ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Recenzje


Alma Mater na progu XXI wieku

Okładka

Podział uczelni na elitarne, krajowe i regionalne, płatne studia, dywersyfikacja dyplomów, wreszcie – zastąpienie rektorów menedżerami. Czy tak będą wyglądać niebawem polskie szkoły wyższe? Głos w dyskusji, do której przyczynkiem stało się uchwalenie „Prawa o szkolnictwie wyższym”, zabierają tym razem eksperci z Instytutu Problemów Współczesnej Cywilizacji. Z racji stałego zainteresowania problemami edukacji, są do tego predestynowani. Od blisko 10 lat co roku przynajmniej jeden zeszyt Instytutu poświęcony jest zagadnieniom szkolnictwa wyższego. „To w końcu poziom wykształcenia coraz wyraźniej determinuje pozycje i perspektywy jednostki w tworzącym się społeczeństwie wiedzy” – słusznie zauważają.

Antycypując zatem nadchodzące zjawiska, na czoło zgłaszanych przez siebie propozycji wysuwają trójpodział uczelni. W elitarnych kształciłyby się przyszłe czołowe postaci życia publicznego, w krajowych odbywałoby się szkolenie wysoko wykwalifikowanych kadr we wszystkich dziedzinach i specjalnościach, a najniżej w hierarchii stałyby szkoły regionalne, których zasięg, głównie merytoryczny, ograniczałby się do lokalnych potrzeb. Trudno nie doszukać się w tym postulacie usankcjonowania istniejącego stanu rzeczy i nadania mu jedynie formalnego kształtu. Istnieją już bowiem szkoły o wysokiej renomie, długiej tradycji, z doskonałym zapleczem zarówno badawczym, jak i dydaktycznym, są i takie, które dostarczają fachowców, wreszcie – liderujące jedynie na lokalnym podwórku. Gdyby propozycja miała wejść w życie, pojawia się jednak zasadnicze pytanie: kto i co będzie decydować o elitarności? Czyżby pieniądze?

Autorzy niezbyt czytelnie, ale jednak sugerują, że studia powinny być płatne, a równy dostęp do edukacji na najwyższym szczeblu miałyby zapewnić stypendia. Skoro bowiem rolnicy czy przedsiębiorcy ryzykują wzięcie kredytu na zbudowanie swojego warsztatu pracy, czemu finansowego ryzyka nie wymagać od lekarza czy innego specjalisty? Znacznie bardziej kontrowersyjny wydaje się postulat zróżnicowania dyplomów. O ile pomysł dywersyfikacji w odniesieniu do uczelni elitarnych i pozostałych nie budzi większych zastrzeżeń (w końcu elita może czuć się wyróżniona), o tyle podział w zależności od trybu studiów jest niedopuszczalny. Już teraz, startując na rynku pracy, absolwenci studiów stacjonarnych mają niesłusznie przyznawane niepisane przywileje, podczas gdy paradoksalnie to właśnie oni, a nie absolwenci zaoczni, mają problemy z przełożeniem naukowej teorii na zawodową praktykę. Dlaczego więc jeszcze im to ułatwiać?

Ciekawy w zamyśle i do wprowadzenia niemal od zaraz jest za to pomysł zastąpienia rektorów menedżerami, wybieranymi w drodze konkursu. Można się zżymać na to, czy uczelnia jest typowym przedsiębiorstwem funkcjonującym wedle prawideł rynkowej gry, ale nie można nie zauważać rosnącego znaczenia marketingu i reklamy w przyciąganiu nowych studentów oraz... pieniędzy. Sama charyzma rektora do sfinansowania badań już nie wystarczy.

Problem badań, podobnie jak zasad systemu awansów czy zarządzania uczelniami wyższymi w skali kraju, zajmuje zresztą odrębne miejsce w analizie ekspertów z IPWC. Nie każdy z tych pomysłów jest doskonały, ale nie każdy jest też sam w sobie zły. Warto im się przyjrzeć, bo nawet jeśli nie zostaną wprowadzone w życie, mogą stanowić kanwę dyskusji nad kondycją i przyszłością uczelni wyższych. „Pozostawienie tego systemu w stanie obecnym doprowadzi do jego degradacji, a w konsekwencji do obniżenia rangi polskich uczelni w skali Europy i świata” – konstatują autorzy.

Mariusz Karwowski

Polskie uczelnie XXI wieku, Instytut Problemów Współczesnej Cywilizacji, Warszawa 2005, seria: Zeszyty IPWC.

Złożoność i prostota

Okładka

„Jądrem tej książki jest paradoks. Im więcej dowiadujemy się o wszechświecie, tym bardziej wydaje się on złożony, odkrywamy jednak, że u podłoża tej złożoności leżą proste prawa przyrody” – tak zaczyna się książka Cohena i Stewarda. Krok po kroku autorzy tłumaczą w niej skomplikowane procesy zachodzące we wszechświecie, analizują poszczególne ich elementy i udowadniają, że w tym naszym chaosie tak naprawdę jest prawdziwy porządek. Ta książka to podróż przez wieki różnych teorii naukowych, takich jak: teoria epicykli Ptolemeusza (długo uznawany za prawdziwy pogląd, że planety poruszają się po kole, którego środek porusza się po innym kole, którego środek porusza się po innym kole...), „ewolucję teorii ewolucji”, aż po sądy na temat DNA czy popularnych ostatnio poglądów Richarda Dawkinsa o samolubnym genie. „Pierwsza część jest wycieczką z przewodnikiem na Wyspy Prawdy, których mapę wykreśla konwencjonalna nauka; druga – pełnym przygód, nieortodoksyjnym wypadem na Oceany Ignorancji otaczające te wyspy”.

W drugiej części autorzy, jak na uczonych przystało, wskazują pewne nieścisłości czy po prostu błędy w teoriach powszechnie uznawanych za prawdziwe. Ale nie jest to piętnowanie czy wyśmiewanie (choć z dużą dawką humoru), tylko po prostu polemika i próba wzbudzenia głębszej refleksji nad naszymi sądami na temat świata. Cohen i Steward podważają m.in. prawdziwość poglądu, że DNA jest genetycznym planem organizmów. Tłumaczą, że w rzeczywistości kilka organizmów może mieć taką samą strukturę DNA. Ewolucja czasem przebiega bowiem bez zmian genetycznych i odwrotnie – zmiany genetyczne nie muszą przeobrażać nic w organizmie. Dlatego wcale nie tak łatwo byłoby odtworzyć dinozaury z zachowanych fragmentów DNA, jak w Parku Jurajskim Crichtona (na podstawie jego książki powstał film Spielberga). „Samolubny gen” Dawkinsa przemianowany został tu w „niewolniczy gen”, który musi upewnić się, że „jego” organizm przetrwa, by mógł się reprodukować. A „fenotyp rozszerzony” autorzy proponują zastąpić „rozrzuconym genotypem”. Dostaje się także koncepcji Gai Jamesa Lovelocka. Skoro Ziemia jest jednym organizmem, globalnym ekosystemem, matką, to dlaczego pozwoliła, by wyginęły dinozaury? A może Gaja teraz chce także zniszczyć ludzi?

Przy drugiej części książki czasem miałam wrażenie, że jeszcze bardziej jestem wciągana w chaos. W końcu nie tak łatwo pogodzić się z tym, że tyle poglądów, które dotąd porządkowały nasz świat, jest nieprawdziwych lub naciąganych. Książki tego typu uczą, że z rezerwą trzeba podchodzić do wszelkich teorii naukowych i przede wszystkim – myśleć. Dlatego pewnie nie trzeba będzie długo czekać na pracę polemiczną do Załamania chaosu...

To dobrze napisana książka, z humorem (każdy rozdział zaczyna zabawna i dająca do myślenia historyjka) oraz wieloma ciekawymi przykładami. Nie nuży nadmiarem wywodów naukowych, a jednocześnie jest konkretna. Polskich czytelników mogą trochę irytować wplecione w treść przygody (fikcyjne, oczywiście) kapitana Arthura na planecie Zarathustry. Tam Neeplphut, stworzenie podobne do ślimaka, tłumaczy załodze z Ziemi teorie swojego świata, opartego na systemie ósemkowym. Na potrzeby książki autorzy wymyślili także rozmowy Augusty Ady i Wallace’a Luperta, fikcyjnego reprezentanta współczesnych poglądów, który wyjaśnia matematyczce z XIX wieku m.in. teorię samolubnego DNA. Historyjki tego typu są coraz popularniejsze w zachodnich książkach i telewizyjnych programach naukowych. Bywają ciekawym dodatkiem.

Justyna Jakubczyk

Jack Cohen, Ian Steward, Załamanie chaosu. Odkrywanie prostoty w złożonym świecie, tłum. Michał Tempczyk, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2005, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Co filozof wie o literaturze

Okładka

Theodor W. Adorno, wybitny niemiecki filozof i socjolog, jeden z czołowych przedstawicieli szkoły frankfurckiej, był też eseistą. Interesowała go w szczególności klasyczna literatura niemiecka, a także literatura współczesna i jej wpływ na czytelnika. Wpływ na odbiorcę jest zresztą tym, co tego filozofa najbardziej interesuje w twórczości pisarzy różnych epok. Autor stawia sobie za zadanie rozszyfrowanie i obalenie mitów związanych z pewnymi twórcami i ich szczególnie znanymi dziełami. Oczywiście, gdy jakiś utwór jest popularny, jest też często brany na warsztat przez teoretyków literatury, niestety niekoniecznie znających się na danym temacie. Powodem do przeinaczeń faktów i intencji mogą być też uprzedzenia: do autora, do epoki, w której tworzył, czy wreszcie do języka dzieła. Jak wiadomo, problemem może być typowe odrzucanie nie tylko wartości, ale i dzieł pewnej epoki przez następującą bezpośrednio po niej. I na tym także chce się skupić filozof.

Rozpoczyna od największego bodajże twórcy niemieckiej (a może i światowej) literatury – Goethego. Nie był on, jak się sądzi, poetą, którego styl uformował się dopiero pod koniec życia. Adorno twierdzi, że taka koncepcja języka Goethego jest dla poety obraźliwa, gdyż sugeruje, że być może jedynie ostatnie fragmenty Fausta są arcydziełem, reszta zaś – tylko rozpędem do tych kilku zaledwie zdań. Nie może to być prawdą, bo oznaczałoby, że pierwsza część Fausta, Cierpienia młodego Wertera czy choćby, bardzo dla samego Goethego ważna, Ifigenia w Taurydzie – w której starał się przedstawić własną koncepcję mitu, własną obronę przed spospoliceniem języka, czy wreszcie własną koncepcję sprawiedliwości i kultury – nie wspominając już o wierszach czy pomniejszych utworach, byłyby dziełami niedojrzałymi literacko. Z tym nie możemy się zgodzić, twierdzi autor. Trzeba przyjąć koncepcję, że Goethe niemal od początku posiadał swój styl, który, owszem, zmieniał się, ale czy ewoluował? Niekoniecznie. Zmieniał się tak, jak zmieniał się człowiek. Goethe już w następnej epoce został przyporządkowany do określonego stylu i epoki, szybko stał się zramolałym klasykiem i równie szybko zapomniano, że sam był kiedyś buntownikiem.

Kolejnym poetą, którego Adorno broni przed jego własnymi wyznawcami, jest Hölderlin. Autor o ciekawej biografii, która stanowiła jedyny może czynnik ratujący go od zapomnienia (bo cóż tak przyciąga czytelników, jak skandalizująca lub przynajmniej wzruszająca legenda towarzysząca twórcy?), przez wiele lat był traktowany nieco po macoszemu. Ukryty za sławą innych wielkich, niezrozumiany, traktowany jak poeta drugiego gatunku, dobry może dla młodych szalonych, ale nie dla szanujących się teoretyków literatury. Wydobyty z cienia, zostaje od razu wepchnięty do szuflady. Jak zwykle, pojawia się ktoś, kto uzurpuje sobie prawo do stwierdzenia, że wie, „co poeta miał na myśli”. Taka absolutnie jednoznaczna interpretacja poezji jest niemożliwa, tym bardziej w wypadku twórcy, który, jak Hölderlin, przez wiele lat cierpiał na chorobę psychiczną – twierdzi Adorno.

Zbiór esejów Adorna jest bardzo ciekawą, choć niełatwą, pozycją dla wszystkich zainteresowanych innym spojrzeniem na literaturę. Oprócz wymienionych prac, pojawiają się też eseje o zniesławionym przez krytyków Heinem, Hofmannsthalu czy Krausie. Lektura dla wszystkich, którzy zawsze mieli poczucie, że poeta właśnie nie myśli tak, jak komentator jego dzieł, ale także dla tych, którzy zdają się tego nie dostrzegać.

Anna Matraszek

Theodor W. Adorno, O literaturze. Wybór esejów, wyb. Lech Budrecki, tłum. i posł. Anna Wołkowicz, SW Czytelnik, Warszawa 2005, seria: Nowy Sympozjon.

Pedagogika z filozofii wywiedziona

Okładka

Książka podejmuje złożone i istotne zagadnienie „źródeł podejść do pedagogiki”. W klarownym wprowadzeniu prof. Duraj-Nowakowa zaznajamia czytelnika z głównymi pojęciami rozprawy, dzięki czemu zostaje nawiązana lepsza komunikacja z czytelnikiem. I chociaż, jak zauważa, wprowadzenia są zwykle pomijane przez czytających, tym razem warto rozpocząć lekturę od analizy podstawowych pojęć. Pozwoli to na głębsze zrozumienie podejmowanych zagadnień oraz umożliwi wnikliwsze studia literaturowe omawianych problemów.

W swoim opracowaniu autorka wykorzystuje przede wszystkim źródła w rozumieniu teorii o „istocie, naturze i istnieniu człowieka”, do których zalicza teorie biologiczne, socjologiczne, filozoficzne, psychologiczne, stanowiące trzon wiedzy o wielostronnym rozwoju człowieka.

Układ treści monografii jest trójdzielny – w jej strukturze wyodrębniono rozdziały traktujące „o naczelnych paradygmatach poznawania w pedagogice” (rozdział 1), „trzech wielkich modelach poznawania świata” (wg M. Bungego) w kontekście pedagogiki (2) oraz „o pięciu wzorcach poznania” (wg A.J. Bahma) w pedagogice (3). W celu wprowadzenia czytelnika w analizę rozpatrywanych tu paradygmatów pedagogiki, autorka w pierwszym rozdziale dokonuje przeglądu i opisu paradygmatycznych sposobów opisu świata, rozpatrywanych następnie przez pryzmat jedno- i wielowymiarowych modeli naukowych poszukiwań wiedzy.

Rozdział drugi jest uszczegółowieniem trzech modeli poznawania świata i człowieka: animizmu, mechanicyzmu i systemizmu. Owe paradygmaty badań prof. Duraj-Nowakowa podaje i charakteryzuje wykorzystując klasyfikację Bungego, rozpatrując je na tle związków i zależności z psychologią, filozofią, etnologią, pedagogiką. Z omawianych w syntetyczny sposób paradygmatów wyłania się tendencja rozwoju podejść budowania i zdobywania wiedzy naukowej o człowieku i świecie, zwłaszcza w całościowym kontekście. Trzecia część publikacji zawiera charakterystykę pięciu paradygmatów poznawania świata w ujęciu Bahma: atomizmu, organicyzmu (biologizmu), emergentyzmu, strukturalizmu oraz holizmu. Porządek tego rozdziału wyznacza zarówno chronologia powstania i funkcjonowania na firmamencie nauki kolejnych modeli poznania, jak i autorska hierarchia ich prezentacji w kontekście spójności tworzących je założeń. Autorka nie tylko koncentruje się na analizie teoretycznych założeń paradygmatów, stara się także ukazać aspekty teoretyczno-praktyczne, czyli ich ewentualną przydatność w naukach edukacyjnych.

Z analizowanych tu wielkich paradygmatów poznawania naukowego prof. Duraj-Nowakowa wyodrębnia poszczególne ich aspekty do pedagogicznej refleksji. Dokonany opis i interpretacja wymienionych paradygmatów pozwalają czytelnikowi na wyraźniejsze dostrzeżenie wpływów na nauki pedagogiczne przesłanek, mających swe źródła w filozofii, socjologii, psychologii, antropologii.

Z lektury publikacji wyłania się preferowane przez prof. Duraj-Nowakową podejście całościowe. Autorka stoi na stanowisku integrowania w spójną całość różnych horyzontów myślenia, ułatwiając dzięki temu komunikację interpersonalną poszczególnych subdyscyplin pedagogicznych. Druga istotna idea, jaka wyróżnia się w niniejszej monografii, to „powrót w pedagogice do korzeni filozoficznych”. Filozofia postrzegana jest tu jako nauka scalająca wiedzę i traktująca ją całościowo – dostarczając narzędzi rozumienia rzeczywistości w jej holistycznym oglądzie.

Publikacja w czytelny i wyczerpujący sposób przybliża nam systemowy model studiowania pedagogiki przeniknięty filozoficznymi źródłami poznawania świata i człowieka. Może stać się on podstawą do kreowania nowych jakościowo idei, reformujących oblicze współczesnych nauk o kształceniu i wychowaniu.

Katarzyna Borawska-Kalbarczyk

Krystyna Duraj-Nowakowa, Źródła podejść do pedagogiki. Zarys problemów, Świętokrzyska Szkoła Wyższa, Wydawnictwo „Mediateka”, Kielce 2005.

O Warmii antropologicznie

Okładka

Obszary badawcze i pisarskie wybitnego germanisty Huberta Orłowskiego poszerzyły się w ostatnim okresie o problemy związane z jego rodzinną Warmią. Poznański uczony kontynuuje swoje zainteresowania polsko-niemieckim pograniczem kulturowym.

W Rzeczy o dobrach symbolicznych Orłowski zajął się antropologiczną analizą tekstów dotyczących warmińskiego fenomenu, jakim były uznane przez Kościół katolicki Objawienia Matki Boskiej w Gietrzwałdzie. Książka odbiega od dotychczasowych dociekań na ten temat. Autor zastrzega, że celowo pominął wymiar teologiczny, mariologiczny zjawiska (o Objawieniach pisali głównie duchowni). Orłowski odrzucił rolę sędziego, który miałby rozpatrywać prawdziwość albo fałszywość świadectw. Inspirując się pismami Pierre’a Bourdieu, zastosował takie kategorie opisowe (a nie wartościujące), jak: narracja, dobra symboliczne, myślenie relacjonalne, katalog pól.

Zagadnienie Gietrzwałdu Orłowski ujął lokalnie i ponadregionalnie. Dotarł do świadectw pisanych, dokumentujących przebieg zdarzeń w tej wsi między czerwcem a wrześniem 1877. Czytanie źródeł służy do odtworzenia „symbolicznego wymiaru zmagań »wokół Gietrzwałdu«”. Wyznacza je Kulturkampf, rozumiany jako państwowa walka przeciwko „politycznemu katolicyzmowi” w Królestwie Pruskim i Cesarstwie Wilhelma I. Swoją wagę mają też uwarunkowania lokalne – wydarzenia toczyły się w południowej części Warmii, zamieszkiwanej od stuleci przez polskich Warmiaków. Niektórzy z nich oraz ich kapłani (bez względu na narodowość) byli przez prusko-niemiecką władzę traktowani co najmniej podejrzliwie.

Novum w ujęciu „wydarzeń gietrzwałdzkich” polega na dostrzeżeniu zjawisk równoległych; w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX w. utrwalano „jedność niemieckiego »narodu pruskiego«”, protestanci polemizowali z ustaleniami Soboru Watykańskiego I. Rzesza wilhelmińska chciała mieć decydujący wpływ na życie kościelno-religijne. To na tym tle doszło do drastycznych represji duchownych i świeckich, związanych z wydarzeniami w „niemieckim Lourdes”, czyli Marpingen w 1876. Bardziej pokojowo przebiegła historia Objawień w Gietrzwałdzie. Jej „aktorzy” (biskup warmiński Filip Krementz i jego podwładni), jak stwierdza Orłowski, należeli do „prawdziwej elity intelektualnej” diecezji warmińskiej, w większości byli wychowankami ośrodka braniewskiego, a zarazem „lojalnymi obywatelami Prus i Cesarstwa”.

Badacz udowadnia, że „warmińskość”, etos oparty na „pobożności, skromności, pracowitości, prostocie”, są „dobrami symbolicznymi”, które „wygenerowały” obecny chociażby w literaturze topos „świętej Warmii”. Polscy i niemieccy Warmiacy, masy pątnicze z różnych stron (z Litwy, Kaszub, Galicji, zaboru rosyjskiego) dopełniły tego, że „»Gietrzwałd« przeistoczył się w ikonę nabożności ludowej”.

Mimo iż Orłowski nie wgłębia się w to, że krajobraz kulturowy tej północnej krainy na rubieżach Rzeczpospolitej określał w znacznej mierze kult maryjny na setki lat przed 1877, swoją książką inicjuje nurt antropologicznego myślenia o dziejach Warmii. Tym samym rozwija metodologię badań historycznych, która nie antagonizuje Polaków i Niemców.

Zbigniew Chojnowski

Hubert Orłowski, Rzecz o dobrach symbolicznych. Gietrzwałd 1877, Wspólnota Kulturowa „Borussia”, Olsztyn 2005, seria: Krajobrazy Pamięci.

Język, skrzypce i palec w uchu

Okładka

Postać Alberta Einsteina, starszego mężczyzny z wąsami i szopą siwych włosów, który pokazuje nam język, jest – obok wizerunku tańczącego Elvisa Presleya, Marilyn Monroe przytrzymującej słynną białą sukienkę czy Ernesta „Che” Guevary w berecie z gwiazdką – jednym z najbardziej znanych obrazów... popkultury. A popkultura ma to do siebie, że pokazuje nam jedną stronę zjawiska, a ludzi sprowadza do postaci ikon – kolorowych, ale płaskich. W swojej książce Abraham Pais podejmuje próbę przedstawienia nam trójwymiarowego obrazu jednego z największych naukowców wszech czasów.

W przeciwieństwie do poprzedniej książki (Pan Bóg jest wyrafinowany z 1982) autor kładzie nacisk na przedstawienie prywatnego życia uczonego. Brak tu już rozbudowanych wzorów fizycznych na każdej niemal stronie, a i Krótki wykład teorii względności dla laików jest faktycznie dla laików – nie zawiera wzorów i skomplikowanych obliczeń, a dowodzenie jest zrozumiałe nawet dla umysłów wybitnie niepodatnych na przyswajanie nauk ścisłych. Książka uzupełnia obraz naukowca o obraz człowieka, który wcześniej autor zaledwie naszkicował, jakby nie chcąc wchodzić głębiej w ten temat. Dwanaście lat później postanowił jednak, że przedstawi nam, jak żył geniusz fizyki.

Książka jest zbiorem fragmentów wywiadów prasowych, jakich udzielał Einstein (pojawiają się też artykuły pisane o fizyku już po jego śmierci), listów pisanych przez niego i do niego, wspomnień rodziny i przyjaciół, a także wspomnień samego autora, który – będąc fizykiem i przez wiele lat pracownikiem Instytutu Studiów Zaawansowanych w Princeton – znał osobiście twórcę najbardziej rewolucyjnego równania świata. I chociaż obraz, jaki odmalował w książce, nie wszystkim może się spodobać (albowiem, jak twierdzą niektórzy, nie powinno się deptać świętości), jest on, jak się wydaje, prawdziwy.

Poznajemy więc młodego Alberta, który pracuje w urzędzie patentowym i klepie biedę, a wraz z nim spotykamy jego pierwszą żonę Milevę. I tak natrafiamy na zagadkę. Co się stało z ich pierwszym, jeszcze nieślubnym dzieckiem, córeczką Lieserl? Biografowie do dziś łamią sobie głowę nad pytaniem: czy dziecko umarło, czy zostało oddane, bo od czasu listu, który pisze Einstein do przyszłej żony kilka dni po przyjściu pociechy na świat, nie ma o niej już najmniejszej wzmianki. Niedługo potem młodzi rodzice zaginionego dziecka biorą ślub, ale nie jest to udane małżeństwo, tak przynajmniej po latach twierdził Einstein. Kolejne też nie wydawało się lepsze, ale druga żona – Elsa była typem kobiety, która matkuje mężowi i nie wtrąca się do jego pracy, a Albert bardzo sobie cenił wygodę... Ojcem też chyba nie był najlepszym, zważywszy, że syna, przez wiele lat zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym, odwiedził zaledwie kilka razy.

Pewien dziennikarz zapytał raz Einsteina: „Na czym polega teoria względności? Czy mógłby pan ją tak wytłumaczyć, by zrozumiał ją najmniej pojętny człowiek?” „Tak” – odparł zapytany – „kiedy ja włożę panu palec do ucha, to obaj będziemy mieli palec w uchu”. Książka pozwala nam poznać takiego właśnie człowieka: zabawnego i ponurego, obojętnego wobec własnych dzieci, a rozwiązującego dzieciom sąsiadów prace domowe z matematyki, filozofa i muzyka w jednym. Skomplikowana osobowość, która nie pasuje do kanonu jednowymiarowej ikony. Ale czyż jednym z kluczowych słów tytułu nie jest „żył”, które czyni jednowymiarowość niemożliwą?

Anna Matraszek

Abraham Pais, Tu żył Albert Einstein, tłum. Marek Krośniak, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa.