Tak naprawdę papieskie nauczanie jest nauczaniem Chrystusowym, innego w Kościele katolickim nie ma i być nie może. Oczywiście, subtelne dyskusje teologów rozmaitych chrześcijańskich wspólnot, w tym także prawosławnych, będą na różne sposoby owo nauczanie interpretować i z tym trzeba się zapewne pogodzić, szukając jednocześnie tego, co owe wspólnoty zbliża, gdyż kondycja duchowa świata chrześcijańskiego zdaje się słabnąć i podupadać. Dzieje się tak z rozmaitych powodów, a do podstawowych z nich należy niedostatek współczesnych autorytetów duchowych. Jeśli się rozejrzeć, parę z nich jednak odnaleźć potrafimy - i nie tu miejsce, by się licytować imionami czy nazwiskami. Jedno nie ulega wątpliwości, Jan Paweł II bez wątpienia do nich należy. W momencie, w którym zaczniemy o nim mówić w czasie przeszłym, utracimy go, a po części utracimy też samych siebie.
Nauczanie Chrystusowe, a zatem i papieskie, odwołuje się, podobnie jak nauka, do pojęcia prawdy. Od czasów renesansu, a z pewnością już od oświecenia, wielu skłonnych jest jednak przeciwstawiać sobie pojęcia prawdy w nauce i w religii. Prawdy wiary nie są tożsame z prawdami nauki, przynajmniej w wymiarze doczesnym, w miarach doraźnych. Nie znaczy to jednak, że się wykluczają. Człowiek wierzący został wystawiony na pewną próbę, jaką jest dążenie do pogodzenia obu tych prawd, do ich utożsamienia. Jeśli utożsamić się nie dają, skłonny jest jedną z nich odrzucić, a przynajmniej podać w wątpliwość. Jego wiara jest zatem zbyt mała lub zbyt wielka. Zbyt mała wówczas, gdy odrzuca wiarę, zbyt wielka wówczas, gdy kwestionuje naukę.
Nie mamy pojęciowego zamętu wówczas, gdy mówimy o nauce wiary. Zamęt powstaje wszakże wówczas, gdy zaczynamy mówić o wierze nauki. I słusznie. Miał rację wielki nasz eseista Ryszard Przybylski, gdy stwierdzał, że rozum nie ma prawa wierzyć w nic, nawet w siebie. Nauka wiary wszakże ograniczenia rozumu przekracza i dzięki temu pozwala traktować swoje prawdy i prawdy rozumu jako wzajem się uzupełniające, wobec siebie komplementarne. „Jestem całkowicie gotów przyznać” - pisze Carl-Friedrich von Weizsaecker w eseju „Czas, fizyka, metafizyka” - „że nauka, gdy wierzy, że jest całą prawdą, jest największym błędem, który kiedykolwiek popełniła ludzkość. (...) Istnieje pewna pokusa dla człowieka, szczególnie silna dla naukowca. Jest to pokusa uznania tego, co właśnie zrozumiał, za istotną prawdę”.
Istotna prawda wyraża się w języku. Czy tylko? Wydaje się, że poza językiem pozostaje coś niepochwytnego, a co da się ukazać w poezji. Nie wyrazić - ukazać. Stąd, jak myślę, osobliwość papieskiego nauczania Jana Pawła II. O ile mi wiadomo, jest to jedyny papież, który swym urzędowym imieniem podpisał tekst poetycki - „Tryptyk rzymski”. Warto podkreślić fakt sięgnięcia do języka poetyckiego, który - to też istotne - różni się od języka modlitwy, choć w jakiejś mierze jest doń podobny. Poezja - z tego sobie przecież autor zdaje sprawę - jest jedną z form poznania. Jaką? Tego chyba nie sposób określić. I miał rację Bolesław Leśmian, który stwierdził w „Traktacie o poezji”, że „cokolwiek się powie o poezji, jest błędem”. Właśnie dlatego Wisława Szymborska w swym noblowskim wykładzie mogła powiedzieć, że nie wie, czym poezja jest.
A jednak „wiemy”, że w poezji wyraża się istotna prawda. I wie o tym Jan Paweł II, którego wiersze świadomie nawiązują do poezji Cypriana Kamila Norwida, dla którego prawda poezji była jądrem twórczości. W tym właśnie kontekście warto się zastanowić, jaką rolę w nauczaniu papieskim odgrywa „Tryptyk rzymski”. Prawda tego utworu przybliża do większego jeszcze „sprecyzowania” tego, co powiedziane zostało w innych papieskich tekstach, także w encyklikach. Być może dzieje się tak dlatego, że tekst poetycki, bardziej niż jakikolwiek inny, skierowany jest zarazem do wszystkich i do każdego z osobna. To rodzaj myślowej partytury, która ma nieskończoną liczbę indywidualnych „wykonań”, czyli odczytań. Odczytania te są jednocześnie odczuciami, przeżyciami i właśnie dlatego poezja, język poetycki, okazują się tak w nauce i praktykowaniu wiary istotne. Przy czym warto zwrócić uwagę na to, że specyficznie polskim fenomenem jest istnienie tak wielu liczących się księży-poetów. Dostrzegł to i uwypuklił przed laty Karl Dedecius, wybitny tłumacz naszej poezji na niemiecki, wyodrębniając w antologii „Lyrisches Quintet” osobny rozdział tej twórczości poświęcony. Warto więc może i dzisiaj przypomnieć nazwiska tych księży-poetów: Jan Twardowski, Wacław Oszajca, Stanisław Pasierb, wreszcie - Wiesław Niewęgłowski.
To, iż jeden z tych twórców stał się następcą świętego Piotra, nie musi nic znaczyć, może jednak być przedmiotem refleksji wykraczającej daleko poza literaturoznawcze dywagacje. Nie przypadkiem irytował bowiem Miłosza brak głębszej refleksji religijnej w naszej literaturze. Stąd napisany pod koniec życia noblisty „Traktat teologiczny”. Wydaje się jednak, że ta manifestacja nie do końca była uzasadniona. Nie ulega bowiem wątpliwości, że refleksja religijna w naszej poezji współczesnej wcale do rzadkości nie należy, przeciwnie - można wykazać, że jest jednym z głównych podejmowanych przez nią wątków. Tyle, że mówienie i pisanie o tym wydaje się być dla wielu badaczy naszego piśmiennictwa czymś na swój sposób „wstydliwym”, może zbyt intymnym. Tymczasem poezja księży - w szczególności zaś Jana Pawła II - manifestuje wprost ową „intymność”.
Czy można taką poezję „krytykować”? Czy wypada? Takie pytania wydają się oczywiste, jednakże są pytaniami źle postawionymi. Oczywiście, że „wypada”. Rzecz w tym, iż zmusza to do wypowiedzenia się nie tylko w kwestiach warsztatowych, lecz także dotyczących wiary. A to wymaga już pewnego wysiłku intelektualnego, bez którego najgłębsza nawet refleksja religijna zawisa w próżni.