Problem rozliczeń z przeszłością budzi w Polsce wiele emocji. Dla jednych to sprawa wstydliwa, budząca zażenowanie, dla innych - zwykła przyzwoitość, opierająca się na braku wyrzutów sumienia. Jedno jest pewne: ideologia marksistowska łudziła swoim pięknem wszystkich. Także elity intelektualne.
W rozmowach, jakie z naukowcami - począwszy od historyków, socjologów, a skończywszy na matematykach - przeprowadziła Magdalena Bajer, nie ma miejsca na oceny. Autorka, dziennikarka i publicystka, znana również z łamów „Forum Akademickiego”, postawiła sobie za cel odstąpienie od osądzania swoich interlokutorów. Miejsce na komentarz zostawiła czytelnikowi. Nie wszystkie bowiem biografie pozbawione są konformizmu, dwulicowości, hipokryzji, politycznej poprawności...
Już same tytuły poszczególnych rozmów („Jeszcze wierzyłem”, „Zobowiązała mnie tradycja rodzinna”, „Chciałem poprawić”, „Przyjąłem rolę”), uprzedzają, że będziemy mieli do czynienia z pewnego rodzaju zbiorową ekspiacją. To oczyszczenie ze zła ma w sobie coś z Miłosza. Zaangażowani, ale nieustannie szukający usprawiedliwień dla swoich postaw. Będący częścią systemu, ale niewinni, nieodpowiedzialni. Nieprawdziwi, ale przecież w słusznej sprawie.
Takie naznaczenie czasem, w którym przyszło mu żyć, noblista określa mianem „ukąszenia heglowskiego”. Blizny po nim ciężko się goją. I nawet próba ich zagojenia, choćby przejściem do opozycji i czynnym udziałem w Solidarności, kończy się na ogół fiaskiem. Owszem, może to się udać w oczach innych, ale we własnej psychice blizny pozostają nieusuwalne.
Autorka zaczyna od pytań o dom rodzinny, o to, co z niego wyniesiono, czy i w jakim stopniu ten bagaż odcisnął piętno na późniejszym życiu. Dla rozmówców, nawet jeśli dziedzictwem, które najsilniej na nich zaciążyło, był komunizm, nie odczuwają tego jako balastu. Tak być po prostu musiało. Naturalną koleją rzeczy staje się więc dobrowolne z reguły wstąpienie do partii. Tym bardziej, jeśli ideologia jawi się jako klucz do wszystkiego. Czyż można się więc dziwić Władysławowi Markiewiczowi, który uważał, że w Polsce trzeba wiele zmienić i sądził, że nowy ustrój daje na to szanse? A Jerzemu Jedlickiemu, który zobaczył w tym ruchu awangardę przebudowy społecznej w Polsce, a w socjalizmie ideę postępu i równości? Henryk Samsonowicz, gdy zobaczył, że jest taka teoria, która wyjaśnia właściwie wszystko i daje legitymację do zajmowania się mechanizmami procesów dziejowych, też dał się uwieść. Dopiero z czasem przyszło zdziwienie, jak można było tak długo zapuszczać korzenie w tej ideologii.
Intelektualiści jako jedni z pierwszych przekonali się, że ta cała teoria ma niewiele wspólnego z praktyką. Obie rozmijają się na gruncie „służenia ludowi”. Zaczęto więc pisać listy, oddawać legitymacje, występować z partii. Nie dla wszystkich było to oczywiste. Na tym etapie wyraźnie widać różnice w powojennych życiorysach „bohaterów” książki. Są bowiem i tacy, którzy czerwonej legitymacji potrzebowali do kontynuowania kariery. Inni pozostali w partii przez zwykłą... przyzwoitość. „Coś partii zawdzięczałem i uważałem, że nie byłoby rzeczą uczciwą wychodzić z niej” - tłumaczy W. Markiewicz. Wreszcie są i tacy, którzy w złej rzeczywistości tkwili aż do wyniesienia sztandaru, ale nie wydaje się, by mieli z tego powodu wyrzuty sumienia. Dalej oglądają się za siebie, jak gdyby nigdy nic.
To jest właśnie od lat zasadniczy problem w rozliczeniach ze wstydliwą przeszłością. Trafnie ujmuje ten fałsz również „ukąszony” Jacek Trznadel. „Złem jest pomniejszanie, zacieranie tego, że jednostki w minionej epoce, służyły nieprawdzie. A taki właśnie fałsz ciągnie się za tamtą epoką” - mówi o rozmywaniu odpowiedzialności wobec siebie i historii.
(karma)
Magdalena Bajer, Blizny po ukąszeniu, Towarzystwo „Więź”, Warszawa 2005, seria: Biblioteka „Więzi”.
Powołanie do życia sztucznej inteligencji stanowi wielkie wyzwanie, któremu chcieli sprostać uczeni XX w. Przyglądając się efektom ich prac odnosimy wrażenie, że udało im się to w ograniczonym stopniu. Dlaczego? Jakie problemy towarzyszą poszukiwaniom w tej dziedzinie? Czy AI w ogóle jest możliwa?
Ten niezwykle interesujący temat zapragnął spopularyzować John L. Casti, pracownik naukowy Instytutu Santa Fé w Nowym Meksyku i Politechniki Wiedeńskiej. Swemu wywodowi nadał formę, jak sam pisze, nowo powstającego gatunku „naukowej fikcji”, czyli scientific fiction. Ten jednak, kto da się uwieść zapewnieniom autora, że książka ma w fabularny sposób ukazać poznawcze kontrowersje grupy osób, może się nieco rozczarować. Fabuła bowiem jest tu skrajnie zmarginalizowana, a całość przypomina raczej traktat filozoficzny, inkrustowany dywagacjami na temat biologii, języka czy kultury.
Spoiwem owej miałkiej fabuły jest temat rozmowy, dla podjęcia którego pewnego deszczowego popołudnia 1949 r. zgromadziło się pod nobliwym dachem Christ.s College w Cambridge pięciu uczonych. W gronie tym znajdował się matematyk Alan Turing, dzielnie broniący swej tezy o możliwości stworzenia sztucznej inteligencji, i jego główny oponent Ludwig Wittgenstein, wybitny filozof. W dyspucie uczestniczyli również fizyk Erwin Schrödinger oraz genetyk J.B.S. Haldane. Gospodarzem spotkania, dbającym o odpowiedni kierunek rozmowy i o podniebienia gości, był pisarz, fizyk, a zarazem urzędnik C.P. Snow. W rzeczywistości do takiego spotkania nigdy nie doszło, jednak znając poglądy swych bohaterów Casti zgrabnie zaaranżował obiad u Snowa i nadał mu znamiona faktycznego zdarzenia.
Interlokutorzy mają się ustosunkować do teorii, według której maszyny liczące zostaną w przyszłości udoskonalone do tego stopnia, że zaczną myśleć. Punktem wyjścia ich rozważań jest omówienie przez Turinga zasady działania maszyny liczącej. Turing podkreśla podobieństwo między funkcjonowaniem elementów takiej maszyny a pracą mózgu. Analogia budzi ostry sprzeciw Wittgensteina. On zarezerwował myślenie wyłącznie dla ludzi i z punktu widzenia jego filozofii mówienie o aktywności maszyny jako o myśleniu jest absurdem. Czyż bowiem urządzenie może zmienić syntaktyczną manipulację symbolami w obiekty bogate znaczeniowo? Czy może zrozumieć ciąg tych symboli?
W trakcie rozmowy pojawia się też kwestia oddziaływania między maszyną a człowiekiem. Haldane zastanawia się, czy nie jest ono zbyt ubogie, by powstała inteligencja. Czy maszyny nie należy wyposażyć w szereg „zmysłów” analogicznych do ludzkich - kamer, mikrofonów, głośników, kół? Turing mówi wręcz o budowie elektronicznej kopii systemu nerwowego. Inny problem dotyczy języka, nad którego naturą spierają się uczeni. Dla Wittgensteina posługiwanie się językiem jest uzależnione od uczestnictwa w społeczności. Język jest wtedy wpisany w kontekst, staje się nośnikiem znaczeń zrozumiałych dla grupy. Nie może posługiwać się wspólnym językiem ktoś (a może raczej coś?) oderwany od takich korzeni. Pewne światło na kwestię operowania językiem przez maszynę ma rzucić sposób uczenia się języka przez dzieci. Jednak również na gruncie teorii psychologicznych (szkoła behawioralna, koncepcje Piageta) uczonym nie udaje się uzgodnić stanowiska. Kolejne propozycje Turinga dotyczą istnienia gramatyki uniwersalnej, co wskazywałoby na składnię, jako istotę języka i otwierałoby drogę do porównania języka ludzkiego z językiem programowania maszyn.
Od powstania pierwszych maszyn liczących i hipotetycznego spotkania kwintetu z Cambridge minęło już ponad pół wieku. Dziś maszyna potrafi pokonać człowieka w pojedynku szachowym, powstają sztuczne sieci neuronowe, komputery piszą też niezgorsze wiersze. Ciągle jednak daleko nam do osiągnięcia pułapu, w którym maszyna faktycznie wykazałaby się wolnym, niezależnym myśleniem, charakterystycznym dla człowieka.
Beata Maj
John L. Casti, Kwintet z Cambridge. Owoc naukowej wyobraźni, tłum. Bolesław Orłowski, Wydawnictwo prószyński i S-ka, Warszawa 2005, seria: Na Ścieżkach Nauki.
Ostatnie dziesięciolecie XX wieku zostało ogłoszone Dekadą Mózgu. To nasze narzędzie poznania jest najmniej poznane. Znamy tylko podstawowe mechanizmy jego działania, jego budowę, ale nie wiadomo, co powoduje, że odróżniamy jabłko od pomidora pomimo podobieństwa kształtów i kolorów, ani co sprawia, że jedni są geniuszami, a inni ledwo opanowują podstawowe wiadomości o świecie.
Powstaniu życia nie towarzyszyło pojawienie się śmierci. Brzmi dziwnie? Jednak tak było. Pierwszymi żyjącymi organizmami były jednokomórkowce, które dzieliły się, by się uchronić przed wyginięciem. Jednak taki sposób rozmnażania zostawiał ewolucji niewielkie pole do popisu, bo dzielące się komórki były identyczne jak ich „rodzice”. Nie było więc śmierci, bo nawet jeśli ginęła jedna komórka, to w sensie genetycznym nadal istniała i to w milionach egzemplarzy. Śmierć nadeszła wraz z pojawieniem się rozmnażania płciowego - „rodzice” umierali, nie dzielili się bowiem w nieskończoność, ale mieszali pulę genetyczną, co powodowało, że „potomstwo” było już od nich różne. Śmierć jednak paradoksalnie niosła nowe formy życia. Ewolucja zaczęła szybko postępować, pojawiały się nowe gatunki, stare przystosowywały się do nowych warunków życia. To doprowadziło z kolei do powstania organizmu wielokomórkowego, a w końcu - człowieka.
Być może wraz z powstaniem świadomości ludzkiej, a może dużo wcześniej, pojawiła się śmierć w sensie mentalnym. Bo to dopiero złożony sposób odczuwania i świadomość powodują, że powstaje myśl o śmierci, która nas nieuchronnie czeka. Jednak ta „myśl” może też towarzyszyć innym gatunkom, niekoniecznie nawet małpom człekokształtnym. Spośród wszystkich organizmów żywych, jakie kiedykolwiek istniały na Ziemi, wymarło ponad 99,9 proc. Należy się spodziewać, że i człowiek, porwany przez wir czasu, zatonie kiedyś w wielkim oceanie zapomnienia.
Mózg ludzki ewoluował wraz z naszym gatunkiem. Homo erectus miał mózg wielkości 900 cm3. Przeciętna wielkość mózgu dzisiejszego człowieka to 1400 cm3. I chociaż istnieje teoria, że większy już nigdy nie mógłby się stać z powodów fizjologicznych, to należy pamiętać, że człowiek aktywnie wykorzystuje zaledwie 6-10 proc. jego możliwości. Może więc nie chodzi już o to, by nasz mózg się rozrastał, ale by opanować jego, może jeszcze nieznane, możliwości. Trzeba zaznaczyć, że nie chodzi tu tylko o rozwój nauki, gdzie lepiej „wytrenowany” umysł lepiej radziłby sobie z problemami i teoriami. Lepsze zapoznanie się z działaniem mózgu mogłoby pomóc pacjentom z jego uszkodzeniami spowodowanymi wypadkami, wylewami czy nowotworami. Jeśli jedna część mózgu, np. odpowiedzialna za widzenie czy poruszanie się, zostałaby uszkodzona, to jej funkcję mogłaby może przejąć inna. Na razie także ta teoria pozostaje w sferze fantastyki naukowej, ale być może w przyszłości będzie możliwe stymulowanie mózgu, które pozwoli na osiągnięcie takich efektów. Także sfera wad genetycznych (choć nie są one zazwyczaj jedyną przyczyną), które powodują uszkodzenia czy błędne działanie naszego ośrodkowego układu nerwowego, to ważna część tej książki. Takie schorzenia, jak wrodzony brak wrażliwości na ból, stwardnienie rozsiane, choroby Alzheimera czy Parkinsona, są także powodowane przez niewłaściwe działanie neuronów w mózgu.
Jak to się dzieje, że widzimy i słyszymy? Skąd się wzięła świadomość, właściwości duchowe i psychiczne? Za wszystko odpowiada nasz mózg - tajemniczy kosmos w nas samych
Anna Matraszek
Ernst Pöppel, Anna-Lydia Edingshaus, Mózg - tajemniczy kosmos, tłum. Maria Skalska, wyd. II, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.
Brytyjskie wydawnictwo Canongate postanowiło na nowo zinterpretować mity i legendy świata. Do współpracy zaprosiło wydawnictwa i pisarzy z różnych krajów. Wśród autorów kolejnych książek cyklu są m.in.: J.M. Coetzee, Gabriel Garcia Marquez i Toni Morrison, a z Polski: Olga Tokarczuk, Jacek Dukaj i Paweł Huelle. W naszym kraju serię wydaje Znak. Pierwsza książka cyklu to Krótka historia mitu, jedyna o strukturze nie powieści, ale eseju. Jej autorką jest Karen Armstrong, brytyjska pisarka o niezwykle bujnym życiorysie (przez kilka lat była w klasztorze, studiowała literaturoznawstwo w Oxfordzie, współpracowała z BBC, była asystentką w uniwersytecie i nauczycielką literatury w szkole dla dziewcząt; miała problemy psychiczne, próbowała popełnić samobójstwo i leczyła się w zakładzie psychiatrycznym). Sławna stała się dzięki autobiografii Through the Narrow Gate. Doświadczenia zakonne uczyniły z niej ateistkę, ale pobyt w Jerozolimie pomógł wrócić do katolicyzmu i nauczył tolerancji dla innych wyznań. Napisała m.in. Krótką historię Islamu i Historię Boga.
Książka rozpoczynająca serię to rzeczywiście krótka, ale dość pojemna historia mitów. Pokazuje je jako sposób pojmowania świata, interpretację tego, co nas otacza. Choć już w szkole dzieci uczy się takiego spojrzenia na mity, to przede wszystkim na przykładzie mitologii Greków i Rzymian. Armstrong daje możliwość poznania wierzeń innych ludów (np. Mezopotamii, Egiptu, Chin) oraz spojrzenia z perspektywy mitów na islam, judaizm i chrześcijaństwo. W historii mitu wyróżnia kilka okresów.
W pierwszym dominowała „mitologia łowców”: „Mitologia była dla przetrwania tych ludzi tak samo istotna, jak broń myśliwska i umiejętności, które rozwinęli, aby zabijać zwierzynę”. Sfera religijna i świecka były całkowicie ze sobą połączone, wszystko miało swój wymiar duchowy: kamień, drzewo, fazy Księżyca. Wielkim szacunkiem darzono zwierzęta, co - przy konieczności ich zabijania dla pożywienia - łączyło się z poczuciem winy. Mity i rytuały pomagały naszym przodkom uspokoić sumienie - czczono zwierzęta za to, że oddawały życie dla dobra ludzi.
Potem przyszedł czas na mitologię rolników. Zdobycie umiejętności uprawiania ziemi zmieniło sposób patrzenia na świat i oczywiście wierzenia. Plony traktowano jako owoc sakralnego małżeństwa, w którym ziemia była istotą żeńską, ziarno męską, a deszcz stosunkiem płciowym nieba i ziemi. Kolejne przeobrażanie mitologii wiązało się z powstawaniem pierwszych cywilizacji: „Nowe mity miejskie, przesycone mieszaniną obaw i nadziei, snuły refleksję nad niekończącymi się zmaganiami ładu z chaosem”.
Później nastąpił kryzys mitu i zaczęły powstawać religie w znanej nam obecnie formie. Czasy te (ok. 800-200 lat przed Chrystusem) autorka nazwała „Epoką Osiową”. Dziś daleko odeszliśmy od myślenia mitologicznego: „Nie umiemy już wykorzystywać mitycznego wymiaru własnego życia tak, by było ono duchowo płodne i przemieniające”. Armstrong próbuje przekonać, że mitów potrzebujemy nadal. Pokazuje, że i teraz mają one duży wpływ na nasze życie i wcale nie są „gorszym sposobem myślenia”. Wprawdzie mity XX w. okazały się niszczycielskie: „Mitologie rasistowskie, etniczne, wyznaniowe i egotyczne, były próbami gloryfikacji siebie przez demonizowanie innego”. Armstrong tłumaczy, że brakowało w nich współczucia i „szacunku dla świętości wszelkiego życia”.
To ciekawa książka, bo choć nieco na skróty, to jednak próbuje dotrzeć do głębi myślenia mitologicznego. Nie tylko pokazuje wierzenia innych, ale także zmusza do zastanowienia się nad swoim pojmowaniem świata. A czasem tej refleksji nam naprawdę brakuje.
JZJ
Karen Armstrong, Krótka historia mitu, tłum. Ireneusz Kania, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2005, seria: Mity.
Czy możliwe jest, by autobiografia, której na dobrą sprawę brakuje wszystkiego, co zazwyczaj kojarzy się nam z tego typu pisarstwem, w pełni nas satysfakcjonowała? Otóż, po przeczytaniu dość niepozornej objętościowo książki Hermanna Brocha muszę przyznać, że taka ewentualność istnieje.
O co zatem Brochowi chodziło? Czyżby pisarz zażartował sobie nieładnie z czytelnika, posługując się w tytule tanim chwytem w celu zwiększenia zysków ze sprzedaży? Wiadomo, okrutne czasy, to i okrutni, złośliwi literaci! Tylko sęk w tym, że Broch od ładnych kilkudziesięciu lat już nie żyje (1886-1951), to po pierwsze. A po drugie, tytuł zawiera również, obok rzeczownika „autobiografia”, przymiotnik dookreślający: „duchowa”, co nie pozostaje przecież bez znaczenia.
W Autobiografii duchowej Broch dopiero przygotowuje czytelnika do tej autobiografii właściwej (ta zresztą nigdy nie powstała). Szkicuje w niej mechanizm psychiczny, którego poznanie ma umożliwić czytelnikowi zrozumienie, dlaczego jego życie obrało taki, a nie inny kierunek. Jednak Broch staje się przy tym bardziej autoanalitykiem niż autobiografem. Dokonuje na naszych oczach wiwisekcji, nie bacząc na komfort psychiczny i doznania „estetyczne” odbiorcy. Niewątpliwie pisarz był pod wielkim wpływem freudowskiej psychoanalizy (widać to już po słownictwie, którym się posługuje: ego, superego, id, kompensacja, zakaz kazirodztwa), nie starając się (celowo?) zachować nawet minimum dystansu do niej. Stał się więźniem sieci freudowskich wyobrażeń, jakby wciąż, często na siłę, przymuszał zachowania i reakcje swojej psychiki do sztywnych schematów freudowskich teorii. Weźmy za przykład tropienie przeżyć z dzieciństwa, które mają tłumaczyć bieg jego życia. Po pierwsze, niedosyt matczynej miłości (edypowe zapały Brocha: zabić ojca i kochać matkę), a po drugie, odkrycie swojego „ja” (chroniące przed myślami samobójczymi). U podstaw pierwszego kompleksu leżała również nienawiść do ojca i brata, którzy niepodzielnie władając matczyną miłością, uważali go za „niemężczyznę” i „impotenta”. Dlatego też poczucie, że jest „niegodny miłości” i „wyobrażenie impotencji” były podstawowymi składnikami jego życia emocjonalnego.
Przedstawiając swoją sytuację erotyczną, Broch wymienia dwa typy kobiet, z którymi miał do czynienia. Pierwszy typ został ukształtowany według mocno wyidealizowanego wizerunku matki. Takie kobiety zadowalały erotyczną próżność pisarza, ale już nie seksualną skłonność, bo dotykało je tabu kazirodztwa. Drugi typ został ukształtowany według wizerunku służącej, gdyż właśnie ku niej kierował swoje pierwsze erotyczne pragnienia. Związek z takim typem kobiety musiał jednak pozostawać ukryty przed matką i opinią wszystkich innych.
Drugą część książki stanowi Autobiografia jako program pracy. Tutaj Broch pokazuje, jak od młodości dręczył go problem etycznego relatywizmu, i jak przez lata zmagał się z tym, podejmowanym wciąż na nowo, tematem - w swoich analizach ze sfery polityki, ekonomii, praw człowieka i psychologii mas. W drugiej części „wykasowanie” okoliczności życiowych jest tak konsekwentne i rygorystycznie przestrzegane, że „autobiografia” zmienia się w rozprawę o aktualnych wówczas kwestiach polityki i praw człowieka, by wreszcie skończyć się abstrakcyjnym traktatem o psychologii mas.
Broch nieustannie powraca do problemu dręczącej go neurastenii, z którą (rzekomo) dzielnie walczy. Przywoływany, niemal jak refren, motyw owej neurastenii i kryjącego się za nią nieszczęścia, jest jednak dla Brocha jedyną stałą wartością, bez której nie umiałby ani żyć, ani tym bardziej pracować. Jego walka jest zatem pozornym zmaganiem się z ukochaną częścią własnego „ja”.
Małgorzata Pawełczyk
Hermann Broch, Autobiografia duchowa, przygotował do druku Paul Michael Lützeler, tłum. Sławomir Błaut, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2005.