Pochodzę z biednej rodziny, gdzie samo studiowanie było czymś abstrakcyjnym. Tylko jedna z moich sióstr (dwóch) skończyła szkołę średnią. Wśród mieszkańców Jasła, w pobliżu którego leży moja rodzinna wieś, mniej więcej co trzeci człowiek nazywa się Myśliwiec i, proszę sobie wyobrazić, nikt z nich nie jest moim krewnym, jakkolwiek krewnych mam ponad... dwustu, ponieważ oboje rodzice pochodzili z bardzo licznych domów, a ich potomkowie są rozsiani po całym świecie. Znam tylko niewielu, oczywiście. Moja najbliższa rodzina to fantastyczni ludzie, z których jestem ogromnie dumny. Dali mi warunki do robienia tego, co chciałem robić, wspierali moje ambicje, ale przy tym wszystkim zdając maturę nie wyobrażałem sobie, że potrafię skończyć jakieś studia.
Pewnie wyobrażali to sobie Pańscy nauczyciele?
- Przewidywali dla mnie trochę inny los. Chodziłem do liceum słynącego na całą Polskę z poziomu matematyki, chlubiącego się zastępem olimpijczyków. Ponieważ byłem piątkowym uczniem i świetnym matematykiem, myśleli że powiększę to grono. A ja cierpiałem na chorobę embarras de richesse - interesowało mnie dosłownie wszystko. Historia, zwłaszcza starożytna, geografia, sztuka w każdym przejawie, no i języki obce. Nauka języków jest zupełnie niezwykłą przygodą, wchodzeniem w całkiem inny sposób myślenia, widzenia świata. Otwiera człowieka na nowe obszary rozumowania, jakich nawet matematyka nie gwarantuje. A jeszcze marzyłem o podróżach.
Co ostatecznie wyprowadziło z ambarasu na studia archeologiczne?
- Półżartem odpowiadam na to pytanie, że „natura skorpiona”, mego astralnego znaku. Imperatyw grzebania w rzeczach ciemnych, nie poznanych, tam, gdzie nikt jeszcze nie dotarł.
Taki rodzaj śmiałości czy też pewności siebie - w najlepszym rozumieniu - wynosi się zazwyczaj z domu, w którym są tradycje inteligenckie.
- Ja jechałem do Warszawy na studia bardzo niepewny...
Ale na studia raczej ekskluzywne, kierunek zawsze oblegany, o którym wiadomo, że nielicznym obiecuje ogromne satysfakcje, pozostałym nieefektowny mozół albo szukanie innej pracy. Gdzieś w głębi miał Pan przekonanie, że uda się spełnić pragnienia i podołać tym zadaniom przenikania rzeczy nieznanych, może nie przewidywanych?
- Rzeczywiście, miałem to w sobie. Szedłem na studia w okresie wielkich odkryć Kazimierza Michałowskiego - fresków w Faras, świątyni Totmesa Trzeciego, teatru w Aleksandrii. Kiedy się o nich dowiadywałem, myślałem sobie: To jest to, co łączy najpełniej moje zainteresowania i skłonności - historia, sztuka, podróże, języki. Na studiach spotkałem, między innymi, syna Jana Parandowskiego, dzieci polskich ambasadorów i im podobne towarzystwo. Nie myślałem, że będę pracował w zawodzie archeologa, więc czym prędzej zabrałem się do studiowania czegoś, co miało mi zapewnić środki do życia. Skończyłem trzy lata romanistyki, przekonany, że zostanę tłumaczem literatury francuskiej, co wydawało się zresztą również pociągającą perspektywą.
Studiował Pan równolegle?
- Tak. Zaskoczyła mnie po skończeniu archeologii propozycja profesora Michałowskiego, żebym został asystentem w uniwersytecie. Wkrótce potem wyjechałem do Egiptu na stypendium, które miało trwać dziewięć miesięcy, a trwało dziewięć lat, nieustannie przedłużane. Ciągle jednak nie miałem stałej pracy i ciągle nie wierzyłem, że kiedyś będę naprawdę archeologiem. Pierwsze stałe zatrudnienie otrzymałem w wieku trzydziestu dziewięciu lat, co zawsze powtarzam zrozpaczonym młodym ludziom, którzy skończyli studia z piątkami i szukają pracy. Do „krajobrazu” wykształcenia humanistycznego należy, moim zdaniem, umiejętność dawania sobie rady w rozmaitych zawodach „nie wyuczonych”.
Szybko znalazł Pan „rzeczy ciemne”, zagadki nie rozwiązane?
- Już przy pracy magisterskiej (starożytne modele rzeźbiarskie z Muzeum Narodowego w Warszawie) natknąłem się na płytkę (profesor Michałowski bardzo dbał, żebyśmy nie pisali prac tylko na podstawie książek) z wyrzeźbionym portretem króla, bez żadnej inskrypcji, którą trzeba by datować tylko na podstawie kryteriów stylistycznych. Niedługo potem, gdy byłem na stypendium, nagle w Dolinie Królowych w Tebach zachodnich wchodzę do pierwszego z nieudostępnianych jeszcze wtedy grobowców synów Ramzesa Trzeciego i widzę, że to jest to! Moja płytka to szkic wykonany przez jednego z rzeźbiarzy, którzy mieli dekorować te grobowce. Już wiedziałem, jaki będzie temat mojej pracy doktorskiej - portret królewski w płaskorzeźbie Nowego Państwa. Napisałem ją po francusku, na podstawie materiałów niepublikowanych, które musiałem sam zdokumentować, formułując kryteria stylistyczno-ikonograficzne do datowania portretu królewskiego Nowego Państwa. Z tym, co powiedziałem o „naturze skorpiona”, wiąże się też moja alergiczna niechęć do powtarzania tego, co już ktoś powiedział albo co sam powiedziałem. Wykładu nie powtarzam tak samo dwa razy, tylko zmieniam przynajmniej egzemplifikację albo kolejność kwestii. Moje książki popularnonaukowe - trzy takie napisałem - bywają tłumaczone i używane jako podręczniki uniwersyteckie w różnych krajach, dlatego, że mówią o rzeczach nowych.
Czy łatwo znaleźć zupełnie nowe tematy?
- One „leżą na ziemi” w wielkiej obfitości. Trzeba się tylko schylić, co oznacza, że trzeba się czymś szczególnie interesować, żeby się schylać z jakąś myślą.
Ile jest intuicji, a ile wiedzy w trafnym podejmowaniu tematów „leżących na ziemi”?
- Jeżeli się nie ma wiedzy i liczy tylko na szczęście, można zostać hochsztaplerem. Jeżeli się ma pasję, zdobywa się wiedzę o tym, co stanowi pasję i wtedy się okazuje, że ta wiedza - jak myśleliśmy, już dostateczna czy zgoła ostateczna - stanowi zaledwie drobny wstęp. Każdy temat ma rozmaite odgałęzienia, a niekiedy takie „gałązki w bok”, które okazują się najważniejsze dla naszej pasji. Na każdym etapie zdobywania wiedzy mamy jakiś poziom ogólności zainteresowań, z którego przechodzimy do coraz bardziej szczegółowych zagadnień, sięgając po te boczne gałązki. Idąc na studia, wiedziałem, że ze wszystkiego, czym może się zajmować egiptolog, mnie najbardziej interesuje sztuka, że mimo moich pasji językowych nie będę badał języków starożytnych. Naturalnie, nie zdawałem sobie sprawy, że sztuka egipska kryje w sobie tak ogromne pokłady rzeczy niezbadanych. A kiedy po studiach pierwszy raz wszedłem do biblioteki francuskiego Instytutu Archeologii Wschodu w Kairze, chciałem zamknąć za sobą drzwi i natychmiast wyjechać z Egiptu, bo sobie uświadomiłem, jak bardzo nic nie umiem, ile muszę się nauczyć...
Rozumiem, że po tej pierwszej przyszła druga reakcja - jaką to szaloną szansę mam przed sobą?
- Naturalnie, przede wszystkim jednak doznałem uczucia pokory - ile to jeszcze muszę się uczyć. Latami! Chcę przez to powiedzieć coś w istocie oczywistego, że na żadnym etapie zdobywania wiedzy człowiek nie czuje się nasycony.
Wróćmy do Doliny Królowych, gdzie „leżał na ziemi” zupełnie nowy, fascynujący Pana temat - portrety królewskie okresu Nowego Państwa.
- Moja praca doktorska, o której wspomniałem, spotkała się z wielkim rozgłosem. Do dzisiaj jest cytowana w różnojęzycznych publikacjach, a dyskusje z kolegami, głównie zagranicznymi, skłoniły mnie do kontynuacji dotyczącej okresu o wiele trudniejszego i prawie zupełnie niezbadanego - tego, co działo się w Egipcie po upadku Nowego Państwa, czyli po ostatnim z Ramzesów: od XI wieku przed Chrystusem aż do Aleksandra Wielkiego, to jest do końca IV wieku naszej ery. Tych kilkanaście stuleci to wielka ciemna karta. Moja praca obejmowała nie tylko relief, ale także rzeźbę (pełną). Zbieranie materiałów zmusiło mnie do podróżowania po całym świecie, ponieważ te zabytki znajdują się w różnych miejscach. Musiałem między innymi wyprawić się do Ameryki i objechać wszystkie kolekcje egiptologiczne. A nieraz są one w małych miastach. Myślałem chwilami, że powinienem napisać nie jedną, ale sto książek. W końcu powstała ta zamierzona, po angielsku. Wydało ją bardzo dobrewydawnictwo w Moguncji. Jeżeli człowiek naprawdę ma jakąś pasję, to może być w stu procentach pewien, że w trakcie pracy nad intrygującym tematem zaraz pojawią się nowe „gałązki”. Kwestią dyscypliny jest, żeby trzymać się swojego, dopóki się nie skończy jakiegoś etapu pracy. Potem warto nawet zostawić całe „drzewo” na boku i zająć się czymś innym - dla płodozmianu intelektualnego, który w nauce ma, moim zdaniem, podstawowe znaczenie.
Jak to wyglądało u Pana?
- Nie tylko portret królewski mnie interesował. Brałem udział w polskich wykopaliskach pod kierunkiem profesora Michałowskiego, które nie miały z nim nic wspólnego. Najpierw przez dwa lata pracowałem w Aleksandrii, zajmując się dokumentowaniem zabytków epoki arabskiej. Stamtąd „wykradli” mnie Niemcy (za wiedzą i zgodą profesora), gdyż nawiązano stosunki dyplomatyczne z RFN i Polska rozglądała się za dziedzinami, w których można by nawiązać współpracę. Byłem jedynym na studiach znającym dobrze niemiecki, więc naturalną koleją rzeczy miałem pojechać z niemiecką misją archeologiczną do Teb zachodnich, badać świątynię faraona Seti Pierwszego. Przypomniały mi się wszystkie najgorsze stereotypy o Niemcach i broniłem się, ale nie było dyskusji. Dwa lata tam spędzone okazały się jednym z najpiękniejszych okresów w moim życiu, a po ich upływie Niemcy zaproponowali mi stypendium Fundacji Humboldta, o które biją się ludzie z całego świata. Wyjechałem na kolejne dwa lata do Monachium. Pracowałem już wtedy nad habilitacją, która dotyczyła religii egipskiej.
Płodozmian?
- Tak, ale stymulowany przypadkiem. Podczas pracy w Muzeum Egipskim w Kairze trafiłem na zabytek z czasów Ramzesa Drugiego. Był to naos, czyli kapliczka albo świątyńka, zachowany w wielu fragmentach, leżących na dziedzińcu muzeum, wykonany z kwarcytu. Zacząłem szukać w literaturze - nic nie ma. Wierzyć mi się nie chciało. Za każdym razem, będąc w Kairze, wchodziłem na dziedziniec, coś zapisywałem, coś fotografowałem z myślą o publikacji.
Temat dosłownie leżący na ziemi.
- Tak. Okazało się, że naos pochodzi z delty Nilu, skąd mamy niewiele zabytków - a i te nie zostały opublikowane - że powstał dla uczczenia pierwszego jubileuszu Ramzesa Drugiego. Głównym bóstwem wyobrażonym w towarzystwie faraona jest Atum, niemal zupełnie nie zbadany. Miałem temat pracy habilitacyjnej - monografia boga Atuma. Właśnie nad nią siedziałem w Monachium. Została wydana w dwóch tomach, po niemiecku, w niemieckim wydawnictwie, a habilitowałem się w Uniwersytecie Jagiellońskim z udziałem mego niemieckiego opiekuna naukowego, nieżyjącego już profesora Hansa Wolfganga Müllera.
Poszerzało się pole zainteresowań badawczych, zawsze o obszary nieznane?
- Wciąż nie miałem jeszcze stałego zatrudnienia w Warszawie, choć miewałem rozmaite, czasem nieoczekiwane, propozycje. Kiedyś w Egipcie znalazł mnie pewien milioner ze Stuttgartu i poprosił, żebym do niego przyjechał, bo właśnie napisał książkę na temat swojej teorii, mówiącej o tym, że w kulturach różnych krajów powtarzają się podobne etapy rozwoju, i zależy mu na mojej opinii o rozdziale poświęconym Egiptowi. Lubię podróże, zgodziłem się. Zboczenie z trasy Kair - Warszawa było w tamtych czasach pewnym problemem, trzeba się było z tym kryć, ale ten pan przysłał mi bilet i poleciałem. Okazało się, że jest to właściciel wielkiej sieci, jak dzisiaj się to nazywa, supermarketów. Po wspaniałym obiedzie (wybrałem najdroższe danie - kraby), zostawił mnie z manuskryptem zawierającym cytaty z rozmaitych egiptologów, połączone komentarzem autora - wszystko razem bez sensu. Porobiłem szczegółowe uwagi i przedstawiłem je mojemu gospodarzowi. Myślałem, że mnie zastrzeli, a on powiedział, że jest bardzo wdzięczny, bo jeszcze nikt tak rzetelnie nie zrecenzował jego książki. I zapytał, co może dla mnie zrobić, proponując następujące rzeczy: wystaranie się o stałe stanowisko w uniwersytecie w Tübingen albo sfinansowanie moich wykopalisk w Egipcie. Pierwsze zamknęłoby mi drogę do Polski, drugie ściągnęłoby podejrzenia o szpiegostwo i pewnie więzienie... Zafrasował się, a mnie przyszło do głowy, że przecież potrzebuję wyjechać do Ameryki (to było wtedy, gdy pisałem pracę o portrecie królewskim) i nie mam na to grosza. Zapytał, jak długo chcę jeździć po Ameryce i... dostałem pieniądze na trzymiesięczne podróżowanie w bardzo dobrych warunkach. Ówczesnym zwyczajem Polaków oszczędzałem (najtańsze hotele), dzięki czemu mogłem się na dwa tygodnie wybrać do Meksyku. Wróciłem po całej ekskursji do Nowego Yorku i został mi jeszcze miesiąc tego osobliwego stypendium. Wertowałem „New York Timesa”, żeby co wieczór pójść do teatru, na koncert albo recital. Możliwości jest tam tyle, że nie wszystkie ogłoszenia mieszczą się w gazecie. Zupełnie przypadkiem, idąc którąś avenue na Manhattanie, trafiłem na mały afisz o występie Earthy Kitt, którą ubóstwiałem. Sypiałem wtedy trzy, cztery godziny, bo w dzień, naturalnie, pracowałem.
Co w szeregu pomyślnych zdarzeń, o jakich słyszę, przypisuje Pan samemu sobie?
- Patrzyłem uważnie wokół siebie, na to, co leży na ziemi - żeby się trzymać metafory - nie leniłem się schylić i podnieść. Może umiałem w odpowiednim momencie podjąć decyzję?
To znaczne uogólnienie całego splotu i talentów, i okoliczności.
- Myślę, że dalsze zdarzenia potwierdzają moje przekonanie. W 1985 roku (przestałem pracować w świątyniach tebańskich) powierzono mi kontynuację wykopalisk w delcie Nilu, w miejscowości Tell Atrib. Przedtem pracował tam profesor Michałowski, a po jego śmierci, w roku 1985, doktor Barbara Ruszczyc. Niesłychanie trudno było na bagnistym terenie odróżniać konstrukcje z cegły suszonej od zawilgoconej ziemi. Mimo to odsłoniliśmy zupełnie nadzwyczajne zabytki, mianowicie warsztaty różnej specjalności artystów - rzeźbiarzy, twórców terakot, twórców fajansów itd. Największa wartość naukowa polega na tym, że udało się - co w Egipcie jest rzadkie, a w delcie Nilu prawie niemożliwe - wyodrębnić warstwy archeologiczne odpowiadające różnym fazom Okresu Ptolemejskiego. Każda warstwa jest dobrze datowana inskrypcjami na monetach oraz na stemplach amfor importowanych tam ze świata śródziemnomorskiego. Dzięki temu można było dokonać wiarygodnego datowania różnych kategorii zabytków tego okresu, co było wręcz rewolucją. Przedtem zabytki z tak zwanego okresu grecko-rzymskiego datowano nieraz z dokładnością do... ośmiuset lat. Teraz przypisujemy je czasom panowania jednego władcy! W świecie naukowym zawrzało. Niedługo po ogłoszeniu naszego odkrycia, w przeddzień wykładu na ten temat w British Museum, zobaczyłem w tamtejszej galerii egiptologicznej lampkę terakotową w kształcie nagiego Sylena, datowaną bardzo podejrzanie - na podstawie tylko kryteriów stylistycznych, jak to było powszechne przed naszymi odkryciami. Nie podkreślałem tego specjalnie na wykładzie, tylko pokazałem podobny zabytek. Nazajutrz zobaczyłem inny podpis, datowanie o trzysta lat starsze. Podobnie było z kolekcją terakot w Luwrze.
Po grobowiec w Sakkarze też trzeba było tylko się schylić?
- Z biegiem lat i w miarę gromadzenia doświadczeń ćwiczyłem się w schylaniu. Szybciej i łatwiej decydowałem, po co się schylam.
A szczęśliwe okoliczności kierowały Pana w miejsca, gdzie było po co?
- Kiedy wykopaliska w Tell Atrib zbliżały się do końca (był rok 1987), robiliśmy z kolegami rekonesans naukowy w nekropolii memfickiej, w polu piramid, które na długości sześćdziesięciu kilometrów rozciągają się na zachodnim brzegu Nilu. Pewnego wieczora doszliśmy do Sakkary i stanęliśmy po zachodniej stronie piramidy. Trzeba wiedzieć, że ten teren jest od półtora wieku „okopany” przez archeologów z całego świata. Zdziwiłem się patrząc na rozciągającą się przed nami pustynię i nieśmiało zapytałem kolegów: Czy słyszeliście, żeby z tej strony ktoś kopał? Nic o tym nie było wiadomo. Postanowiłem, że my właśnie tam zaczniemy.
Intuicja czy wiedza?
- Pewnie jedno i drugie. Wiedziałem, że skoro wejście do okręgu piramidy znajduje się po stronie wschodniej, wszyscy są przekonani, że po zachodniej może być tylko śmietnik albo kamieniołomy. Powiedział mi to expressis verbis wybitny uczony francuski, który siedemdziesiąt lat swego długiego życia spędził na badaniu Sakkary. A ja byłem w stu procentach pewny, że jest inaczej.
Na jakiej podstawie?
- Wiedziałem, że w starożytności Zachód (często personifikowany, jak i inne pojęcia geograficzne) stanowił obszar, do którego udają się zmarli. Uważałem za zupełnie niemożliwe, żeby w miejscu tak uświęconym, jak pierwsza piramida egipska, po zachodniej stronie było tylko coś mało ważnego. Miałem najgłębsze przekonanie, że tam właśnie znajdują się grobowce albo inne budowle związane z bardzo znakomitymi postaciami. Zrobiliśmy najpierw rekonesans geofizyczny, który wykazał w wielu punktach kontrast materiału (piasku i cegły), mówiący, że tam jest mnóstwo pochówków i architektury. Eldorado archeologiczne! Wiedziałem już, że tam musimy kopać, ale nie było pieniędzy. Na dodatek w tym czasie Egipcjanie ustanowili wymóg - od wszystkich misji, zagranicznych przede wszystkim - stawiania magazynów na zabytki wedle określonych parametrów, dla nas niewyobrażalnie drogie. Przez następnych dziewięć lat nie byliśmy w Sakkarze. Misje zagraniczne - japońska, angielska - obsiadły ten teren, ale wszyscy wiedzieli, co myśmy tam stwierdzili badaniem powierzchniowym. Wreszcie, po dziewięciu latach, udało się naszą misję zmienić w polsko-egipską, żeby Egipcjanie oddali nam na magazyn (jako swoją kontrybucję) budynek, który tam zbudowali. Dalej jednak nie było pieniędzy. I wtedy nieoceniony duszpasterz środowisk twórczych, ksiądz Wiesław Niewęgłowski, zaprowadził mnie do Macieja Łukasiewicza, naczelnego „Rzeczpospolitej” i... dziennik ten całkowicie sfinansował naszą pierwszą kampanię wykopaliskową w Sakkarze. Już wtedy odkryliśmy rumowisko cegieł, które w następnej kampanii okazało się być murem oporowym wspaniałego grobowca wezyra Merefnebefa. Za jego odkrycie i publikację dostałem nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Cała historia Pana zawodowego życia jest trochę jak z bajki. Na koniec powtórzę pytanie: ile w niej wiedzy, a ile nosa?
- Zdefiniuję intuicję jako umiejętność wypełniania luk w istniejącej wiedzy, czasem zakwestionowania jakichś jej fragmentów. Archeolog musi także mieć wyobraźnię, przychodzić na wykopaliska z jakaś ideą, ale nie wolno mu się za długo przy niej upierać.
O czym Pan teraz myśli i co zamierza?
- Moje myśli koncentrują się wokół projektu, który powinien być zrealizowany w przyszłym roku. Robimy model, w skali jeden do jednego, kaplicy grobowej naszego bohatera, Merefnebefa. Będzie wykonany z materiałów sztucznych, ale zrekonstruowany absolutnie wiernie i ze znakomitymi fotografiami. Stanie w Warszawie, prawdopodobnie na stałe, i tylko tutaj będzie można ten grobowiec oglądać, gdyż - ze względu na jakość skały, w której został wykuty - nie ma mowy o udostępnieniu go w Egipcie. Oddechy zwiedzających szybko zniszczyłyby zabytek. Nasi konserwatorzy od kilku lat robią wszystko, żeby go uratować, co graniczy z cudem. Model może powstać tylko w Polsce, bo my mamy pełną dokumentację.
Rozmawiała Magdalena Bajer