ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Na marginesach nauki


ACH, JAK LUBIĘ KONFERENCJE!

Leszek Szaruga

„Wszyscy prawie uczestnicy są zdania, że to najlepsza z dotychczasowych konferencji. (...) Tajemnica tego sukcesu jest bardzo prosta: obowiązkowe sesje są ograniczone do minimum. Wygłaszany jest tylko jeden referat dziennie, na ogół przez samego autora, i to z rana, pozostałe referaty odbija się już na ksero i rozdaje uczestnikom, reszta więc dnia upływa na „nieformalnych dyskusjach” o kwestiach zawartych w materiałach, czyli innymi słowy, na opalaniu fig, pływaniu w basenie „Hiltona”, zwiedzaniu starej Jerozolimy, zakupach na bazarze, jedzeniu w rozmaitych regionalnych restauracjach, na wycieczkach do Jerycha, Galilei i Doliny Jordanu”. Oto ideał życia konferencyjnego, który wyjąłem z książki Dawida Lodge’a „Mały światek”, kontynuującej jego „Zamianę”. Dawna to nowość – wydanie polskie z roku 2001 ukazało się nakładem poznańskiej oficyny Rebis – ale wciąż przecież aktualna. I choć, jak mniemam, nie tak znów wielu czytelników niniejszego tekstu bierze udział w konferencjach, których uczestnicy lokowani są w hotelach „Hiltona”, to przecież większego znaczenia to nie ma, gdyż życie konferencyjne – a znam wszak koleżanki i kolegów, którzy dostawszy się w wir konferencyjny nie bardzo już umieją się z niego wydostać, żyją już wyłącznie w środkach transportu i mniej lub bardziej luksusowych siedzibach oferowanych przez organizatorów owych naukowych spędów – posiada dla wielu urok wprost nieodparty. Więcej, jeden z kolegów z dumą opowiadał, iż ma przygotowaną SJW, czyli Stałą Jednostkę Wykładową, za pomocą której „obsłużył” już wiele takich imprez, międzynarodowych zresztą, niezależnie od ich tematu. „Ach, jak lubię konferencje!” – powiedział, uśmiechając się tajemniczo.

Też lubię, ale bez przesady. Tym bardziej że większość tych, w których uczestniczę, daleka jest – i to stanowczo zbyt daleka – od opisanego wyżej ideału. Przeciwnie, na moich ostatnich konferencjach zagęszczenie referatów było tak wielkie, że organizatorzy, zapowiadający wcześniej, iż referat winien zmieścić się w dwudziestu minutach, na miejscu wymuszali na uczestnikach skrócenie wystąpienia o połowę. Na dyskusję w takich razach miejsca nie ma w ogóle. Robi się z tego tylko ścisk i galimatias, a jedynym ratunkiem stają się rozmowy kuluarowe, w trakcie których rozmówcy, narzekając na niemożność uczestnictwa w dwóch lub trzech równolegle prowadzonych „sekcjach”, gorączkowo starają się ogarnąć obraz całości. Jak się uda, rzecz wieńczy finał w postaci „tomu pokonferencyjnego”, który jest jedynie słabym odbiciem tego, co się naprawdę działo. Taki spęd ma wszakże i pewne zalety – przy odpowiednim stężeniu drobin konferencyjnych tworzą się, na skutek ich zderzania i zaczepiania w okołokonferencyjnej zawiesinie kuluarowej, nowe związki, niekoniecznie personalne (nie mówiąc już o intymnych), gdyż czasem także naukowe. Wymieszanie w odpowiednich proporcjach samodzielnych i niesamodzielnych pracowników naukowych prowadzi też chwilami do tego, iż proporcje te oddziałują na siebie stymulująco, a nawet inspirująco, co tym drugim nieraz ułatwia twórczy rozwój i karierę.

Inny typ konferencji – coraz częstszy – miewa charakter kameralny. Gromadzi wyłącznie jej uczestników, na ogół rozproszonych w olbrzymiej przestrzeni, przeznaczonej do pomieszczenia wielokrotnie większego towarzystwa. Ludność tu zebrana czuje się jak u siebie w domu, wszyscy się znają i choć w gruncie rzeczy mają sobie niewiele nowego do powiedzenia, przynajmniej w trakcie owych sesji naukowych, to przecież wiedzą, iż niebawem, przy dobrej organizacji, będą mogli w okolicznych lokalach kontynuować dawniej, czasem przed laty, zaczęte rozmowy. Można powiedzieć nawet, że w tym właśnie celu na ową konferencję przyjechali, a napisanie i wygłoszenie stosownego referatu jest jedynie rytualną daniną, płaconą za możliwość spotkania w gronie, którego uczestnicy nie są co prawda sobie obcy, lecz którzy zarazem innej okazji do wspólnego spędzenia czasu znaleźć nie tylko nie potrafią, ale i nie mogą. Referaty zresztą są rozplanowane po ludzku, nikt też – poza może młodą panią magister pierwszy raz w tym towarzystwie się znajdującą i chcącą „wywrzeć wrażenie”, starającą się zatem ponad miarę, czasem zresztą słodko bezczelną, co przecież potrafimy jej wybaczyć – z konferencyjnym nadymaniem się nie przesadza. Wszak wszyscy wiemy, że są sprawy ważniejsze. A teksty do „tomu pokonferencyjnego” każdy z referentów jeszcze później jakoś doszlifuje, jest czas.

Jakkolwiek na to patrzeć, najważniejsza w konferencjach wydaje się być ich pretekstowość – w istocie są okazją do spotkań na poły towarzyskich, są nawet sposobem organizacji owych spotkań. I nic w tym złego. Temat i tak zawsze wymusza pewien wysiłek intelektualny. Jakoś się do tego zbiegowiska przygotować należy. Utrzymać poziom. Dorzucić