ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Recenzje


Życie codzienne idei

Rozważania o bieżących zjawiskach życia publicznego, przede wszystkim polityce i kulturze, zanurzyć w kontekście starożytności, w sferze myśli Tertuliana i Arystotelesa, Klemensa Aleksandryjskiego i Platona, św. Pawła i Cycerona? Dlaczego nie? Tym bardziej że polityka i kultura nie są w książce Dariusza Karłowicza rozumiane tak, jak w gazetach codziennych. Nie idzie o bieżące rozgrywki polityczne, komentowanie wydarzeń i aktualnych mód w kulturze. Autor jest filozofem polityki, nie dziennikarzem czy felietonistą. Zjawiska polityczne i kulturowe uzyskują więc w jego książce głębię filozoficznego namysłu i właśnie poszerzenie o wspomniany kontekst starożytny. Ale zaraz! Podtytuł brzmi: Szkice z życia codziennego idei, więc jednak nie tylko o ideach (które - jak pisał Weaver - mają konsekwencje), ale i o życiu tu jednak mowa. No tak, to właśnie życie codzienne jest pretekstem do filozoficznych rozważań, to fakty stają się podstawą interpretacji. Bez nich nie powstałaby ta książka, w której Karłowicz wspomina m.in. rozważania wielu innych autorów o zaangażowaniu intelektualistów w komunizm, prowadzone bez oparcia się na faktach.

Autora interesuje metapolityka, a więc nasze przekonania, doświadczenia, wyznawane wartości, uprzedzenia - to wszystko, co stanowi fundament polityki. Analizując telewizyjną zabawę w Big Brothera, pyta, czy ważnym motywem popularności tego programu „nie jest rosnący głód demokracji, głód prawdziwej wspólnoty politycznej, zaspokajany osobliwą karykaturą”. Tu rozwijają się rozważania o zmianie charakteru demokracji w czasach istnienia stabilnej klasy politycznej, pozakonstytucyjnych ośrodków władzy, w czasach manipulowania obrazem świata przez selekcję i interpretację informacji.

Karłowicz rozważa dylematy chrześcijanina na wolnym rynku, pisze o przejawach złego smaku w reklamie (rzadko to krytykujemy, przyzwyczajeni do kiczu w telewizji), o obronie pornografii traktowanej jako statua wolności (broniących się przed jej zalewem nazwano talibami), o eutanazji, która stała się tematem jego poprzedniej książki. Wszystko to prowadzi do nakreślenia obrazu współczesnego liberalizmu, który absolutyzując wolność (nie będącą przecież wartością samoistną ani absolutną) zapomina o ludziach, dla których go przecież wymyślono. Dyskusja o niedostatkach liberalizmu, o wolności od odpowiedzialności, zdrowego rozsądku i dobrego smaku, nabrała ostatnio w Polsce tempa i rumieńców. Znakomicie pisali o tym choćby Zdzisław Krasnodębski i Ryszard Legutko. Głos Karłowicza - który pyta: za co liberał może oddać życie? - okazuje się ważny w tej debacie.

W świetle wydarzeń ostatnich tygodni, jakie nastąpiły po śmierci Jana Pawła II, szczególnego charakteru nabierają eseje Solidarność jako kościół, Requiem dla grabarzy i Papież jako król Polski. O metapolitycznym autorytecie papieża i jego suwerennym głosie, który reprezentuje wartości budujące ład polskiej wspólnoty politycznej, pisze Karłowicz w opozycji do obrazu świata partii politycznych, określanych mianem biur rachunkowych, zatrudniających zwalczających się nawzajem księgowych i prawników. „Jeśli w naszej demokracji nie wszystko jest płaskie jak stół, to w dużym stopniu właśnie dzięki Niemu” - powiada autor.

W tytule książki Karłowicz przywołuje sen cesarza Konstantyna z fresku Piera della Francesca. Anioł wskazuje władcy krzyż jako znak zwycięstwa. Ta wizja, to symboliczny początek epoki chrześcijańskiej. Książka jest zaś rozważaniem na czas sekularyzacji. Koniec snu o walce z krzyżem w ręku? Ale walka przecież trwa. Budzimy się z innego snu i nie rozumiemy, dlaczego trzymamy w dłoniach dziwny drewniany przedmiot.

(fig)

Dariusz Karłowicz, Koniec snu Konstantyna. Szkice z życia codziennego idei, ośrodek myśli politycznej, księgarnia akademicka, Kraków 2004, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.

Idee oświecenia

Natura czy kultura? To pytanie od stuleci zaprząta umysły „wielkich” i „małych” tego świata. Nic jednak nie wskazuje na to, by wszystko, co można powiedzieć w kwestii wpływu dziedziczności i środowiska na ludzkie zachowania, zostało już wyartykułowane.

Temat natury ludzkiej podjął Steven Pinker, profesor na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Harvarda, autor świetnej książki Tabula rasa. Jak przyznaje we wstępie, dedykowana jest ona tym wszystkim, którzy zastanawiają się, dlaczego natura ludzka stała się nienaruszalnym tabu i chcieliby się dowiedzieć, czy fakty, które owo tabu podważają, są w rzeczywistości niebezpieczne, czy tylko niewystarczająco poznane.

Tabula rasa, czyli niezapisana tabliczka, to termin, którego autorstwo przypisuje się Johnowi Locke.owi. Krytykował on teorie idei wrodzonych, głoszące, iż człowiek rodzi się wyposażony w „matematyczne ideały, wieczne prawdy i pojęcie Boga”. Stworzony przez niego empiryzm miał być zarówno teorią ludzkiej psychiki, jak i epistemologii. W efekcie powstała nowa filozofia polityczna, uznawana za zaczątek współczesnej demokracji liberalnej. Teorii czystej tablicy towarzyszą nierozerwalnie dwa inne terminy. Pierwszy z nich to wywodzący się z czasów kolonializmu „szlachetny dzikus” Jeana-Jacquesa Rousseau, drugi, pochodzący od Kartezjusza, został później przez Gilberta Ryle.a nazwany „dogmatem o duchu w maszynie”.

Pinker nie uważa, by rozważania filozofów były błahe czy bezprzedmiotowe. Jego zdaniem, teoria czystej tablicy oraz towarzyszące jej doktryny przenikają tradycyjne przekonania naszej cywilizacji i niejednokrotnie wypływały na powierzchnię w dość nieoczekiwanych miejscach. Przywołuje tu zarówno Mao Tse-tunga, który, uzasadniając swoją radykalną inżynierię społeczną, twierdził, iż najpiękniejsze wiersze powstają na niezapisanych stronach, jak i Walta Disneya, który uważał, iż umysł dziecka jest jak niezapisana książka. W pierwszych latach życia wiele zostanie napisane na jej kartach. Jakość tej literatury będzie wywierała ogromny wpływ na całe dalsze życie dziecka.

Książka Pinkera jest przepięknym dowodem na to, jak silnie błahe z pozoru idee filozofów oświecenia tkwią w świadomości współczesnych ludzi. Są w niej także najnowsze dokonania naukowe, przeczące ich zasadności. Autor omawia wszystkie znaczące teorie tyczące natury ludzkiej, zagłębiając się w najrozmaitsze rejony nauki. Wspólne mianowniki pomiędzy duchem a materią znajduje m.in. we współczesnej neuropsychologii, genetyce behawioralnej czy psychologii ewolucyjnej. W jednej z części książki przygląda się „naturze ludzkiej z ludzką twarzą”, analizując lęk przed nierównością, niedoskonałością, determinizmem czy nihilizmem. Sięga też po „gorące tematy”, takie jak: polityka, przemoc, płeć, dzieci, sztuka i nauki humanistyczne. Nasze opinie w tych kwestiach najbardziej bowiem pomagają nam określić, jakimi ludźmi jesteśmy we własnych oczach, a jakimi chcielibyśmy być.

W aneksie książki, autor zamieszcza Listę ludzkich uniwersaliów, autorstwa Donalda E. Browna, która powstała w 1989 r. Zawiera ona „powierzchowne” uniwersalia związane z zachowaniami oraz językiem mówionym i pisanym, które zostały zaobserwowane i opisane przez etnografów.

(ami)

Steven Pinker, Tabula rasa. Spory o naturę ludzką, tłum. Agnieszka Nowak, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2005.

Kapitalizm po polsku

Jest to zbiór esejów, który dotyczy kwestii własności i jej relacji względem państwa na przełomie dziejów, a także jest próbą analizy sytuacji ekonomiczno-prawnej Polski w roku 2003.

Dorobek filozofii starożytnej wskazywał, że nie jest możliwe samo posiadanie rzeczy bez wolności. Własność, a zwłaszcza ziemia i niewolnicy, służyła starożytnym do korzystania z obywatelskiej wolności, przejawiającej się w udziale w życiu publicznym. Mimo doskonałego rozumienia funkcji pieniądza, nie akceptowali gromadzenia pieniędzy. Zwrócili uwagę, że tracą one wówczas znaczenie środka płatniczego, służącego do zaspokajania potrzeb zgodnych z naturą, a stają się celem samym w sobie. Własność przestaje wówczas służyć wolności człowieka, lecz podporządkowuje ją sobie.

Teorie Hume.a i Smitha, przetworzone w austriackiej szkole ekonomii Hayeka, zaowocowały pogłębioną analizą zjawiska wolności człowieka w jego relacji do własności. Nawiązując do Locke.a i Hume.a wskazał Hayek na własność jako uprawnienie. Własność staje się czynnikiem umożliwiającym rozwój zarówno pierwotnych społeczności, jak i naszej cywilizacji, jeśli chroniona jest prawem. Prawo, wolność i własność tworzą nierozdzielną trójcę. Szereg czynników, wśród których najistotniejszymi dla wolności i własności są: ludzka inteligencja wraz z jej możliwościami przystosowawczymi oraz determinacja życia, tworzą złożony układ relacji ekonomicznych i społecznych, w którym własność należy precyzyjnie określić i chronić przed zakusami państwa. Własność staje się podstawowym czynnikiem nadającym jednostce charakter istoty społecznej i moralnej. Samorealizacja jednostki, nierozerwalnie u Hayeka związana ze wspólnotą rodzinną i szerszym otoczeniem społecznym, dokonuje się dzięki dysponowaniu własnością respektującą reguły sprawiedliwości osiągania zysku i dobrobytu, realizacji obowiązków moralnych i wyznaczonych przez wymogi życia rodzinnego oraz wspólnotowego.

W drugiej części książki jest mowa o korupcji, demokracji i jej pojmowaniu przez społeczeństwo, kwestii postaw rodzimej przedsiębiorczości - tak żywej przed wojną, i tak skutecznie wykorzenionej z życia społecznego w czasach PRL. Wśród odnoszących się do III RP opisów nowej jakości funkcjonowania państwa zwrócono uwagę na błąd politycznej mistyfikacji, polegającej na tym, iż każda ekipa rządząca zaczynała kadencję od wykazywania niepowodzeń poprzedników. Absolutyzowanie błędów przeciwnika dawało możliwość zawłaszczania późniejszego sukcesu. Retoryka ta wskazuje, że stanem wyjściowym III RP był jakiś Złoty Wiek, rok 1989.

Zafałszowany obraz kondycji państwa polskiego, powstający w świadomości Polaków, uniemożliwia zdefiniowanie celu wstąpienia Polski do UE. Nie ma w ten sposób miejsca na rzeczową dyskusję, bo historia ostatnich kilkunastu lat oparta jest na micie nieustannego rozpadu i degradacji. Zatarciu ulega pojęcie dobra wspólnego czy interesu narodowego. Jedyną szansą na przekonanie społeczeństwa do integracji z UE jest rozbudzanie partykularnych egoizmów. W związku z tym integracja zostaje spartykularyzowana i upartyjniona, a do głosu dochodzą mity i one zaczynają kształtować naszą świadomość.

Autorzy apelują o rzetelne próby ujmowania polskiej rzeczywistości, zwracając się szczególnie do intelektualistów, którzy, choć czują się szczególnie wyalienowani, mają największe szanse, by przywrócić realność naszego życia społeczno-politycznego.

Bogdan Bernat

Kapitalizm po polsku. Państwo - prawo . gospodarka, pod red. Michała Szułdrzyńskiego, ośrodek myśli politycznej, Kraków 2003, seria: Studia i Analizy.

Ars bene moriendi

Mimo powszechności i niezaprzeczalności śmierci, była ona na przestrzeni dziejów różnie postrzegana. Miało to bez wątpienia związek z wierzeniami czy nurtami filozoficznymi. Ale dopiero średniowiecze zaczęło przywiązywać wagę do samego procesu umierania. Wcześniej nie było to ważne, liczyło się tylko to, co nas czekało lub to, czego nie było po śmierci naszego ciała. Epikur twierdził wszak: Śmierć nie jest dla nas niczym, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. W myśl tej zasady Sokrates mógł wypić truciznę, aby poznać tym samym już wszystko, czego człowiek doświadczyć może. Dla chrześcijanina śmierć jest tylko początkiem wiecznego bytowania w Bogu, dlatego, choć też jest początkiem prawdy, jest też godziną podjęcia decyzji ostatecznej, określenia się po stronie zła lub dobra. Albowiem to właśnie w chwili śmierci „przeżywamy się” na nowo i wybieramy to, co istotne. Autor uważa jednak, że współczesna cywilizacja odbiera umierającemu refleksję i nie przygotowuje do niej żyjących, czyniąc śmierć widowiskiem.

Śmierć jest faktem nieuchronnym, twierdzi Zuccaro, i nie należy jej ani przyspieszać przez eutanazję, ani unikać przez uporczywe podtrzymywanie życia. Badacz twierdzi, że oba te czyny zaprzeczają Bożemu planowi. Wniosek ten jest jednak nie tylko nielogiczny, ale i, moim zdaniem, zbyt daleko posunięty. Autor przyznaje Bogu wszechmoc, ale odmawia mu wszechwiedzy. Zarówno bowiem eutanazja, jak i przedłużanie życia muszą być dla każdej wierzącej osoby częścią planu Bożego. Z biologicznego punktu widzenia badacz ma rację, ale przeczy tym samym własnej wierze w istnienie czegoś poza światem zmysłowym.

Bardzo ciekawy jest natomiast rozdział Ontologia śmierci i umierania. Poruszono w nim problem starości, która ma przygotowywać do rozstania się ze światem. Zuccaro cytuje tu włoskiego teologa Morina, który twierdzi: Awangardą śmierci jest starość i dlatego poznanie starości, to poznanie śmierci. Porównuje życie do klepsydry, w której górnym zbiorniku jest nadzieja na to, co może jeszcze być. Wraz z upływaniem życia, zastępują ją wspomnienia tego, co było (co nie znaczy, że życie jest puste, jak górny zbiorniczek - jest tylko po prostu dokonane). Nie wszyscy starcy pragną jednak śmierci. Nie leży to bowiem w ludzkiej naturze, która pragnie ciągle nowych doświadczeń. Człowiek bowiem nie „może umrzeć”, czyli odejść, gdy się życiem nasyci, ale „umrzeć musi”, choć nie spełnił się do końca. Starość jest dla człowieka ostateczną próbą.

Najlepszy rozdział to jednak Teologia śmierci i umierania. Odniesienie do śmierci Chrystusa powinno dać przykład każdemu chrześcijaninowi, jak spojrzeć na życie w tym ostatnim momencie. Nie możemy bowiem określić momentu śmierci, ale wobec jej nieuniknioności przygotować się na ten moment. Także rozważanie o nieśmiertelności ludzkiej duszy to niewątpliwe zalety tego rozdziału.

Książka jest jedną z serii zajmującej się przybliżaniem teologii ludziom, którzy nie są teologami. Z pewnością teologia umierania nie jest najłatwiejszą częścią tej dziedziny wiedzy, ale autor radzi sobie dzięki dość lekkiemu stylowi. Nie można powiedzieć, by ta książka coś wyjaśniała, bo Zuccaro ucieka od najważniejszych rozstrzygnięć lub posuwa się w nich za daleko. Ale może taki był jego cel? Przecież nawet najlepszy teolog czy osoba najgłębiej wierząca nie mogą powiedzieć, jak się umiera lub co czeka nas w dolinie cieni.

Anna Matraszek

Cataldo Zuccaro, Teologia śmierci, tłum. Krzysztof Stopa, Wydawnictwo WAM, Kraków 2004, seria: Myśl Teologiczna.

Okrutny i romantyczny

Aleksander był niewątpliwie jedną z wyjątkowych jednostek, ale mimo wszystko warto zastanowić się, czy był on także wielki, o „Wielkim” nie wspominając. Cartledge należy do tych badaczy, którzy wierzą, że Aleksander musiał być kimś więcej niż tylko zdobywcą. Nie wyklucza też, że zasługuje on w pełni na przydomek „Wielki” dzięki swoim talentom i osiągnięciom jako dowódca na polu bitwy. Zdaniem autora, wszelka dyskredytacja wielkości Aleksandra bierze się stąd, że owych osiągnięć i talentów nie umieszcza się zazwyczaj w kontekście jego umiejętności dyplomatycznych oraz zarządzania ludźmi poza polem bitwy. Te zaś czynniki, przynajmniej według Cartledge.a, są decydujące, by właściwie docenić wielkość tego człowieka. No właśnie, ale czy na pewno człowieka?

Cartledge szczególną wagę przywiązuje do tego, w jaki sposób Aleksander postrzegał samego siebie. Niezaprzeczalnie pragnął, by ludzie uznawali go za kogoś więcej niż zwykłego śmiertelnika. Kreował się na nadczłowieka, wręcz istotę boską, często mówił o sobie jako o bezpośrednim potomku Boga. Miał wrodzoną „słabość” do myślenia, że jest w stanie zrobić wszystko, nawet jeśli miałoby to być ojcobójstwo. Nigdy mu tego nie udowodniono, ale sam fakt jego rozważania oddaje sposób życia elit społeczeństwa macedońskiego.

Mimo to Aleksander miał w sobie coś, co powodowało u ludzi wyjątkowe oddanie. Nie bez znaczenia było to, że zazwyczaj znajdował się w centrum wydarzeń. Prawdopodobnie otrzymał więcej ran niż którykolwiek z jego żołnierzy. Cartledge przywołuje w swojej książce m.in. historię przeprawy wojsk Aleksandra przez pustynię Gedrozji, kiedy to wszystkich, włącznie z wodzem, dręczyło pragnienie, wielu wówczas zmarło. W końcu grupa żołnierzy wykopała odrobinę wody i ostrożnie, w hełmie, przyniosła Aleksandrowi do wypicia. Jednak ten wylał wszystko na palący piasek, aby pokazać swoim żołnierzom, że jego życie nie jest bardziej wartościowe niż ich. Takie zaangażowanie oraz dzielenie niebezpieczeństw, na które byli narażeni szeregowi żołnierze, to doskonałe środki podtrzymania wysokiego morale, ale nie tylko.

Bitwa oferowała Aleksandrowi dreszczyk emocji, którego inni mężczyźni szukali mniej burzliwie, np. w przygodach seksualnych. Na Aleksandrze seks nie robił specjalnego wrażenia, przynajmniej nie z kobietami, chociaż nie ma dowodów, by potwierdzić ulubioną plotkę, że Aleksander był homoseksualistą czy impotentem. Podobno powiedział, że tylko dwie rzeczy, seks i sen, uzmysławiają mu jego śmiertelną naturę.

Aleksander był wielkim dowódcą, ale tak samo wielkim zabójcą niewinnych ludzi. Cartledge pisze, jak jego bohater zwykł dawać upust swym frustracjom w krwawych rajdach po lokalnych wsiach i miasteczkach. Aleksander ustanowił coś, co zostało nazwane przez wielu badaczy rządami terroru. Książka Cartledge.a zwraca uwagę na wizerunek, czy raczej wizerunki Aleksandra i obfitą mityczno-historyczną tradycję, ale bardziej w sensie zasygnalizowania jakiegoś wątku niż wnikliwej analizy. Nie można się raczej spodziewać, że zaintryguje ona naukowców, bardziej już zwykłego czytelnika. Czekam jednak na książkę, w której „wielkość” Aleksandra zostałaby podważona, a Aleksander, jako postać historyczna, oddzielony od mitycznego, nawet kosztem legendy. Cartledge zaś nie może się zdecydować, czy Aleksander jest bezwzględnym pragmatystą, czy też romantycznym entuzjastą.

Małgorzata Pawełczyk

Paul Cartledge, Aleksander Wielki, tłum. Anna Klinghofer, Wydawnictwo bellona, Warszawa 2005.

Ku profesjonalizmowi

Dydaktyka akademicka to dziedzina zaniedbana. Wykładowców nie przygotowuje się do uczenia, brak przydatnych książek metodycznych, w uczelniach nie dyskutuje się o dydaktyce, o rozwiązywaniu konkretnych problemów, nie organizuje się konferencji na ten temat, nie pomaga się młodym wykładowcom, nie produkuje i nie używa pomocy naukowych. Zajęcia przeważnie prowadzone są tradycyjnie, często nieciekawie, ćwiczenia zwykle nie różnią się niczym od wykładu, seminaria i konwersatoria usypiają lub przyprawiają o ból zębów. Podawanie materiału przeważa nad dyskusjami, warsztatami, zajęciami interaktywnymi. Nauczyciele akademiccy nie potrafią efektywnie zadawać pytań, podsumowywać dyskusji, na ćwiczeniach nie prowadzą pracy w zespołach, nie wiedzą, co robić, gdy mają do czynienia z grupą nieaktywną. Nie wszyscy? Na szczęście!

Czy widział ktoś liceum, w którym uczą nieprzygotowani pedagogicznie nauczyciele? Czy w szkołach średnich istnieją przedmioty pozbawione literatury metodycznej? Czy znamy szkoły podstawowe i średnie bez szaf wypełnionych pomocami naukowymi? Tymczasem szkoła wyższa tak właśnie wygląda, przy czym panuje przekonanie, że wybitnych uczonych nikt nie będzie uczył, jak wykładać, jak prowadzić konwersatoria i seminaria.

Każdy wykładowca, który poważnie traktuje zajęcia, musi na własną rękę odkrywać Amerykę, przygotowywać sobie pomoce, metodą prób i błędów, po omacku poszukiwać metod przekazywania wiedzy, nawiązywania współpracy z grupą, sprawdzania umiejętności studentów. Powinien był się tego wszystkiego nauczyć na odpowiednich kursach, ale widocznie nasze uczelnie stać na wykładowców-amatorów. Skazani więc jesteśmy na siebie, na powielanie metod naszych mistrzów i ich błędów.

Dwie sympatyczne autorki postanowiły przekazać młodym nauczycielom akademickim swoje doświadczenia, rady, pomysły i wskazówki dydaktyczne. Tak powstała ta książka, stworzona w podwójnej optyce: profesora i asystenta. Książka napisana tak ostrożnie, jak to się robi w naszym środowisku, żeby nikogo nie urazić. Daleko jej do ostrości sformułowań z początku tej recenzji. Mimo to, wiele się można z niej nauczyć o kontaktach ze studentami, zasadach współpracy, kontraktach, panowaniu nad czasem, nad sobą i grupą, o granicach między tym, co zawodowe i tym, co prywatne. Pojawiają się tu problemy zaliczania i egzaminowania, obecności na zajęciach, przyznawania się do błędów, rozgraniczenia między obowiązkiem a tym, co nadobowiązkowe. Autorki przedstawiają sposoby „oswajania” i uaktywniania studentów, wykorzystania ich energii, pomysłów i zaangażowania, spożytkowania warunków lokalowych, jakie stwarza uczelnia, omawiają rodzaje i formy ćwiczeń, studiów przypadku i gier w grupach. Pokazują, jak słuchać studentów i jak podsumowywać ich wypowiedzi. Jak się ubierać i jak poruszać po sali, jak korzystać ze sprzętu pomocniczego, z tablicą i kredą włącznie.

Obie kochają dydaktykę, to widać wyraźnie, a ich zapał udziela się czytelnikowi. Być może bez niego nie powstałaby ta książka. Pewnym ograniczeniem poradnika może być to, że obie autorki wykładają przedmioty z dziedziny ekonomii i zarządzania. Być może niektórych ich spostrzeżeń i doświadczeń nie da się wykorzystać w politechnice, na filologii czy weterynarii. Ale i tak każdy nauczyciel akademicki znajdzie w tej pracy coś, czego nie wiedział, coś, z czym chętnie by podyskutował i coś, co zainspiruje go do innego spojrzenia na studentów, swoje zajęcia i siebie samego.

(fig)

Monika Kostera, Agnieszka Rosiak, Zajęcia dydaktyczne, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2005, seria: Pedagogika.

Książki nadesłane