ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Agora

Spadek poziomu nauczania?

Narzekanie na spadek poziomu nauczania to, w moim odczuciu, przyznawanie się do własnej bezradności wobec zupełnie nowych wyzwań, z jakimi spotkały się polskie uniwersytety.
Stanisław Czachorowski

Fot. Stefan Ciechan Wsłuchując się w głosy dobiegające z uczelni, można uznać, że obserwujemy spadek poziomu nauczania akademickiego. Jedną z przyczyn upatruje się w masowości kształcenia. Czynniki ekonomiczne decydują o zwiększaniu liczebności studentów w grupach. Czy zatem opinia o spadku poziomu nauczania w uniwersyteckich murach odpowiada rzeczywistości, czy jest tylko wrażeniem?

Obecnie w polskich uczelniach studiuje co najmniej pięć razy więcej studentów niż przed rokiem 1989. Elitarność zastąpiona została egalitarnością. Można założyć, że odsetek młodych osób wybitnie uzdolnionych i ponadprzeciętnie inteligentnych jest w populacji mniej więcej stały. Zatem zwiększenie stopnia scholaryzacji na poziomie wyższym to również „rozcieńczenie” najzdolniejszych młodzieżą przeciętną. Być może ten efekt sprawia złudzenie spadku poziomu nauczania.

Bo cóż oznacza „spadek poziomu nauczania”? Czy to, że przeciętnie słabsi są absolwenci, że mniej jest bardzo dobrze wykształconych magistrów? Wróćmy do wcześniejszego założenia, jeżeli na dziesięciu studentów pięciu jest powyżej przeciętnej, to odsetek bardzo dobrych studentów wynosiłby 50 procent. Jeśli natomiast w grupie pięćdziesięciu studentów tych wybitnych znajdzie się dziesięciu, to wspomniany wskaźnik wyniesie zaledwie 20 procent. A więc moglibyśmy powiedzieć, że rzeczywiście obserwujemy spadek poziomu nauczania. Jeśli jednak porównamy liczby absolwentów wybitnych, to obserwujemy wzrost efektywności nauczania o 100 procent (dziesięciu zamiast pięciu). Ośmielam się więc twierdzić, że domniemany spadek poziomu nauczania jest tylko złudzeniem i wynika z masowości kształcenia na poziomie wyższym.

Więcej przeciętnych

Kiedyś w uczelniach wyższych - z powodu ograniczonej liczby miejsc - w większości studiowali najlepsi. Pozostali eliminowani byli już na etapie szkoły średniej, potem w czasie egzaminów. Rola uniwersytetu sprowadzała się głównie do selekcjonowania i kontroli jakości. Wobec masowości kształcenia rola szkół wyższych ulega wyraźnej zmianie, a nasze narzekanie wiąże się z kłopotami dydaktycznymi: jak kształcić studentów przeciętnych i słabych, aby osiągnęli wymagany poziom wiedzy i umiejętności?

Współczesny świat stwarza zupełnie nowe wyzwania. Kiedyś zaledwie niewielki procent młodzieży miał możliwość ukończenia edukacji na poziomie wyższym. Szkolnictwo - poczynając od tego elementarnego, a kończąc na uniwersytetach - mogło się skupić na najlepszych. Zdolny uczeń poradził sobie, nawet jeśli miał „pod górkę do szkoły”, mądry student poradził sobie nawet przy słabym dostępie do podręczników i kiepskim wykładowcy. Braki dydaktyczne nadrabiał własną inteligencją i silną motywacją. Tacy studenci obecnie dają sobie również dobrze radę. A jak radzą sobie przeciętniacy?

Zmiany cywilizacyjne i współczesny rynek pracy sprawiły, że musimy kształcić na poziomie wyższym co najmniej 50 procent populacji. A więc szkoły podstawowe, gimnazja, licea muszą uczyć bardziej efektywnie, aby tak duży odsetek młodzieży doprowadzić do matury. Także uczniów przeciętnych, z różnymi deficytami, z dysleksją, nadpobudliwością, niepełnosprawnych, z zaburzeniami emocjonalnymi, uczniów z niewydolną wychowawczo rodziną... W konsekwencji - nauczyciele muszą poświęcić znacznie więcej uwagi uczniom przeciętnym.

To samo dotyczy uniwersytetów. Tyle tylko, że w odróżnieniu od szkolnictwa podstawowego i średniego, bardzo wolno dostrzegamy potrzebę doskonalenia metod dydaktycznych, skierowanych na studentów słabych, przeciętnych i niezmotywowanych. Wykładowcy uczelni wyższych nastawieni są w dużym stopniu na sprawdzanie wiedzy. Studentowi wyznacza się standard i odpytuje. Jego sprawa, czy i jak się nauczy. Ta metoda skuteczna była w przypadku studentów powyżej przeciętnej. W moim odczuciu, nie sprawdza się w przypadku studentów słabych. Im trzeba poświęcić znacznie więcej wysiłku dydaktycznego, aby osiągnąć podobny poziom nauczania.

Narzekanie na spadek poziomu nauczania to, według mnie, przyznawanie się do porażki edukacyjnej, do bezradności wobec zupełnie nowych wyzwań, z jakimi spotkały się polskie uniwersytety.

Efektywne metody

Jak więc kształcić? Na to pytanie trzeba poszukiwać odpowiedzi. Z własnych obserwacji dostrzegam dużą liczbę studentów zupełnie nie zainteresowanych wybranym kierunkiem studiów. Zatem trzeba włożyć dużo więcej wysiłku w ich zainteresowanie i zmotywowanie do pracy. Poza sprawdzaniem wiedzy musimy poświęcić znacznie więcej czasu na nauczanie i wspomaganie tworzenia indywidualnych biografii. Ale jak to czynić w licznych grupach? To jest rzeczywiście kłopot. Wydaje mi się, że proces dydaktyczny wspierać mogą coraz nowocześniejsze środki techniczne oraz indywidualizacja nauczania. Bez pełnego wyboru zajęć, bez instytucji tutora nie poradzimy sobie z masowością kształcenia na poziomie wyższym.

Wrócę jeszcze na chwilę do twierdzenia o spadku poziomu nauczania. Nie spotkałem się na razie z badaniami mierzącymi poziom wiedzy i umiejętności absolwentów. Bo tylko takie dawałyby miarodajną wiedzę na ten temat. Posłużę się jednym przykładem - jakością prac magisterskich. Ze skromnej perspektywy blisko ćwierćwiecza zauważam dużo większe zbliżenie pracy magisterskiej (kierunek biologia, Olsztyn) do typowej publikacji naukowej. Ale to nie tylko struktura pracy. Obecnie każda praca ma angielskojęzyczne streszczenie. To niewątpliwie podnoszenie jakości. W części wynikające także z możliwości technicznych - prace nie są już pisane na maszynie, lecz na komputerze. Jednak tezy o spadku jakości nie da się obronić, mimo że pośród wielu prac trafiają się i te słabsze.

Zaostrzająca się konkurencja między szkołami wyższymi, spowodowana także niżem demograficznym, przyczyniać się z pewnością będzie do systematycznego podnoszenia jakości i efektywności nauczania. Uczelnie, które pierwsze dostrzegą studentów „słabych, przeciętnych z różnorakimi deficytami”, z pewnością poradzą sobie w ciągu najbliższych piętnastu lat niżu demograficznego.

Wróciłem właśnie z wizyty w Uniwersytecie w Rostocku. Tam już zaczyna brakować studentów (niż demograficzny i ucieczka na „zachód”), a władze lokalne myślą o zamykaniu uniwersytetu lub poszczególnych wydziałów, co oczywiście spotyka się z protestami społeczności akademickiej. Myślę, że już niedługo będzie podobnie i u nas. Chyba, że zapewnimy efektywne i skuteczne metody dydaktyczne skierowane właśnie do studentów „słabych” (nauczanie, inspirowanie zamiast wyłącznego sprawdzania jakości) oraz studentów z... innych krajów, nie tylko europejskich.

Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM, jest pracownikiem Katedry Ekologii i Ochrony Środowiska na Wydziale Biologii UWM w Olsztynie.