ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Życie akademickie


Jedyną realną drogą osłabiania wpływu konkurencji bez obniżania jakości kształcenia lub z jej podwyższaniem są, przewidziane ustawą, związki szkół.

Porozumienia uczelni

Tadeusz Wojciechowski

Mimo teoretycznej nietypowości rynku edukacji wyższej, na którym celem nadrzędnym o społecznym charakterze powinno być dążenie do jak najszerszej i jak najlepszej edukacji społeczeństwa, oddziaływanie tego szczytnego celu nie jest i nie będzie w przyszłości tak silne, aby zasadniczo wpłynąć na osłabienie walki konkurencyjnej. Możliwości ograniczenia skali i złagodzenia instrumentów tej walki jest niewiele. Można raczej przypuszczać, że w miarę wzrostu liczby podmiotów rynkowych (szkół wyższych) i jednoczesnego zmniejszania się liczby młodzieży pomaturalnej (niż demograficzny, który trwać będzie przez co najmniej 8 następnych lat), dochodzić będzie raczej do sytuacji, w której podmioty zagrożone brakiem dostatecznego naboru sięgać będą po instrumenty promocji i antypromocji (w stosunku do konkurentów) wykraczające poza granice etyki biznesu.

Łatwiej w grupie

Przewidziane ustawą o szkolnictwie wyższym konferencje rektorów szkół zawodowych i szkół akademickich, grupujące większość uczelni, nie są płaszczyznami porozumienia niwelującego oddziaływanie konkurencji i wykorzystywanie niekorzystnych dla klientów instrumentów. Ta forma stowarzyszania szkół wyższych jest raczej potrzebna do reprezentowania ich wspólnych interesów (a także ich założycieli) wobec organów administracji państwowej i uzyskiwania możliwie najlepszych warunków funkcjonowania na rynku.

Jedyną realną drogą osłabiania wpływu konkurencji, głównie zresztą przez obronę przed silniejszymi podmiotami, a zarazem ograniczanie kosztów pozwalające na uzyskiwanie lepszej pozycji konkurencyjnej, bez obniżania jakości kształcenia lub z podwyższaniem tej jakości, są, przewidziane ustawą, związki szkół lub mniej sformalizowane porozumienia o określonych zakresach współpracy. Wbrew pozorom i niektórym negatywnym doświadczeniom „martwych” porozumień, mogą one być realną drogą uzyskiwania wspólnych korzyści dla wchodzących w ich skład podmiotów i zdecydowanej poprawy obsługi studentów, a zatem zmniejszania ryzyka wycofywania się przed ekspansją konkurencji. Mogą być też – i tego nie można wykluczyć – początkiem drogi do koncentracji szkół wyższych, do tworzenia szkół niepaństwowych o rozmiarach, kadrze, wyposażeniu i zasięgu pozwalających na ofertę realnie lepszą od oferty szkół państwowych.

W 2005 roku przedstawiłem trzem uczelniom z Warszawy i okolic koncepcję takiego związku lub porozumienia, które – być może – w 2006 lub 2007 rozpocznie działalność. Koncepcja ta zakłada zachowanie pełnej niezależności organizacyjnej i finansowej podmiotów, które deklarują jedynie wspólne podejmowanie określonych przedsięwzięć, mających na celu bezpośrednie obniżanie kosztów lub pośrednie – przez poprawę warunków i jakości kształcenia. Jakie to mogą być przedsięwzięcia?

Ułatwienia dydaktyczne

Przede wszystkim prowadzenie scentralizowanych zajęć z określonych przedmiotów dla wszystkich studentów (lub części) objętych porozumieniem szkół w przypadkach, gdy skala rekrutacji nie stwarza warunków opłacalności prowadzenia tych zajęć w poszczególnych szkołach. Dotyczy to oczywiście szkół o zbliżonych lub identycznych kierunkach studiów, w których plany i programy w znacznym stopniu (niekiedy niemal w całości) się pokrywają. W realnych warunkach Warszawy (i okolic), w której działa 60 szkół niepaństwowych, dotyczy to przede wszystkim kierunków: ekonomia, zarządzanie i marketing, finanse i bankowość, socjologia, administracja, bo te właśnie kierunki prowadzi ponad 80 proc. tych szkół.

Podobny, choć bardziej administracyjny charakter ma wzajemne udostępnianie sal wykładowych i laboratoriów komputerowych do prowadzenia scentralizowanych zajęć dydaktycznych. Czasem bowiem nie chodzi o wykładowców, których w objętych porozumieniem szkołach może być nawet nadmiar, ale właśnie o prozaiczny brak pomieszczeń w określonej szkole (brak własnego budynku, szkoła „na dorobku”, remonty itp.). W takich sytuacjach może pomóc inna szkoła, blisko zlokalizowana, udostępniając okresowo swoje sale, w zależności od porozumienia, nieodpłatnie lub taniej niż normalnie kosztuje wynajem.

Duży zakres możliwości współpracy dostrzegam w organizowaniu uzupełniających wykładów monograficznych poprzez wymianę wykładowców lub dopuszczanie do prowadzonych zajęć studentów ze szkół współpracujących. Brak urozmaicenia oferty dydaktycznej zarówno o związane z programem kierunku przedmioty do wyboru, jak i (tym bardziej) o przedmioty rozszerzające horyzonty wiedzy studentów (zwłaszcza z zakresu kultury, historii, polityki, stosunków społecznych), jest piętą achillesową polskich wyższych szkół niepaństwowych. Szczególnie relatywnie mniejsze szkoły, prowadzące tylko trzyletnie studia zawodowe, opuszczają absolwenci wprawdzie z formalnym wyższym wykształceniem w określonej specjalności, ale brak wiedzy i orientacji w innych dziedzinach często obiektywnie uniemożliwia zaliczenie ich do inteligencji.

Zbliżony charakter może mieć prowadzenie przez pracowników naukowych zatrudnionych w szkołach tworzących związek specjalistycznych seminariów dyplomowych, dostępnych dla wszystkich studentów tych szkół. Bywa tak czasem, że znany profesor prowadzi seminarium dyplomowe koncentrując się na ważnych, ale dydaktycznie trudnych problemach. W szkole, w której jest zatrudniony, tylko 2−3 studentów interesuje się tą tematyką. Ale na przykład w dwóch innych szkołach objętych porozumieniem może być jeszcze kilku studentów. Zbiera się grupa o rozmiarach prawidłowych z dydaktycznego (6−10 osób), a także finansowego punktu widzenia dla szkół, które opłacają jednego promotora tej grupy wg klucza ustalonego w porozumieniu.

Nie widzę też żadnych przeszkód, aby w szkołach zawierających porozumienie wykorzystywać wzajemnie mniej (z różnych przyczyn: wieku, zmian programu, mniejszej rekrutacji) obciążonych wykładowców, do recenzowania prac dyplomowych z innej niż macierzysta, uczestniczącej w porozumieniu uczelni. Może to przynieść, niezależnie od ewidentnego zmniejszenia kosztów, zwiększenie obiektywizmu recenzji, skrócenie ich terminów i tym samym stanowić wkład do poprawy jakości kształcenia.

Programy kształcenia

Kolejną możliwością uzyskiwania przewagi konkurencyjnej, a zarazem uzyskania korzyści z realizacji porozumienia o współpracy, jest wymiana planów i szczegółowych programów kształcenia oraz, ewentualnie, przygotowywanie niektórych programów do zastosowania we wszystkich współpracujących lub tworzących formalny związek szkołach. Wspólna praca nad programami oznacza, szczególnie w przypadku szkół o niewielkim potencjale kadrowym, że wymiana doświadczeń i dyskusje mogą mieć znacznie szerszy zasięg, wykorzystywać koncepcje nawet nielicznych, związanych z poszczególnymi szkołami autorytetów naukowych, pozwalać na uzyskanie „produktu” rzeczywiście wysokiej jakości. I w tym przypadku nie widziałbym nic „zdrożnego” w tym, że współpracujące szkoły powołują np. wspólną komisję dydaktyczną złożoną z kilku pracowników naukowych zatrudnionych w tych szkołach. Komisja może składać okresowe sprawozdania, lub formułować wnioski o zatwierdzenie wspólnych programów, senatom wszystkich współpracujących szkół.

Uzupełnieniem współpracy programowej może być wzajemne udostępnianie programów informatycznych związanych z kształceniem i zarządzaniem uczelniami tworzącymi porozumienie. Są bowiem w Polsce szkoły niepaństwowe, które dzięki pasji zawodowej kilku informatyków (czasem nawet jednego) osiągnęły tak wysoki poziom informatyzacji dydaktyki, a także zarządzania procesem dydaktycznym i administracją, że realnie konkurować mogą w tym zakresie zarówno ze szkołami państwowymi, jak i renomowanymi uczelniami zagranicznymi. W ramach porozumienia czy związku gotowe są dzielić się swoim dorobkiem z pozostałymi uczestnikami nie licząc na profity, ale licząc na równie bezinteresowną pomoc w innych dziedzinach.

Jednym ze sprawiających coraz więcej trudności zadań programowych są praktyki studenckie. Na studiach pierwszego stopnia praktyki są obowiązkowe, a w większości szkół źle organizowane, koordynowane i sprawdzane. Szkoły najchętniej reagują na propozycje studentów, że odbędą oni praktykę w firmie członka rodziny lub znajomych. Nie szkodzi, że firma nie ma nic wspólnego z kierunkiem studiów, że jej siedziba mieści się na drugim końcu kraju. Ważne jest tylko zaświadczenie, że student praktykę odbył. Oczywiście, nie chcę generalizować. Są szkoły, które praktyki organizują dobrze lub niemal doskonale, są głęboko zakorzenione w lokalnym środowisku biznesowym i administracyjnym i nie mają trudności ze zdobyciem firm chętnych do przyjęcia studentów, kontrolują przebieg praktyk i wymagają relatywnie obszernych sprawozdań z ich przebiegu. Właśnie dlatego łatwiej organizować pożyteczne praktyki w grupie współpracujących szkół, które mogą nawet powołać w tym celu wspólnie finansowane biuro organizacji praktyk.

Kadra dydaktyczna i badania naukowe

Delikatnym zagadnieniem jest współpraca szkół uczestniczących w porozumieniu, w zakresie gospodarki kadrowej. Niezbędne minimum kadrowe każda ze szkół musi oczywiście zapewnić we własnym zakresie, chociaż nie wykluczam ułatwień, np. w postaci wymiany informacji o możliwościach pozyskania utytułowanych specjalistów. Ale istnieje kilka sfer gospodarki kadrami, w których wzajemna pomoc może być znacznie szersza i pozwalać na ograniczenie kosztów. Zaliczam do nich przede wszystkim możliwość wykorzystywania utytułowanych pracowników jednej szkoły, zapewniających w niej np. minimum kadrowe do studiów II stopnia, do legitymizowania i prowadzenia studiów I stopnia w drugiej szkole. Dostrzegam też możliwość relatywnie taniej pomocy w sytuacjach, gdy np. konieczne jest (programowo) wprowadzenie określonego przedmiotu w jednym tylko semestrze, dla niewielkiej liczby studentów. Zaangażowanie wykładowcy „z rynku” na umowę−zlecenie na jeden semestr jest trudne. Ale jeśli w innej, stowarzyszonej szkole prowadzi on taki przedmiot, wówczas jest to dla niego tylko korzystnym rozszerzeniem działalności.

Kilka szkół może łatwiej niż jedna wygospodarować znaczące środki na badania naukowe i zachęcić kadrę do poszukiwania i realizacji interesujących i społecznie potrzebnych tematów. To, że na okładce opracowania podsumowującego wyniki badań figurować będą dwie, trzy czy cztery szkoły, nie powinno przeszkadzać nawet najambitniejszym kierownictwom tych szkół. Tym bardziej – z uwagi na szerszy oddźwięk marketingowy – powinno też im zależeć na wspólnym organizowaniu dużych, dobrze przemyślanych merytorycznie i organizacyjnie, konferencji naukowych. Konferencje organizowane przez kilka uczelni cieszą się zresztą zawsze większym powodzeniem, łatwiej przyciągają uczestników z kraju i zagranicy, mogą spowodować zainteresowanie prasy, a więc pośrednio przyczynić się także do zwiększenia popytu na studia w tych uczelniach.

Z badaniami naukowymi wiążą się ściśle możliwości wydawnicze szkół. Sądzę, że znaczne oszczędności, a zarazem usprawnienie działalności wydawniczej uczelni, można uzyskać przez scentralizowanie wydawnictw szkolnych, z zachowaniem zasady publikowania pozycji firmowanych przez każdą szkołę oraz stworzeniem możliwości publikowania wspólnych pozycji (np. pisma studenckiego). Zwłaszcza niewielkie szkoły mogą w ten sposób, wspólnie i niewielkim kosztem, stworzyć solidne wydawnictwo z profesjonalną obsadą redaktorską. Może ono być zlokalizowane w jednej ze szkół, dysponującej rezerwą powierzchni lokalowej i może być nadzorowane np. przez etatowego sekretarza porozumienia, którego rolę dalej przedstawiam.

Inne możliwości

Centralizacji przynoszącej zmniejszenie kosztów mogą też ulegać – bez uszczerbku dla poczucia samodzielności i odrębności szkół – takie zadaniowe komórki organizacyjne, jak np.: biura karier, działy czy osoby zajmujące się organizowaniem współpracy z zagranicą i poszukiwaniem możliwości uzyskania wsparcia z funduszy UE, organizatorzy zajęć z kultury fizycznej i organizatorzy uczelnianych drużyn sportowych itd. Warto nawet rozważać wspólne inauguracje roku akademickiego, szczególnie wówczas, gdy większość szkół uczestniczących w porozumieniu nie dysponuje własnymi budynkami.

Relatywnie prostym w realizacji, a zarazem korzystnym dla studentów zadaniem jest zorganizowanie wspólnej informacji o zasobach bibliotecznych, a także umożliwienie korzystania z bibliotek szkół objętych porozumieniem wszystkim studentom tych szkół. Odpowiednie zsynchronizowanie obsługujących biblioteki programów informatycznych nie powinno być dla szkolnych informatyków zbyt trudnym problemem. Studenci uzyskują dostęp do kilkakrotnie większych zasobów bibliotecznych, a przez wspólną politykę zakupów uzyskać można nie tylko znaczące oszczędności, ale także większe urozmaicenie oferty bibliotek.

Szkoły uczestniczące w porozumieniu mogą także inicjować i ułatwiać zorganizowanie wielopłaszczyznowej współpracy samorządów studenckich, poczynając od inicjatyw imprez okolicznościowych, a kończąc na dyskusjach, odczytach i swobodnym uczestniczeniu w działalności kół naukowych każdej szkoły.

Mam nadzieję, że wymienione płaszczyzny współdziałania szkół, które gotowe są wspólnie podejmować konkurencyjne wyzwania, są dostatecznie przekonywające, mimo że na pewno nie wyczerpują wszystkich możliwości współpracy. Warto jednak dodać jedno ostrzeżenie. Doświadczenie uczy, że wszelkie tego typu inicjatywy umierają śmiercią naturalną, jeśli nie ma osoby, która stale i intensywnie stara się realizować ustalone kierunki działania. Stąd też takie porozumienie musi ponieść niewielkie, wspólne nakłady przeznaczone na utrzymanie sprawnego sekretariatu, co najmniej sekretarza rekrutującego się spośród pracowników dydaktycznych szkolnictwa wyższego, wspomaganego „siłą pomocniczą”. Osoba ta musi być łącznikiem między kierownictwami podmiotów porozumienia, inspiratorem i organizatorem kolejnych posunięć.

Opór materii

Mimo oczywistych korzyści wynikających z tworzenia takich struktur, niektórzy potencjalni ich uczestnicy mają i zapewne będą mieli w przyszłości obawy i wątpliwości. Wynikają one z braku wzajemnego zaufania i obaw, czy porozumienie nie ograniczy jednak ich samodzielności i nie spowoduje zbyt głębokiego zaglądania przez partnerów do źródeł ich osiągnięć dydaktycznych i finansowych. Pokutuje też skłonność do działania na rynku w samotności i podchodzenia z nieufnością do innych, zwłaszcza konkurencyjnych podmiotów.

Te opory mają swoje źródła w fakcie, że niepaństwowa szkoła wyższa jest przedsięwzięciem gospodarczym ukierunkowanym na osiągnięcie zysku, pozwalającego nie tylko na rozwój utworzonej firmy, ale także na uzyskanie możliwie wysokich dochodów założycieli. Dochody te można zwiększać zupełnie legalnie przez ustalanie wysokich uposażeń dla kanclerzy czy prezydentów, przez zakup środków trwałych (także budynków) następnie wydzierżawianych szkole, przez dokonywanie ze środków szkoły zakupów sprzętu potrzebnego założycielom – poczynając od mebli, komputerów i samochodów – oddawanego im w stałe użytkowanie. W końcu także przez faktyczne, a niekiedy fikcyjne, zatrudnianie i opłacanie członków rodzin.

Komercyjna płaszczyzna działania niepaństwowych szkół wyższych powoduje, że niektórzy założyciele i ich bliscy współpracownicy traktują utworzoną szkołę wyższą jak przysłowiową fabrykę makaronu – szczycąc się nawet tym określeniem. Chętnie podejmują działania „restrukturyzacyjne”, jeśli zwiększają one zysk, nawet wówczas, gdy jakość produktu (zresztą – przyznaję – trudna do jednoznacznego sprawdzenia w szkolnictwie) ulega pogorszeniu. Ale nie dopuszczają możliwości, aby ktoś inny korzystał z ich doświadczeń, mógł oceniać ich posunięcia kadrowe, obserwował ich kondycję ekonomiczną i sposoby jej podtrzymywania. Z tą nieufnością i przekonaniem o własnej wyjątkowości zapewne wcześniej czy później polegną na konkurencyjnym rynku.

Oddajmy jednak sprawiedliwość i tym, którzy zakładali szkoły wyższe (podobnie jak średnie) z poprawą dochodów osobistych „w tle”, ale przede wszystkim z poczuciem misji. Przedstawiona w tym artykule koncepcja wzmocnienia pozycji przez zawieranie porozumień czy tworzenie związków, przede wszystkim ich dotyczy. To oni mogą czuć się zagrożeni narastającą konkurencją, bo utrzymanie jakości kosztuje, a zdezorientowany potencjalny student może wybierać tańsze oferty, nawet jeśli rankingi co innego mu podpowiadają. Może też kierować się zupełnie innymi kryteriami wyboru (bliskość terytorialna, opinia o łatwości studiowania, znane towarzystwo). Konkurencja dostawców na rynku edukacyjnym ma bowiem bardzo wyraźną specyfikę, zarówno z racji charakteru świadczonych usług, jak i segmentu nabywców. Ale na ten temat postaram się szerzej wypowiedzieć w odrębnym artykule.

Prof. dr hab. Tadeusz Wojciechowski, ekonomista, specjalizuje się w ekonomice przedsiębiorstw i marketingu dóbr produkcyjnych.