia Procesu Bolońskiego, zmiana ustawy o szkolnictwie wyższym, pogłębiający się kryzys finansów publicznych i oczywiście - nadejście niżu demograficznego i związane z tym prawdopodobne zmniejszenie liczby kandydatów na studia. Podkreśla się, że program rozwoju uczelni powinien być na tyle elastyczny, by w porę uwzględnić zachodzące w otoczeniu zmiany.

Jednak optymizm

Niżu nie obawiają się nie tylko duże uczelnie państwowe, ale także szkoły, które stawiają na rozwój. Taką jest Wyższa Szkoła Zarządzania w Kwidzynie. - Planujemy otwarcie nowych kierunków na Wydziale Nauk o Zdrowiu - mówi rektor uczelni, profesor Jacek Petrusewicz. - Na początek stworzymy fizjoterapię z dwiema specjalnościami - terapią ruchową i odnową biologiczną. W zależności od zapotrzebowania w regionie na specjalistów, rozwijać się będzie także Wydział Zarządzania. Nie obawiamy się niżu, bo wielu młodych ludzi nadal będzie wolało studiować u nas. Profesor Petrusewicz tłumaczy, że studia w większych ośrodkach uniwersyteckich są drogie, a duże uczelnie bywają często niedofinansowane. Brakuje sal, pomocy dydaktycznych, wyposażenia laboratoriów. Jeżeli nie zmieni się sposób finansowania, także uczelnie państwowe mogą tracić kandydatów na studia.

Niżu nie boi się także rektor PWSZ w Sulechowie, Marian Miłek: - Obecne zawirowanie w szkolnictwie wyższym sprawia, że młodzież maturalna jest trochę zdezorientowana, nie wie, jaką uczelnię wybrać. Modne kierunki w dużej części produkują teraz bezrobotnych. Dlatego młodzi ludzie będą wybierali studia, które w przyszłości dadzą większe szanse na znalezienie pracy.

Profesor Miłek sądzi, że państwowe wyższe szkoły zawodowe mają przewagę nad innymi właśnie dzięki dużej liczbie godzin przeznaczonych na praktyczną naukę. W programach tego typu szkół na praktyki przewidziano 15 tygodni, a studenci odbywają je często u swoich przyszłych pracodawców. - W życiu zawodowym liczy się nie tylko wiedza, ale i umiejętności. Dlatego przede wszystkim stawiamy na rozwój bazy uczelnianej - tworzymy ogród botaniczny i ośrodek jeździecki. Studenci kierunku kształtowanie terenów zielonych hodują w naszych laboratoriach rośliny in vitro. Na technologii żywienia bułki pieczone są ze zrobionej przez studentów w ramach zajęć mąki z różnych zbóż.

Siła promocji

Trwa walka o studenta i wyraźnie widać to w prowadzonych akcjach promocyjnych. Uczelnie ogłaszają w prasie konkursy o indeks i organizują drzwi otwarte. Przedstawiciele kadry dydaktycznej lub samorządu studentów spotykają się z uczniami szkół średnich i opowiadają, jak wspaniale studiować w ich szkole. Na stronach internetowych i w ulotkach informacyjnych szkół wyższych można zapoznać się z ofertą kształcenia. Uczelnie najchętniej powołują się na wysokie miejsca w rankingach. A rankingów tych jest sporo, więc wystarczy wybrać ten, w którym szkoła jest na najwyższym miejscu. Jeśli nawet to miejsce jest ogólnie dość słabe, zawsze można napisać, że jest się w pierwszej trójce wśród szkół w danym mieście (choćby nawet w tym mieście były tylko trzy szkoły, „pierwsza trójka” na ulotce informacyjnej zawsze imponująco wygląda). Podczas akcji promocyjnych podkreśla się dużą liczbę kierunków kształcenia i zwraca uwagę na te, które otrzymały akredytację od PKA. Przytacza się też nazwiska znanych naukowców, którzy pracują w uczelni.

Wiele szkół chwali się bazą dydaktyczną - bibliotekami, wyposażeniem pracowni, dostępem do Internetu, przez który wykładowcy przesyłają na przykład materiały do egzaminów i skrypty z zajęć. Atutem niewątpliwie jest możliwość odbycia części studiów za granicą lub - w przypadku szkół kształcących tylko na poziomie licencjatu - powołanie się na umowy z uczelniami, w których będzie można kontynuować naukę. Coraz modniejsza, zwłaszcza w szkołach prywatnych, jest indywidualizacja procesu nauczania. Uczelnie niepaństwowe, chcąc skuteczniej konkurować z publicznymi, oferują także zwolnienie z opłat za dobre wyniki w nauce. „Szkoła z przyszłością!”, „Nie kształcimy bezrobotnych!”, „Wspaniałe życie studenckie”, „Bogaty wybór języków obcych!” - to tylko niektóre z haseł mających zachęcić do wyboru placówki. Czytając je zastanawiam się, co właściwie jest standardem, a co już „dodatkiem luksusowym”. Czy naprawdę w tych ofertach trzeba pisać, że szkoła zapewnia „udział w regulaminowych zajęciach dydaktycznych, opiekę merytoryczną przy realizacji pracy dyplomowej oraz plany studiów i specjalności zgodne ze standardami MENiS”? Chyba trzeba, bo przecież zdarza się często, że zajęcia się nie odbywają, promotor hurtowo sprawdza dziesiątki prac, a studenci uczą się czegoś zupełnie innego niż wynikałoby z nazwy przedmiotu. To może dodawać też, że na zajęciach profesor ma możliwość pisania na tablicy?

Selekcja naturalna

W ostatnich latach utworzono dużo kiepskich szkół. Dobrze, że część z nich upadnie. Na pewno nie wszystkie, bo zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli studiować w przechowalniach i łatwo zdobyć dyplom, choćby słabej szkoły. Oby tylko dobre uczelnie nie zaczęły obniżać kryteriów przyjęć, by zdobyć studenta. Walka o uczniów może pójść przecież nie w stronę podnoszenia jakości kształcenia, ale zdobycia jak największej liczby „klientów”.

Ale może i te obawy okażą się przedwczesne? Może przez kilka lat rzeczywiście będzie mniejsza liczba studentów, a potem wszystko wróci do normy? Już przecież słychać głosy, że bogate rodziny z Zachodu wracają do wielodzietnego modelu. Może za kilka lat i u nas wszystko się zmieni i w końcu ktoś stworzy skuteczną politykę prorodzinną i będzie nas więcej?

Pomarzyć można...