Kolejny tom szkiców krakowskiego filozofa przynosi – jak zwykle – teksty zapładniające intelektualnie, bystre w obserwacji przestrzeni życia zbiorowego i, co dziś nieczęste, o klarownie wyłożonych argumentach. Styl ten znają miłośnicy pisarstwa Ryszarda Legutki.
Książkę otwiera esej Dlaczego nie lubię liberalizmu, publikowany swego czasu w „Europie”, gdzie spotkał się z kilkoma ostrymi polemikami, niestety, nie dorastającymi do jego poziomu. Ale zwróćmy raczej uwagę na pomieszczone w tej książce teksty związane z nauką i uniwersytetem.
Należy do nich Feminizm na uniwersytecie. Autor ocenia ten kierunek jako niesamodzielny myślowo, uzależniony od dokonań powstałych poza feminizmem (nie ma feministycznej teorii, jest tylko korzystanie z Marksa, Nietzschego, Freuda, Derridy, Foucaulta, Lacana i innych), zamknięty w getcie, poza którym badaczki nie funkcjonują, pozbawiony wewnętrznej krytyki naukowej (siostrzana atmosfera), metodologicznie monotonny (punkt wyjścia i punkt dojścia są określone i nienegocjowalne), zideologizowany (określony jest cel praktyczny i zdefiniowany wróg), emocjonalny (nasycony gniewem i zapamiętaniem), mizerny w swych osiągnięciach. Autor opisuje kontrast między schematem myślowym, na którym zasadza się feminizm, a jego ambicjami intelektualnymi. „Feministyczne młyny, mielące na wiele sposobów tę samą skromną treść” porównuje z produkcją materializmu dialektycznego sprzed pół wieku. Legutko zastanawia się nad fenomenem kariery akademickiej tego nurtu i jego silnej pozycji w zachodnich uczelniach. Ma to, według niego, związek z „politycznymi przeobrażeniami uniwersytetów, a nie z wysoką jakością feministycznej oferty”.
W szkicu W stronę umysłowej pospolitości autor wypowiada się na temat polskiej edukacji. Dostrzega w niej panowanie dziwnego modelu człowieka wykształconego: pozbawionego wiedzy ogólnej, wyposażonego natomiast w umiejętności zdobywania informacji. Sądzi się, że w zależności od przyszłych sytuacji i planów życiowych, człowiek taki będzie w stanie użyć posiadanych narzędzi, by zapoznać się z dowolnymi sferami wiedzy. Legutko uważa taki model wykształcenia za absurdalny. „W świecie zdeterminowanym przez umiejętności nie ma i nie będzie żadnej presji, by poznać Pana Tadeusza lub nauczyć się na pamięć arcydzieł poetyckich; nie ma i nie będzie wstydu, że się tych rzeczy nie zna; nie ma i nie będzie publiczności, która taką wiedzę mogłaby docenić” – pisze. Krytykuje w owym modelu nauczania samo przeciwstawienie wiedzy i umiejętności. Jedno nie zastąpi drugiego, jedno do drugiego nie prowadzi. Wiedza „scholastyczna” powoli ze szkoły znika, uczenie umiejętności przynosi mizerne efekty i nie rekompensuje braku wiedzy. Polski inteligent zmieni się w „akulturalnego fachowca w wąskiej dziedzinie”, z którym trudno będzie nawiązać kontakt intelektualny w sferze wykraczającej poza kulturę masową. Szkoła wyjmuje dziecku z ręki książkę i popycha je w stronę masowej rozrywki. Rodzina, jeśli jest przywiązana do wartości kultury wysokiej, musi to edukacyjne szkodnictwo odkręcać, już nie tylko uzupełniać słabujące wykształcenie publiczne, ale też przeciwdziałać jego złemu wpływowi. Dzieci i młodzież wypełniają rubryczki w podręcznikach, rozwiązują krzyżówki i rebusy, czytają komiksy, wysyłane są do kina na kreskówki. Uprawiana pośród dumnych haseł edukacja, staje się raczej – pisze Legutko – socjalizacją niż kształtowaniem umysłów i przekazywaniem wiedzy.
Ryszard Legutko, Raj przywrócony, Ośrodek Myśli Politycznej, wyższa szkoła europejska im. Księdza józefa tischnera, Kraków 2005, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.
Made in USA Guya Sormana przede wszystkim opisuje odmienność kultury Stanów Zjednoczonych od kultury europejskiej. To naprawdę interesujący temat, bo, jak pisze Sorman, gdziekolwiek się znajdziemy, Stany Zjednoczone są już tam obecne. „Ta obsesyjna obecność stanowi pożywkę raczej dla namiętności niż dla refleksji – kochamy wszystko lub nienawidzimy wszystkiego, co jest made in USA”. Autor przez ponad czterdzieści lat mieszkał w Ameryce. Jak sam zaznaczył, pokusił się „zaledwie o szczyptę obiektywizmu”, a swoją książkę napisał z punktu widzenia „zaangażowanego podróżnika”.
Wobec Stanów Zjednoczonych trudno być obojętnym, albo podziwiamy ten kraj, albo z niego szydzimy. Zachwycamy się przedsiębiorczością Amerykanów i poziomem ich życia albo krytykujemy ich światopogląd czy system prawny. A zachwycamy się lub krytykujemy dlatego, że Ameryka jest tak inna od Europy. Choć to dziwne, że inna, w końcu społeczeństwo amerykańskie to w dużej części zlepek potomków Europejczyków. Co sprawiło, że tak się różnimy?
W przedmowie do książki Sorman pisze, że Amerykanie „odważyli się” wynaleźć naród, którego fundament stanowi kontrakt społeczny. Tymczasem europejską tożsamość zbudowano na pamięci o wspólnych cierpieniach. To nie wszystkie powody, ale wszystkich w jednej książce nie da się omówić. Autor zresztą nie próbuje, bardziej skupia się na opisie tych aspektów życia Amerykanów, które wzbudzają najwięcej emocji. Czytając książkę Sormana, miałam wrażenie, że czytam o innym świecie. Innym nie dlatego, że bogatszym, bardziej kolorowym, w którym wszystko jest „naj”. To po prostu świat innej mentalności, innego sposobu myślenia i zasad postępowania. Wiele kontrowersji wzbudza np. kara śmierci. Gdy w krajach europejskich znoszono jej wykonywanie, w tym samym czasie przywrócono ją w USA. Najwięcej kar śmierci wykonywanych jest w Teksasie (ok. 30 rocznie), przede wszystkim w hrabstwie Hobby. Co ciekawe, również w tym hrabstwie popełnia się najwięcej morderstw. Zabójstwa to zresztą specyfika USA, nigdzie indziej w statystykach przestępstw nie ma tylu morderstw, co w Stanach Zjednoczonych. A skąd się wzięła zbrodnia? Czy to wynik powszechnego dostępu do broni? Braku pracy wśród mniejszości etnicznych? Tzw. „moralnego rozwarstwienia Zachodu”, czyli swobody obyczajów i odrzucenia wartości rodzinnych? I jak to wszystko ma się do tak dużej religijności Amerykanów?
Wiara to kolejny interesujący temat. Jak pisze autor, w Ameryce jest trzydzieści kościołów i każdy ma własnego Boga. Ale tam moralności nie łączy się z religią, tak jak w Europie. W Ameryce moralność jest sprawą osobistą, bez związku z Bogiem. A religijność jest specyficzna, nawet chrześcijaństwo inaczej pojmowane: „Amerykańskie chrześcijaństwo wielbi Boga, który się nie gniewa, z pomocą Chrystusa bez krzyża prowadzącego ludzi bez grzechu do Królestwa bez sądu” – powtarza Sorman słowa teologa Richarda Niebuhra.
Trudno choćby wspomnieć wszystkie tematy, które poruszył Sorman – rasizm, hip-hop, nielegalni imigranci, opieka zdrowotna, dobroczynność, edukacja, kult ciała i otyłość... Po prostu warto przeczytać, bez względu na to, czy jest się antyamerykaninem (o tym też dużo pisze Sorman), czy filoamerykaninem. Bo, jak pisze autor, „jedyną na świecie kategorię liczniejszą niż wyznawcy antyamerykanizmu stanowią ci, którzy chcieliby wyemigrować do USA”.
Guy Sorman, Made in USA. Spojrzenie na cywilizację amerykańską, tłum. Wojciech Nowicki, Wydawnictwo prószyński i S-ka, Warszaw
Koegzystencja trzech kultur jest wyjątkową cechą społeczności Półwyspu Iberyjskiego. Funkcjonowały one jedna obok drugiej, dzieląc język, sposób odżywiania i ubioru, świadomie zapożyczając od siebie poglądy i idee. Jednak już w XIV w. stało się niemożliwym, by chrześcijanie, Maurowie i Żydzi żyli pod jednym dachem. Chrześcijanie poczuli się na tyle silni, by złamać tradycyjne zwyczaje w Hiszpanii, bo to oni toczyli wojny i uprawiali ziemię. Maurowie byli zwykle wieśniakami, a Żydzi trzymali się drobnego handlu. Większość chrześcijańska, chociaż tolerowała inne religie, traktowała obie mniejszości pogardliwie. Wyznania te koegzystowały na tyle długo, by wielu ludzi zaakceptowało słuszność wszystkich trzech. „Kto wie, która religia jest lepsza” – pytał chrześcijanin z Kastylii w 1501 r. – „nasza, muzułmańska czy żydowska?”
Żydzi mieszkali na Półwyspie od co najmniej III w., uprawiali rolę, hodowali owce, pielęgnowali winnice i pokojowo żyli ze swoimi chrześcijańskimi sąsiadami. Chrześcijanie też bez uprzedzeń korzystali z usług żydowskich lekarzy. Ale już w połowie XIV w. Żydów zaczęto zmuszać do przejścia na chrześcijaństwo. Od tej pory konwersje pojawiły się na szeroką skalę. Stąd też sam termin konwertyta, stosowany na określenie człowieka nawróconego z judaizmu lub islamu. Konwertyci nieuchronnie spotykali się z podejrzeniami o bycie piątą kolumną wewnątrz Kościoła. Chociaż z punktu widzenia religii nie byli już Żydami, nadal cierpieli z powodu antysemityzmu. W 1480 r. wprawiono w ruch machinę, która powinna zajmować się jedynie krzewicielami judaizmu: inkwizycję. Mimo iż miała ona tylko władzę nad chrześcijanami, Żydzi szybko uświadomili sobie, że również stoją na linii ognia. Ich największe cierpienia zaczęły się od powołania tej instytucji. Para królewska wydała też dekret o wygnaniu, nakazujący Żydom ochrzcić się lub opuścić kraj. A ponieważ wywóz złota i srebra był zakazany, uciekający Żydzi oddawali swe domy np. za osła, a winnice za kawałek sukna lub płótno. Emigracje Żydów łączyło jedno: cierpienie. „Można ich było wziąć za upiory. Wynędznieli i wychudzeni, wyglądali jak chodzące trupy”. Problem stanowiła też niejednorodność religii wyznawanych przez konwertytów. Wpływowa szkoła w nowożytnej historiografii żydowskiej ironicznie utrzymuje, że inkwizycja miała rację, bo wszyscy nawróceni byli przytajonymi Żydami. Ale, czy naprawdę istniało „konwertyckie zagrożenie” i czy tysiące nawróconych chrześcijan potajemnie uprawiało żydowskie praktyki? Można w to wątpić.
Hiszpańska inkwizycja powstała w wyniku agitacji przeciwko nowym chrześcijanom. Ale sam ten argument nie wystarcza, by odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czym trybunał uzasadniał swoją egzystencję? Historycy zgodnie akceptują prawdę podawaną przez inkwizycję – że konwertyci potajemnie wyznawali judaizm. Jednak fakty są takie, że z wyjątkiem kilku przypadków, nie istnieją na to dowody. I Henry Kamen rozwija ten wątek. Co prawda dokonuje tylko kalejdoskopowego przeglądu działalności Świętego Oficjum, co oznacza, że czytelnikowi przedstawiony zostaje zaledwie widok z „lotu ptaka”, to jednak jest on bardzo satysfakcjonujący. Autor zrezygnował z polemik i przedstawił obiektywną i aktualną syntezę wiedzy o najsłynniejszym trybunale świata. Książka z całą pewnością przeznaczona jest dla szerszej rzeszy czytelników, niekoniecznie naukowców i badaczy tego zjawiska. Autor daje bowiem w swojej pracy czytelny i klarowny opis dziejów świętej inkwizycji, a przy okazji portret społeczeństwa hiszpańskiego w XV-XVII w.
Henry Kamen, Inkwizycja hiszpańska, tłum. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2005, seria: Rodowody Cywilizacji.
Słyszeliśmy nieraz, że wydarzenia najnowszych naszych dziejów nie znalazły odzwierciedlenia w dziełach literackich, że współcześni pisarze nie podjęli wyzwania, jakim jest diagnoza stanu świadomości Polaków po wielkiej zmianie lat 90. ubiegłego stulecia. „Jeśli brakuje nam dzieł współczesnych, w których moglibyśmy się bez wahania rozpoznać, nie pozostaje nic innego, jak (...) wyprawić się w przeszłość na poszukiwanie własnej tożsamości” – pisze Dariusz Gawin.
I tym właśnie jest ta książka: próbą uwspółcześnienia polityczno-społecznych dyskusji, toczonych przez naszych parających się piórem intelektualistów na przełomie XIX i XX wieku. W takiej perspektywie Lalka Prusa, opis klęski transformacji społeczeństwa polskiego według liberalnego paradygmatu czy Przedwiośnie Żeromskiego, obraz duchowej i mentalnej niemocy Polaków do unowocześnienia własnego państwa, stają się niejako powieściami współczesnymi.
Autora interesuje jednak pewien szczególny aspekt nakreślonej tematyki. Jak sam twierdzi, przede wszystkim „porusza się wokół kwestii związanych z ideową historią polskiej inteligencji liberalno-lewicowej i szerzej – lewicy, jako formacji intelektualnej”. Czyni tak dlatego, że formacja ta zdominowała polską kulturę i politykę XX wieku. „Przemaganie się idei rewolucji, choćby i totalitarnej, z ideą obrony niepodległości i demokracji parlamentarnej, komunizmu i socjalizmu reformistycznego, idei załamania się cywilizacji i prometejskiej utopii stanowi jedną z głównych osi całego polskiego dwudziestego stulecia” – czytamy. W kręgu zainteresowań Gawina znaleźli się więc np. Żeromski i Słonimski, a nade wszystko – Brzozowski i Miłosz.
To właśnie Stanisław Brzozowski swym namiętnym atakiem na Sienkiewicza (w Legendzie Młodej Polski) i jego wizję Polski, rozpętał u początku XX stulecia literacką dyskusję nad kształtem polskiej nowoczesności. Starając się wykazać wyższość socjalistycznego programu stworzenia nowego człowieka i społeczeństwa nad endeckim postulatem niepodległego państwa jako narzędzia rozwoju wewnętrznego i międzynarodowej konkurencji, tworzył zręby „czarnej legendy” Sienkiewicza-reakcjonisty wśród przedstawicieli liberalnych elit intelektualnych. Przerażał Brzozowskiego „bezmyślny letarg”, w jakim, według niego, pogrążały Polaków idee konserwatystów. Jednak utopijna wizja rewolucyjnych zmian społecznych przegrała wówczas z mitem szlacheckiego dworu, jaki zaproponował czytelnikom Sienkiewicz.
Straty zadane w bitwie nie oznaczały jednak klęski całej kampanii. Ogień polemiczny, podtrzymywany m.in. przez Reymonta, Żeromskiego i Słonimskiego, rozgorzał z nową siłą pod piórem Czesława Miłosza. Nasz noblista przejął od Brzozowskiego ideę walki z „duchowym lenistwem” Polaków, ich „stadną bezmyślnością”. Stąd jego akces do grona wyznawców marksizmu, który głosił m.in. prawo jednostki do decydowania o własnym dziejowym losie. Stąd poczucie misji przedstawiciela świadomej rewolucyjnej mniejszości, która ma te prawa narzucić oraz kult i apoteoza siły, niezbędnej do tego. Co ciekawe, do takich poglądów doszedł Miłosz w latach niemieckiej okupacji. Jego emigracja z komunistycznego państwa w latach 50. świadczyła już o przezwyciężaniu tego paradygmatu.
Książka Gawina jest niewątpliwie bardzo zapładniającą lekturą w czasie gorących sporów o dokonania Trzeciej i potrzebę oraz kształt Czwartej RP. Polecam.
Dariusz Gawin, Polska, wieczny romans. O związkach literatury i polityki w XX wieku, ośrodek myśli politycznej, wydawnictwo dante, Kraków 2005, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.
Pisząc książkę, która stanowić ma kompendium wiedzy na dany temat, autor staje przed nader trudnym zadaniem. Wynika to przede wszystkim ze świadomości komplikacji, jakie mogą sprawić z góry narzucone ograniczenia. Nie można zawrzeć w książce wszystkich informacji, lecz i wielu nie wolno pominąć. Ważną rolę odgrywa przede wszystkim kompozycja i wiążąca się z nią umiejętność prowadzenia logicznego wywodu. Warto również, choćby w zarysie, pokazać różne stanowiska badawcze w odniesieniu do wybranego zagadnienia. Naprawdę jest to niełatwe zadanie, od którego zależy wartość popularnonaukowa książki. Takim przykładem jest skromna w swych rozmiarach praca Mary Warnock.
Pochwalę przede wszystkim wydawnictwo za podjęcie decyzji o wprowadzeniu dzieła na polski rynek. Prac omawiających egzystencjalizm jako kierunek filozoficzny mamy, niestety, niewiele, dlatego książka Warnock zapewne będzie cieszyła się dużym zainteresowaniem. Jednak nie jest to rzecz przeznaczona dla znawcy tematu lub osoby chcącej dokładnie go poznać. I nie chodzi tu bynajmniej o wielkość pracy, ale o sposób przedstawienia tematu.
Warnock nie poszła za narzuconą przez Sartre´a metodą podziału filozofii egzystencjalnej na chrześcijańską i świecką. Dla niej ważniejsze było opisanie kilku najistotniejszych postaci związanych z egzystencjalizmem i postulatów zawartych w ich dziełach, niż spojrzenie na ten system, jako trwający od wszech czasów sposób myślenia o istocie bytu ludzkiego. Dlatego starą metodą porównuje postulaty Kierkegaarda i Nietzschego, wprowadza pojęcie wolności jako najważniejszą ideę egzystencjalistów. Dosyć zgrabnie przypomina czytelnikom, że zanim egzystencjalizm zyskał sławę jako „francuski” kierunek filozoficzny, istniał Martin Heidegger – niemiecki filozof, autor znanego dzieła Bycie i czas. Największą uwagę badaczka skupiła na postaci Jeana Paula Sartre´a, który w jej opisie zyskuje miano najwybitniejszego reprezentanta „tej działalności filozoficznej” (jak to określiła autorka). Nie znajdziemy w jej książce natomiast ani słowa o Kohelecie, Camusie, Jaspersie czy Unamuno. Skromnie wymieniony został Gabriel Marcel.
Taki opis egzystencjalizmu jest zadziwiający. Owszem, autorka nie mogła poruszyć wszystkich zagadnień z nim związanych, lecz pominięcie tak ważnych postaci wydaje się być dużym uszczerbkiem dla książki. Dobór przedstawicieli prowadzi do pewnego zubożenia i jednostronnego spojrzenia na egzystencjalizm. Wbrew wszelkim chęciom autorki, Sartre nie jest wybitnym filozofem (już bardziej myślicielem), zważywszy na to, że większość jego tez – w tym najważniejsze dzieło – wprost nawiązuje do myśli Heideggera i jest jakby francuską wersją jego postulatów. Martwi mnie też brak choćby wspomnienia o tzw. chrześcijańskich egzystencjalistach. Można sprzeczać się z nimi, lecz nie wolno ich pominąć, tego nie uczyniłby nawet Sartre.
Czym zatem jest książeczka Mary Warnock? Kolejną próbą prezentacji czysto angielskiego, niestety, sposobu spojrzenia na rozwój jednej z myśli intelektualnych XX w. Owszem, w rozdziałach prezentujących i analizujących pisma Husserla, Heideggera czy Sartre´a zawarte tam wnioski są ciekawe. Jednak czytelnik musi być uprzedzony, iż podjęte przez Warnock kwestie nie odzwierciedlają nawet w symboliczny sposób całości podjętego zagadnienia, jakim jest egzystencjalizm w XX w.
Mary Warnock, Egzystencjalizm, tłum. Monika Michowicz, wydawnictwo prószyński i S-ka, Warszawa 2005, seria: Pejzaże Myśli.