„Wszyscy prawie uczestnicy są zdania, że to najlepsza z dotychczasowych konferencji. (...) Tajemnica tego sukcesu jest bardzo prosta: obowiązkowe sesje są ograniczone do minimum. Wygłaszany jest tylko jeden referat dziennie, na ogół przez samego autora, i to z rana, pozostałe referaty odbija się już na ksero i rozdaje uczestnikom, reszta więc dnia upływa na „nieformalnych dyskusjach” o kwestiach zawartych w materiałach, czyli innymi słowy, na opalaniu fig, pływaniu w basenie „Hiltona”, zwiedzaniu starej Jerozolimy, zakupach na bazarze, jedzeniu w rozmaitych regionalnych restauracjach, na wycieczkach do Jerycha, Galilei i Doliny Jordanu”. Oto ideał życia konferencyjnego, który wyjąłem z książki Dawida Lodge’a „Mały światek”, kontynuującej jego „Zamianę”. Dawna to nowość – wydanie polskie z roku 2001 ukazało się nakładem poznańskiej oficyny Rebis – ale wciąż przecież aktualna. I choć, jak mniemam, nie tak znów wielu czytelników niniejszego tekstu bierze udział w konferencjach, których uczestnicy lokowani są w hotelach „Hiltona”, to przecież większego znaczenia to nie ma, gdyż życie konferencyjne – a znam wszak koleżanki i kolegów, którzy dostawszy się w wir konferencyjny nie bardzo już umieją się z niego wydostać, żyją już wyłącznie w środkach transportu i mniej lub bardziej luksusowych siedzibach oferowanych przez organizatorów owych naukowych spędów – posiada dla wielu urok wprost nieodparty. Więcej, jeden z kolegów z dumą opowiadał, iż ma przygotowaną SJW, czyli Stałą Jednostkę Wykładową, za pomocą której „obsłużył” już wiele takich imprez, międzynarodowych zresztą, niezależnie od ich tematu. „Ach, jak lubię konferencje!” – powiedział, uśmiechając się tajemniczo.
Też lubię, ale bez przesady. Tym bardziej że większość tych, w których uczestniczę, daleka jest – i to stanowczo zbyt daleka – od opisanego wyżej ideału. Przeciwnie, na moich ostatnich konferencjach zagęszczenie referatów było tak wielkie, że organizatorzy, zapowiadający wcześniej, iż referat winien zmieścić się w dwudziestu minutach, na miejscu wymuszali na uczestnikach skrócenie wystąpienia o połowę. Na dyskusję w takich razach miejsca nie ma w ogóle. Robi się z tego tylko ścisk i galimatias, a jedynym ratunkiem stają się rozmowy kuluarowe, w trakcie których rozmówcy, narzekając na niemożność uczestnictwa w dwóch lub trzech równolegle prowadzonych „sekcjach”, gorączkowo starają się ogarnąć obraz całości. Jak się uda, rzecz wieńczy finał w postaci „tomu pokonferencyjnego”, który jest jedynie słabym odbiciem tego, co się naprawdę działo. Taki spęd ma wszakże i pewne zalety – przy odpowiednim stężeniu drobin konferencyjnych tworzą się, na skutek ich zderzania i zaczepiania w okołokonferencyjnej zawiesinie kuluarowej, nowe związki, niekoniecznie personalne (nie mówiąc już o intymnych), gdyż czasem także naukowe. Wymieszanie w odpowiednich proporcjach samodzielnych i niesamodzielnych pracowników naukowych prowadzi też chwilami do tego, iż proporcje te oddziałują na siebie stymulująco, a nawet inspirująco, co tym drugim nieraz ułatwia twórczy rozwój i karierę.
Inny typ konferencji – coraz częstszy – miewa charakter kameralny. Gromadzi wyłącznie jej uczestników, na ogół rozproszonych w olbrzymiej przestrzeni, przeznaczonej do pomieszczenia wielokrotnie większego towarzystwa. Ludność tu zebrana czuje się jak u siebie w domu, wszyscy się znają i choć w gruncie rzeczy mają sobie niewiele nowego do powiedzenia, przynajmniej w trakcie owych sesji naukowych, to przecież wiedzą, iż niebawem, przy dobrej organizacji, będą mogli w okolicznych lokalach kontynuować dawniej, czasem przed laty, zaczęte rozmowy. Można powiedzieć nawet, że w tym właśnie celu na ową konferencję przyjechali, a napisanie i wygłoszenie stosownego referatu jest jedynie rytualną daniną, płaconą za możliwość spotkania w gronie, którego uczestnicy nie są co prawda sobie obcy, lecz którzy zarazem innej okazji do wspólnego spędzenia czasu znaleźć nie tylko nie potrafią, ale i nie mogą. Referaty zresztą są rozplanowane po ludzku, nikt też – poza może młodą panią magister pierwszy raz w tym towarzystwie się znajdującą i chcącą „wywrzeć wrażenie”, starającą się zatem ponad miarę, czasem zresztą słodko bezczelną, co przecież potrafimy jej wybaczyć – z konferencyjnym nadymaniem się nie przesadza. Wszak wszyscy wiemy, że są sprawy ważniejsze. A teksty do „tomu pokonferencyjnego” każdy z referentów jeszcze później jakoś doszlifuje, jest czas.
Jakkolwiek na to patrzeć, najważniejsza w konferencjach wydaje się być ich pretekstowość – w istocie są okazją do spotkań na poły towarzyskich, są nawet sposobem organizacji owych spotkań. I nic w tym złego. Temat i tak zawsze wymusza pewien wysiłek intelektualny. Jakoś się do tego zbiegowiska przygotować należy. Utrzymać poziom. Dorzucić