Znajomy redaktor M., z którym rozmawiałem podczas świąt Bożego Narodzenia, powiedział, że dla niego zawsze były one prawdziwym początkiem karnawału. Oznaczały koniec okresu umartwiania, kiedy to żadnych „zabaw hucznych” urządzać nie wolno, były zawsze barwne, radosne, smakowite i pachnące. Odmieniały codzienną szarzyznę. I właśnie dlatego - pomijając, oczywiście, aspekt religijny - zawsze z ogromną niecierpliwością ich wyczekiwał, a czas dłużył mu się wówczas nieznośnie. Boże Narodzenie było więc, poza wszystkim, także sygnałem do szampańskiej zabawy.
„Chleba dosyć, lecz rośnie popyt na igrzyska”, śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, zastanawiając się w związku z tym, „w co się bawić”. Brzmiało to co najmniej dwuznacznie w okresie powszechnych niedoborów. Dziś słowa te nabrały nieoczekiwanej dosłowności. Zaspokoiwszy jako tako podstawowe potrzeby, szukamy ciągle rozrywki i najchętniej dalibyśmy się nieustannie zabawiać. Jakbyśmy powrócili do „sielskiego anielskiego” dzieciństwa lub przynajmniej „chmurnej i durnej” młodości. Taki nasz obraz wyłania się z mediów. Chcielibyśmy żyć w nieprzerwanym karnawale. Stał się on niejako naszym celem.
Jednak, gdyby nie okresy oczekiwania, wyciszenia, skupienia, następująca po nich zabawa nie smakowałaby tak dobrze. To właśnie post, powściągliwość, wyrzeczenia, przygotowując grunt pod przyszłe szaleństwa, są ich prawdziwą okrasą.
Czy uświadomienie sobie tej konsekwencji oznacza definitywne przekroczenie „smugi cienia”? Tego nie wiem, ale od jakiegoś czasu post pociąga mnie bardziej niż karnawał, ma dla mnie więcej uroku. Oczekiwanie staje się ważniejsze od spełnienia. Może dlatego, że zawiera w sobie mniej pustych obietnic, a w związku z tym znacznie rzadziej bywa przyczyną zawodu?
Na pewno skupienie i cisza pozwalają zobaczyć i usłyszeć więcej niż to jest możliwe w żywiole zabawy. Zwłaszcza gdy w kręgu najbliższych pojawiają się boleśnie puste miejsca...