W rodzinach lekarskich zainteresowanie własną genealogią przychodzi zwykle późno, gdy mniej zajęć zawodowych absorbujących bez reszty i stanowiących stały temat rozmów. Profesor Piotr Kaliciński milczał chwilę, zanim odpowiedział na pytanie o pamięć przodków, o metrykę duchową, świadomość, czemu powinno się i pragnie być wiernym.
Po kądzieli mój rozmówca i dwoje jego rodzeństwa mają szable. Rodzina matki to wojskowi, piłsudczycy. Macierzysty dziadek – ułan, zasłużony walką w obronie Lwowa 1918 roku. Po mieczu – księgi, jeśli uznać je za symbol historycznych pasji i zawodowej pracy dziadka Kazimierza Kalicińskiego, który był nauczycielem, rozmiłowanym w swoim przedmiocie ponad miarę lekcyjnych potrzeb, i przekazał to zainteresowanie synowi, choć ten wcześnie zdecydował, że poświęci się medycynie. Historyk zginął w Buchenwaldzie, już w listopadzie 1939 roku. Wojskowa tradycja przedłużyła się na całe dorosłe życie potomka ułanów, wszakże w zupełnie odmiennych warunkach, wymagających sprostania niejednej ciężkiej próbie, by ocalić i zaszczepić innym wyniesione z domu ideały.
Od początku drugiej wojny Zygmunt Henryk Kaliciński, przyszły ojciec mego rozmówcy, zostawszy z matką i dwiema siostrami, musiał się imać rozmaitych prac zarobkowych w różnych miejscach rodzinnej tułaczki. Szkołę dokończył po wojnie w Krakowie i tam, na Wydziale Lekarskim, jeszcze przed oddzieleniem go od UJ, spotkał przyszłą żonę Krystynę, studentkę farmacji. Profesor Piotr podkreśla, że zawód mamy umacniał „medyczny charakter” jego domu.
Zaraz po studiach powołano Zygmunta do wojska i szczęśliwym trafem skierowano do Warszawy, choć liczył się z zesłaniem na odległą prowincję po głośnym proteście przeciwko szkalowaniu AK przez politruka. Gdy żona zdała ostatnie egzaminy, sprowadził ją z trójką dzieci, będąc lekarzem izby przyjęć w stołecznej jednostce wojskowej. W Krakowie zostało sporo dalszych krewnych, wśród nich niejeden aktualny lub przyszły lekarz.
– Z ojcem rozmawialiśmy dużo. Od małego. O wszystkim. Nie było tabu. Wynieśli z tych rozmów patriotyzm – prof. Piotr tak to określa najkrócej. I szacunek dla innych, i poszanowanie ludzkiej pracy – dopowiada jeszcze, dodając: – Zaszczepił nam to, że człowiek ma jedną twarz i w każdych warunkach – wojny czy komunizmu – musi ją zachować. Nie wolno się sprzedać za byle co. Ojciec powtarzał, że w każdych warunkach można zrobić coś dobrego dla Polski. Nigdy nie wstąpił do partii, choć w wojsku tego oczekiwano. Dorobił się szacunku otoczenia, jakkolwiek nie krył krytycznych poglądów o panującym systemie.
Młodemu lekarzowi nie wystarczało oglądanie odparzonych żołnierskich stóp w izbie przyjęć. Zgłosił się jako wolontariusz do szefa Kliniki Chirurgii Dziecięcej AM, prof. Jana Kossakowskiego. Przez trzynaście lat łączył zajęcia z obowiązkami lekarza wojskowego, uzyskując specjalizację i doktorat w klinice. Wakacje rodzina spędzała na poligonach, gdzie ojciec „zabezpieczał” warunki sanitarne. Całymi dniami nie było go w domu, ale wieczorne rozmowy z dziećmi trwały nieprzerwanie, zyskując nowe tematy: osiągnięcia i porażki zawodowe, naukowe nowości, ale i trudne sytuacje żołnierzy−pacjentów. Rodzice byli religijni – bez ostentacji, bez głośnego odwoływania się do ewangelicznych podstaw tego, co uznawano za życiowe drogowskazy. Znajomi księża odwiedzali dom. Później, gdy ojciec był już profesorem, nieraz spotykał się z kardynałem Glempem, szukając w Kościele wsparcia dla swoich społecznych działań.
Ten czas poprzedziła praca na stanowisku kierownika Oddziału Chirurgii Dziecięcej w wojskowym szpitalu i kolejne stopnie oraz tytuły naukowe uzyskiwane za badania w tej dziedzinie.
Obok medycyny i historii prof. Kalicińskiego seniora pochłaniało nawiązywanie kontaktów z ośrodkami chirurgii dziecięcej za granicą. Zaczęło się od stypendium otrzymanego w latach sześćdziesiątych w Great Ormond Street Hospital w Londynie, co było efektem publikacji referatu wygłoszonego wcześniej na zjeździe w Wiedniu. Wszystkie te kroki wymagały osobnych zezwoleń od wojska. Trzy miesiące spędzone w najlepszym światowym ośrodku zaowocowały długotrwałą współpracą. Brytyjscy specjaliści zaczęli przyjeżdżać do Polski, polscy lekarze wyjeżdżali do Londynu, później do Liverpoolu, do Bremy. – Wiele mostów poprzerzucał – mówi dzisiaj syn.
Na początku lat osiemdziesiątych nawiązał współpracę z Uniwersytetem Kalifornijskim w Los Angeles, dokąd pojechali polscy chirurdzy, kardiochirurdzy, anestezjolodzy, kardiolodzy, neonatolodzy. Razem z synem doliczyli się kiedyś ponad trzystu lekarzy, którzy przebywali na kilkumiesięcznych stypendiach i stażach w różnych krajach, dzięki staraniom profesora. W stanie wojennym wojsko chciało zrobić Zygmunta Kalicińskiego komisarzem Centrum Zdrowia Dziecka, z którym współpracował, placówki – jak wszystkie szpitale – zmilitaryzowanej. Odmówił bez oglądania się na konsekwencje. Nie zrobiono mu za to nic złego, komisarzem został kto inny.
W sprawach, które „ojciec uznawał za zasadnicze”, nie było kompromisu. Bywało ryzyko. Wysyłając zastępy młodych za granicę, w czasach gdy jawiła się intelektualnym i życiowym rajem, ryzykował, że niejeden zechce tam zostać. To się nie zdarzało, gdyż wychowankowie profesora byli przezeń nauczeni, że każdą istotną decyzję mają podejmować ze względu na Polskę. Wyszkoleni daleko, powinni wiedzę i umiejętności przywieźć, żeby nasze dzieci miały takie same szanse na leczenie, jak dzieci w innych krajach. Syn Piotr, gdy po trzymiesięcznym stypendium w Stanach Zjednoczonych proponowano mu dalszy pobyt, poprosił swoją macierzystą instytucję o zaległy urlop. Był stan wojenny i w odpowiedzi zagrożono mu zwolnieniem z pracy. Wrócił po odbyciu szkolenia w transplantacjach wątroby i nerek u dzieci, do pracy przywrócono go po trzech miesiącach bezrobocia.
Dzięki pasjom, takim jak prof. Kalicińskiego seniora, chirurgia dziecięca w Polsce nie odstawała zbytnio od poziomu światowego, mimo że od świata zachodniego byliśmy długo izolowani. Tworzył programy kształcenia, projektował wyposażenie oddziałów. Przekonywał partyjnych decydentów, nie będąc ich towarzyszem, że warto i trzeba się uczyć za granicą, niezależnie od politycznych napięć. Prof. Piotr Kaliciński tłumaczy się niejako z pochwał pod adresem nieżyjącego od dziewięciu lat ojca, stwierdzając, że to wszystko, co robił, sprawiało mu rzeczywistą radość.
Starszy brat Zygmunt jest kardiochirurgiem. Po studiach w Szczecinie wrócił do Warszawy, zrobił doktorat i pracuje w klinice AM, planując habilitację. Siostra skończyła polonistykę i uczy w szkole. Najmłodszy Piotr przedstawia się w toku rozmowy dokładniej: chirurg−transplantolog dziecięcy.
Kończąc liceum matematyczno−fizyczne myślał o studiowaniu fizyki. W ostatniej chwili wybrał medycynę. Potem medycyna zabiegowa okazała się „jedynym wyborem”, co tłumaczy właściwościami swojej natury, potrzebą szybkiego efektu pracy. Potem przypuszczał to, co teraz wie na pewno – że dzieci są najwdzięczniejszymi pacjentami. Przypadek dopełnił szczęśliwie decyzje młodego człowieka. Gdy kończył studia (1980), powstawało w Warszawie Centrum Zdrowia Dziecka, dokładniej – jego szpitalne oddziały. Dyplom z wyróżnieniem dawał prawo wyboru, a w nowej placówce potrzeba było wielu lekarzy. Cały zespół, poza wąskim gronem mistrzów, był bardzo młody. Początki swojej pracy wspomina prof. Piotr jako zupełnie niezwykłe. – Trzeba się było uczyć w szalonym tempie. Koledzy gdzie indziej krok za krokiem stąpali po stopniach naukowej drabiny, a my przeskakiwaliśmy te stopnie. Sam został profesorem w 2002, mając 47 lat.
Centrum pomyślane było jako ośrodek wiodący, wobec czego trafiali tam najtrudniejsi pacjenci. Młody zespół musiał decydować o diagnozie i terapii przypadków znanych nieraz jedynie z podręczników, najczęściej pod presją czasu. – To było, naturalnie, trudne i uciążliwe dla naszych szefów, których nękaliśmy telefonami, którzy musieli przyjeżdżać o różnych porach dnia i nocy. Była taka atmosfera, która do dzisiaj się utrzymuje, entuzjazmu, absolutnego poczucia obowiązku i pędu do nauki.
W „absolutnym poczuciu obowiązku” mieści się współdziałanie z rodziną chorego dziecka, pomoc w trudnościach, także niezwiązanych bezpośrednio z chorobą, a wynikających z ubóstwa, osamotnienia, konfliktów. – To jest to, co nam pozwala czuć się lekarzami.
Zainteresowanie transplantologią, dającą często jedyną szansę normalnego życia, okazało się w takiej sytuacji, w takim zespole, naturalne. By transplantologia stała się możliwie szybko praktyką kliniczną, pomógł prof. Zygmunt Kaliciński, umawiając się na rozmowę z nieznanym mu wówczas osobiście Richardem Finem, wybitnym nefrologiem z UCLA w Berkeley. W jej wyniku powstał obszerny program współpracy, a cztery lata później dokonano pierwszego przeszczepu nerki w Centrum Zdrowia Dziecka. Kontakty nawiązywane po to, aby polscy specjaliści mogli się szkolić w najlepszych ośrodkach, zamieniały się zwykle w trwałe, głębokie przyjaźnie. Z prof. Pichlmayrem, także już nieżyjącym, prof. Zygmunt Kaliciński był u Jana Pawła II, który uznał to, co robią, za wzorcowy model współpracy – i lekarskiej, i naukowej – w trudnych czasach.
Sporo miejsca w naszej rozmowie z prof. Piotrem Kalicińskim zajęły jego słowa wdzięczności dla tych bardzo wielu „przyjaciół Polski”, którzy nie traktując nas jak ubogich krewnych, ale jak cennych partnerów, którym los nie dał takich samych szans, starali się rozmaitymi sposobami te szanse wyrównywać. W sześć lat po pierwszym przeszczepieniu nerki udało się przeprowadzić przeszczep wątroby. – Teraz następne etapy...
Prof. Kaliciński junior uważa wysokie wymagania – od siebie i od innych, którym stawia zadania – za rzecz oczywistą i nie wiąże tego wyłącznie z medycyną. Ma się za człowieka tolerancyjnego, który nikomu niczego nie narzuca, oczekując, że otoczenie uzna i będzie pielęgnowało wartości, jakie on sam wyniósł z domu.
Następne pokolenie nie zdradza zainteresowań medycznych. Siostrzenica, po filologii angielskiej i edukacji w zakresie public relations, pracuje w Polskich Liniach Lotniczych. Starszy syn i wnuk uczonych lekarzy „w szkole uczył się tylko tego, co go interesowało. Do innych przedmiotów chyba nie miał zeszytów”. Pociągały go sporty ekstremalne. Teraz studiuje zarządzanie, pracując jednocześnie (jak ojciec i dziadek, ten drugi z konieczności), najpierw w dwu własnych firmach, które zakładał w wieku dwudziestu jeden lat. Ostatnio zwyciężył w konkursie na dobre stanowisko w gronie ponad stu osób. Powiada, że razem z dyplomem magisterskim musi mieć zawód, pracę, wysokie kwalifikacje, żeby szybko wystartować. Młodszy syn zaczął studia informatyczne.
Prof. Piotr Kaliciński wyrzuca sobie czasem, że nie poświęcał dzieciom tyle czasu, ile jego ojciec swoim. – Życie przyśpieszyło – tłumaczy, i ma nadzieję, że to, co najważniejsze: szacunek dla pracy, szacunek dla innych, przywiązanie do Ojczyzny, które wpływa na życiowe wybory, udało mu się przekazać.