ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Książki


Książki

Czerwone księgi

Inicjatywa sporządzania spisów zagrożonych gatunków zrodziła się w Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN, obecnie WCU – The World Conservation Union). Pierwszą listę gatunków zagrożonych zestawiła Komisja Gatunków Wymierających IUNC w 1949 roku. Umieszczono na niej 13 gatunków ptaków i 14 gatunków ssaków. W 1966 ukazała się Czerwona księga gatunków zagrożonych. W jej ostatnim wydaniu z 2000 r. wymieniono już 5,4 tys. gatunków zagrożonych zwierząt i niemal 6 tys. gatunków roślin. Od tej edycji połączono w jedną publikację listy zwierząt i roślin. Także w 2000 r. eksperci IUNC doszli do wniosku, że papierowa wersja księgi w obecnych czasach jest niepraktyczna. Lista przybrała postać elektroniczną i jest aktualizowana każdego roku. Najbliższa aktualizacja nastąpi w maju.

Pierwsze polskie czerwone listy powstały w latach 80. XX w. Pierwszym opracowaniem o charakterze czerwonej listy jest raport z 1980 r. Stan fauny kręgowców i wybranych bezkręgowców Polski – wykaz gatunków, ich występowanie, zagrożenie i status ochronny (Studia Naturae, ser. A, nr 21), pod red. Zbigniewa Głowacińskiego. Zawiera on listę 624 taksonów kręgowców oraz wybranych 76 gatunków bezkręgowców. W 1986 ukazała się Lista roślin wymierających i zagrożonych w Polsce (red. K. Zarzycki i W. Wojewoda). Jej II wydanie (red. K. Zarzycki, W. Wojewoda, Heinrich) wyszło w 1992 r. Znalazły się w nim 2563 gatunki roślin, w tym: 1013 gatunków grzybów wielkoowocnikowych, 602 gatunki porostów, 418 gatunków roślin naczyniowych, 256 gatunków glonów, 136 gatunków mchów i 50 gatunków wątrobowców. Za wymarłe uznano 228 gatunków. Czerwona lista zwierząt ginących i zagrożonych w Polsce (red. Z. Głowaciński) ukazała się w 1992, a jej II wydanie – w 2002. Na liście tej figuruje 1299 gatunków, w tym 49 uznanych za wymarłe. Kręgowce są reprezentowane przez 117 gatunków, w tym 12 wymarłych, a bezkręgowce przez 1182 gatunki, w tym 37 wymarłych. Najliczniejszą grupą bezkręgowców są owady, spośród których na liście zamieszczono 991 gatunków. Mniejsze wymogi co do standardu opracowania poszczególnych taksonów powodują, że na listach umieszcza się ich znacznie więcej niż w księgach.

Pierwsza Polska czerwona księga zwierząt została opublikowana w 1992 (red. Z. Głowaciński). Kolejne wydanie ukazało się w dwóch tomach: Kręgowce w 2001, a Bezkręgowce (red. Głowaciński, Nowacki) w 2004. Okazuje się, że aż 114 spośród 455 rodzimych gatunków kręgowców jest zagrożonych wyginięciem, a 16 wyginęło lub wycofało się z granic naszego kraju. Gatunki wymarłe to tur i tarpan. Wśród tych, które znikły z Polski, są m.in. drop i sęp płowy, ale także jesiotr zachodni i jaszczurka zielona. Wśród bezkręgowców za zagrożone uznano 236 gatunków, w tym 1 gatunek pijawki, 2 gatunki skorupiaków, 5 gatunków pajęczaków, 198 gatunków owadów i 30 gatunków mięczaków.

Zdaniem autorów czerwonych ksiąg, system ochrony przyrody sprawdza się w naszym kraju w odniesieniu do zwierząt lądowych, natomiast zawodzi w przypadku ryb. W stosunku do pierwszego wydania Księgi usunięto z niej bobra europejskiego, wydrę, kormorana, smużkę leśną, gągoła, błotniaka łąkowego i kropiatkę. Wprowadzono natomiast kolejnych 10 gatunków ryb, co oznacza wzrost o 100 proc.

Polska czerwona księga roślin (red. R. Kaźmierczakowa i K. Zarzycki) ukazała się w 1993, a jej II wydanie w 2001. Obejmuje ona paprotniki i rośliny kwiatowe. W I wydaniu uwzględniono 206 taksonów, czyli 10 proc. krajowej flory naczyniowej, a w II – 296 taksonów, co stanowi 15 proc. flory naczyniowej. W Księdze wymieniono 31 gatunków całkowicie wymarłych, 7 gatunków wymarłych w stanie dzikim, 74 gatunki krytycznie zagrożone, 59 zagrożonych wyginięciem, 102 narażone na wyginięcie oraz 21 w kategorii niższego zagrożenia i 2 o nieznanym stopniu zagrożenia.

W przygotowaniu publikacji uczestniczyło kilkudziesięciu uczonych, a koordynacją prac zajmowały się Instytut Ochrony Przyrody PAN oraz Instytut Botaniki PAN z Krakowa.

(pik)

Polska czerwona księga zwierząt. Bezkręgowce, red. Zbigniew Głowaciński, Janusz Nowacki, Instytut Ochrony Przyrody PAN w Krakowie, Akademia Rolnicza im. A. Cieszkowskiego w Poznaniu.

Europejski rachunek sumienia

Pisze Tomasz Merta: Debata na temat totalitaryzmu została zamknięta, zanim na dobre się w Polsce rozpoczęła. Miłowit Kuniński przedstawia sytuację po upadku komunizmu w Polsce w następujący sposób: Upadły system polityczny traktowano jako przeszłość, do której nie warto wracać myślą, by nie przeżywać koszmarów. Koszmary jednak wracają, nierozliczone krzywdy pieką, a utrwalone przez lata zależności nadal dzielą Polaków. I o ile temat rozrachunku z przeszłością wraca ostatnio coraz częściej pod piórami publicystów, to naukowa refleksja w łonie nauk społecznych, zwłaszcza politologii, jest wciąż niewystarczająca. Mając tę świadomość grupa intelektualistów skupionych wokół inicjatywy Ośrodka Myśli Politycznej daje nam do rąk rzecz wartą poznania i przemyślenia. Książka zawiera kilkanaście esejów porządkujących wiedzę i rzucających światło na wiele interesujących kwestii. Godna uwagi jest zwłaszcza świeżość spojrzenia autorów, którzy nie tyle patrzą wstecz, ile w dzisiejszych realiach poszukują reakcji na przeszłość lub nawet swoistej kontynuacji minionych systemów.

Czytając tę pracę przechodzimy od pojęcia totalitaryzmu i jego nadużyć przez ideowe i intelektualne inspiracje zjawiska, szczegółowe analizy faszyzmu oraz nazizmu, aż po kwestię aktualności zagrożeń totalitarnych i dziedzictwa totalitaryzmu. Rzecz jest zatem przedstawiona w sposób kompleksowy – zawiera genezę i analizę zjawiska oraz jego dzisiejsze przenikanie i oddziaływanie. Wśród autorów odnajdujemy znakomite nazwiska filozofów, historyków, politologów, pisarzy i publicystów.

Sporo emocji budzi teza Kennetha Minogue’a, iż demokracja wcale nie musi być przeciwieństwem totalitaryzmu. Autor jest zdania, iż ustanowienie demokracji nie daje pewności zażegnania groźby systemu totalnego. Uważa, że opozycją i przeciwwagą dla totalitaryzmu jest indywidualizm. Jednak ten charakterystyczny dla zachodniego świata system łatwo może zostać wypaczony przez odrzucenie autorytetu sumienia i podważenie wiary w Boga jako punktu oparcia. W tak zdeformowanej wersji indywidualizm łatwo może ulec totalitaryzmowi – przestrzega autor.

Minogue mówi, że dzisiejsze społeczeństwo słucha samo siebie. Krok dalej idzie Ryszard Legutko w eseju Totalitaryzm i dusza ludzka. W jego opinii my – członkowie społeczeństwa indywidualistycznego, nie potrafimy dziś stworzyć „własnej, świadomej, względnie autonomicznej hierarchii tożsamości”. Zadanie to chętnie przejmują inni, zabierając w ten sposób ważną część nas samych. Legutko zwraca przy tym uwagę na ciekawe zjawisko: w społeczeństwach indywidualistycznych powstają całościowe ideologie (np. feminizm, ideologie homoseksualne czy młodzieżowe), które organizują najbardziej prywatne, niekiedy wręcz intymne sprawy jednostek. W ten oto sposób ludzie dobrowolnie poddają się pewnego rodzaju niewoli. A jeśli przyjmiemy, że owo poddanie się dyktatowi stanowi składnik totalitaryzmu, dochodzimy do wniosku, że walka z totalitarnymi pokusami jednostek lub grup trwa.

Z kolei Bronisław Wildstein zwraca uwagę na tendencję do akceptacji przez Europę ideologii lewicowych i usprawiedliwiania ich skutków. Nazizm został potępiony, a jakiekolwiek jego przejawy spotykają się z alergiczną niemal reakcją. Podobny proces nie dotyczy jednak komunizmu. Ostre słowa Wildsteina przedstawiające Europejczyków jako „sytą trzodę na sentymentalistycznym pastwisku”, którą rządzą „intelektualni i polityczni czuli pasterze” dają do myślenia. Kim są faktycznie owi „pasterze” i jakie według autora mają zamiary? Warto sięgnąć po książkę, aby poznać tę i wiele innych, ciekawych opinii.

Beata Maj

Totalitaryzm a zachodnia tradycja, pod red. Miłowita Kunińskiego, Ośrodek Myśli Politycznej, Księgarnia Akademicka, Kraków 2006, seria: Studia i Analizy.

Małpy w dżungli, czyli...

Ambitny menedżer czy samiec? Jeśli w pracy kierujemy się tylko rozumem i w pełni kontrolujemy nasz postbiologiczny świat, to... ulegamy złudzeniu. Richard Conniff w swojej najnowszej książce odsłania tę brutalną prawdę i podpiera ją porządnymi argumentami.

Od momentu, gdy ludzie opuścili dżunglę i przenieśli się do industrialnych metropolii, minęło sporo czasu. Ale czyż to oznacza, że utracili zwierzęce instynkty? Autor pokazuje, w jak dużym stopniu zwyczaje panujące w organizacjach przypominają reguły rządzące światem natury. Bo teraz rolę dżungli pełnią fabryki lub firmowe biura. I z każdym dniem stajemy się coraz bardziej podobni do współtowarzyszy niedoli. W korporacyjnej rzeczywistości nie ma miejsca dla samotnych wilków. Ubieramy się więc jak koledzy z pracy, używamy podobnego języka, ba!, nawet nasze emocje stają się zaraźliwe. Życie w grupie stanowi fundamentalną strategię przetrwania. Nawet za cenę wyrzeczenia się indywidualizmu. Zgodnie bowiem z regułami, które ukształtowały zachowania naczelnych już przed 30 mln lat, nie warto stać z boku, bo stado czy horda zapewniają ochronę przed drapieżnikami, resztki jedzenia, towarzystwo, poczucie przynależności do większej całości oraz... nadzieję na awans i wszystkie przywileje związane z władzą. Koczkodany iskają zatem samicę, która wykazuje największy spryt i ma duże szanse na objęcie władzy. Pozostałe ich nie interesują. Najedzone kurczaki zaczynają znowu jeść, gdy umieści się je razem z głodnymi ptakami. A ludzie? Choć na każdym kroku gotowi jesteśmy bronić własnego stylu, to w istocie żadne zwierzę nie naśladuje innych tak bardzo, jak my. „Małpujemy”, co zresztą często niesie za sobą czysto wymierne korzyści. Przypomnijmy sobie, ile razy, będąc w podróży, zatrzymywaliśmy się przy restauracji, na parkingu której stało dużo aut. Czyżbyśmy aż tak bardzo chcieli czekać na wolny stolik?

Conniff przekonuje, że jesteśmy zwierzętami społecznymi, których instynkt przynależności do grupy jest silnie rozwinięty. Do grupy, w której obowiązuje hierarchia, dająca poczucie bezpieczeństwa, dążenia do celu, a także wygodę. Charyzmatyczny lider koordynujący działania zespołu, to niemal pewność braku kłótni i utarczek. Podobnie jak w stadzie kur, w którym ustalony jest porządek dziobania, kwoki rzadziej walczą i znoszą więcej jaj.

Niesłusznie jednak zakładamy, że oznaką walki o dominację jest podniesiony głos. Znacznie ważniejsza wydaje się symbolika gestów. Kiedy dwie osoby patrzą sobie w oczy i jedna z nich odwraca wzrok, czyż to nie doskonały przykład walki o dominację? A większy gabinet, droższy samochód czy ubranie? Wszystko to służy zdobyciu przewagi.

Często rysuje się ona w sposób naturalny. I to dosłownie, bo wynika z... rysów twarzy. Prezesi firm wychodzą z założenia, że osoby o typowo męskim wyglądzie będą w stanie podjąć odważną decyzję, a te z dziecinną twarzą sprawdzą się w kontaktach z klientami. Zazwyczaj nie ma to żadnego logicznego uzasadnienia, bo w przyrodzie atrakcyjny wcale nie znaczy lepszy.

Conniff obala wiele takich mitów. Piranie to łagodne kociątka, które nigdy nie zabiły człowieka, a lew – symbol siły i władzy – kopuluje... 10 sekund. Lepiej więc, radzi z ironią autor, spuścić głowę z politowaniem, gdy następnym razem ktoś w naszym towarzystwie zechce szukać swego zwierzęcego odpowiednika. Albo kazać mu zawyć. W końcu naprawdę jesteśmy zwierzętami.

(karma)

Richard Conniff, Korporacyjne zwierzę. Jak zrozumieć bestię, która tkwi w każdym z nas, tłum. Piotr Amsterdamski, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2006.

Fatalna reputacja

Obecność Wandalów w Afryce Północnej to ledwie 105 lat. Ich państwo równie szybko powstało – na gruzach podbitej przez Rzym Kartaginy, a później utworzonych sztucznie Afryki Prokonsularnej, Numidii i Mauretanii Sitifeńskiej – jak i zgasło nagle na przełomie lat 533/534, nie wytworzywszy swoistej kultury czy specyficznych form władzy. Za to historia nader okrutnie obeszła się z Wandalami, urabiając im legendę szczególnej dążności do siania grozy i zniszczeń, którego niezatartym znakiem, choć grubo przesadzonym – zważywszy na poczynania innych ludów barbarzyńskich – miał być opis ich najazdu na Rzym w roku 455 i towarzyszące mu bezmyślne spustoszenie miasta.

Wandalowie w pracy Strzelczyka to wieczni tułacze, przemierzający Europę i Afrykę Północną. Autor najpierw szuka pierwotnych siedzib tego wschodniogermańskiego ludu. Wnikliwie przebija się przez poglądy nadzwyczaj analitycznej wprawdzie – i dzięki temu wartościowej dla nauki – lecz niekoniecznie prawidłowo wnioskującej niemieckiej szkoły historycznej czasów pruskich i III Rzeszy. Z Wandalami przechodzimy ich całą wędrówkę dziejową: od Skandynawii, przez Półwysep Jutlandzki, do ziem dzisiejszej Polski, następnie od Cisy i środkowego Dunaju, przez terytorium dzisiejszej Austrii, do Burgundii i Półwyspu Iberyjskiego, a stamtąd przez Gibraltar do ruin Kartaginy. Tu dokładnie poznajemy stosunki panujące w Afryce Północnej przed inwazją wandalską, przypatrujemy się powstaniu i rozkwitowi „imperium” wandalskiego za panowania Gejzeryka i nagromadzeniu się wewnętrznych konfliktów za jego następcy Huneryka oraz regres rządów kolejnych dwóch władców, prowadzący do upadku państwa.

Antyczne źródła umiejscawiają Wandalów na południowym brzegu Bałtyku, gdzieś na ziemiach polskich. Archeologia potwierdza ich zamieszkiwanie przez ok. 200−300 lat na Łużycach, Śląsku i w południowej części Małopolski. Pozostałością po nich jest tzw. kultura przeworska (II w. p.n.e. – początek V w. n.e.). Można też zauważyć zjawisko wypierania kultury przeworskiej z Mazowsza czy Podlasia przez kulturę wielbarską, reprezentowaną głównie przez Gotów. Ostatecznie Wandalowie wyparci zostali ok. 200 r. i osiedlili się w Małopolsce Wschodniej, skąd przeszli na Nizinę Panońską.

Goci byli głównymi popularyzatorami fatalnej reputacji Wandalów. Obydwa germańskie ludy dość długo sąsiadowały ze sobą, nie tylko na ziemiach polskich. Krwawe ich dzieje przeniosły się nad Cisę, do Galii i Hiszpanii. Goci na każdym kroku starali się przestrzegać inne ludy przed skutkami zadzierzgnięcia więzów z Wandalami. Wytworzyli źródła szkalujące sąsiadów, na które Wandalowie nie chcieli bądź nie potrafili zareplikować. Zresztą ich kultura umysłowa w państwie afrykańskim, mimo sprzyjających okoliczności, nie wzniosła się na szczególne wyżyny, pozostała odtwórcza wobec łacińskiej. Nie zachował się żaden zabytek piśmiennictwa północnoafrykańskiego, który byłby dziełem Wandala. Wandalowie wyjątkowo chwytali za pióro, a i wówczas powstawały głównie ariańskie traktaty, skutecznie eliminowane przez zwycięski obóz katolicki.

W przekazach źródłowych z X wieku Polacy niekiedy nazywani byli Wandalami. Z sytuacją taką spotkać się można w Miracula Sancti Oudalrici, mało znanym opisie cudów Udalryka, biskupa Augsburga. W dziele wspomniany jest Mieszko I jako: „dux Wandalorum, Misico nimine” (książę Wandalów imieniem Mieszko). Nierozwikłana pozostaje również etymologia imienia księżniczki Wandy/Wądy, córki Kraka, która skoczyła do Wisły i od której imienia rzeka miała otrzymać swą nazwę.

Bogdan Bernat

Jerzy Strzelczyk, Wandalowie i ich afrykańskie państwo, wyd. II, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2005, seria: Rodowody Cywilizacji.

Kant w republice uczonych

Steffen Dietzsch najnowszą biografię Immanuela Kanta zbudował przeważnie z cytatów dokumentów epoki. Ułożona z nich mozaika przedstawia królewieckiego filozofa jako człowieka poddanego mechanizmom i procedurom życia społecznego i politycznego, a nade wszystko uniwersyteckiego. Autor dotarł do niezbadanych źródeł, które dotyczą działalności Uniwersytetu w Królewcu (znajdują się one m.in. w Archiwum Państwowym w Olsztynie, o czym mało kto wie). Biograf rekonstruuje losy Kanta, ustalając jego pośrednie lub bezpośrednie związki z procesami zachodzącymi w Królewcu, Prusach Wschodnich i całym państwie pruskim oraz w Europie. Można by rzec, że prowincjonalna Albertyna, konserwatyzm, ewangelicki „fundamentalizm”, podporządkowanie się monarchii absolutystycznej nie zapowiadały ukształtowania się na krańcach cywilizowanej Europy filozofii krytycznej. Poza tym, Kant jako chłopiec nie wykazywał wyjątkowej chęci do nauki – według anegdoty wolał kopać piłkę niż myśleć o obowiązkach szkolnych.

Dietzsch unika kategorycznych wyjaśnień. Podaje fakty, które mogą być podstawą do udzielania odpowiedzi. Co prawda, nigdy nie będą one ostateczne, ale materia biografii jest zazwyczaj tak delikatna i wieloznaczna, że ostrożność w ferowaniu sądów trzeba uznać za cnotę biografa. W każdym razie czytelnik znajdzie w książce wielość faktów, które umożliwią rozsupłanie niektórych zagadek na temat Kanta i jego otoczenia, a także kulturowych źródeł jego metody myślenia. Ono przecież jest filozoficzną rzeczywistością królewieckiego profesora. Jego wielbicieli zastanawia np., że całe swoje życie spędził w rodzinnym mieście. Nie do końca potwierdzają to fakty. Kant opuszczał Królewiec. Pod koniec 1765, w uciążliwych warunkach zimowych, udał się do garnizonu w Gołdapi, w 1770 do Braniewa. Dietzsch nie podaje, że filozof przebywał w młodości pod Morągiem. Jakkolwiek słusznie stwierdza, że Kant „w sensie umysłowym i duchowym był zawsze w drodze”. Nie skusiły go intratniejsze i bardziej prestiżowe profesury w głębi Niemiec. Może ta zasiedziałość w jakimś stopniu wynikała z postanowienia króla, aby poddani studiowali w miejscu zamieszkania, a więc i swoje życie wiązali ze stronami rodzinnymi.

Kreśląc hierarchię Uniwersytetu Królewieckiego i sposób jego funkcjonowania, Dietzsch pokazuje świat dość egzotyczny, jakby uśpiony umysłowo. Zdaje się odsłaniać antynomie, których obecność w społeczności miasta nad Pregołą mógł dostrzegać sam Kant. Był on dyskretny w krytykowaniu wprost, ale skonstruował „ideę uniwersytetu jako centrum umysłowego i duchowego życia narodu”. Upominał się o swobodę badań, bezwarunkową jawność i wolną od cenzury publicystykę. Wynikało to wprost z istoty filozofii krytycznej. Warto w tym miejscu wyrazić ubolewanie, że Dietzsch w swoim dyskursie biograficznym marginalizuje etykę Kanta. Przecież myślenie konotuje nie tylko podważanie i rugowanie fałszu, ale zarazem trud brania odpowiedzialności za to, co jest pomyślane i upowszechniane.

Nowa biografia Kanta uzmysławia wiele zdarzeń, które z jednej strony doprowadziły w jakiś sposób do powstania filozofii krytycznej, a z drugiej zapobiegły jej zapomnieniu. Portretuje filozofa na różnych etapach jego życia, poznajemy go jako wykładowcę, dziekana, rektora, publicystę, człowieka prywatnego. Nie można oprzeć się wrażeniu, że biograf pragnie uchwycić coś więcej niż tylko przebieg życia genialnego myśliciela. Chce zobaczyć go oczami świadków i uczestników epoki. Zrozumiałe, że byli nimi przede wszystkim obywatele republiki uczonych, w której umiłowanie prawdy nie zawsze wygrywało z pychą, urzędniczą bezdusznością, żądzą zysku, a także zwykłym niezrozumieniem.

Zbigniew Chojnowski

Steffen Dietzsch, Immanuel Kant. Biografia, tłum. Krystyna Krzemieniowa, Wydawnictwo Wiedza Powszechna, Warszawa 2005

Kod sukcesu

U podstaw moich rozważań leży założenie, że w obrębie polszczyzny (choć zapewne także w innych językach) istnieje swoisty lingwistyczno−kulturowy kod sukcesu – pisze Maja Wolny−Peirs we wstępie. Zauważa, że pod pewnymi względami przypomina on dawny język propagandy politycznej. Ale w Polsce jest pewną nowością, tak jak związana z nim koncepcja pozytywnego myślenia. Przeszczepienie ich na grunt polski, m.in. w postaci popularnych poradników, na początku musiało się wielu Polakom wydawać obce. Słowa „kariera” czy „sukces” kojarzyły się albo z nieuczciwością („kariera w partii”), albo z fikcją („sukcesy Polski na arenie międzynarodowej”). Od wieków promowane były skromność i „niewychodzenie przed szereg”. Charakteryzuje nas także „kultura narzekania” – jak nazywa ją, za Bogdanem Wojciszke i Wojciechem Baryłą, autorka – czyli niepisana norma przeżywania własnych stanów jako negatywnych. Maja Wolny−Peirs przytacza badania z 1992, według których tylko 23 proc. Polaków zgadza się z twierdzeniem, że w Polsce wypada głośno mówić o swoim szczęściu, a ponad dwa razy więcej przyznało, że Polacy lubią narzekać bez powodu. A jednak i my poddaliśmy się globalnej gonitwie za sukcesem.

Język sukcesu jest tworem epoki, w której sukces staje się najbardziej pożądaną wartością: To język codziennej komunikacji w dużych firmach, język szkoleń (treningów), kursów i poradników asertywności, korespondencji biznesowej, język listów motywacyjnych, ofert handlowych, ulotek i folderów promocyjnych.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza jest teoretyczna i zawiera przegląd myśli na temat języka i kultury. Autorka stworzyła również własną typologię języka sukcesu, zawierającą cechy: natychmiastowości i wyjątkowości (komunikat skierowany wyłącznie do mnie, „gorący” i zmuszający do szybkiej odpowiedzi), szablonizacji i logoizacji (słowa stają się frazesami), przyspieszonego tętna („żywiołowa” metaforyka wyrażająca ciągłe podekscytowanie), bliskości (używanie formy „ty”) oraz technicyzacji i profesjonalizmu (np. nagromadzenie terminologii naukowej i rzeczowników typu: dowód, teza, wynik).

W drugiej części badaczka analizuje 7 gatunków wypowiedzi, w których język sukcesu jest szczególnie wyraźny: listy motywacyjne, ogłoszenia o pracy, „misje i wizje” firm, reklamy bezpośrednie (pocztowe), wstępy do poradników popularnopsychologicznych, formuły autosugestywne (afirmacje) i horoskopy. Większość z nich pojawiła się w języku polskim stosunkowo niedawno (jedynie horoskop istnieje dłużej), choć można znaleźć ich starsze odpowiedniki. Możemy np. porównać dawne podania o pracę z popularnymi dzisiaj listami motywacyjnymi. W podaniach o pracę z czasów PRL widać postawę wiary w moc opiekuńczego państwa i „upraszania” się o przyjęcie do pracy, czyli występowania z pozycji osoby słabszej, mniej ważnej. Autor listu motywacyjnego ma przekonać odbiorcę o swojej wartości i użyteczności. Powinien chwalić się swoimi osiągnięciami i wykazać tzw. motywację do osiągnięć: Listy motywacyjne stanowią zapisaną, utrwaloną formę kreowania własnej tożsamości (...) w kategoriach pozytywnie wartościowanej idei sukcesu.

Przy lekturze tej książki nuży trochę struktura pracy dyplomowej. Autorka porusza jednak ważny i aktualny temat, dzięki któremu możemy uświadomić sobie jedną z cech dzisiejszego społeczeństwa – pogoń za sukcesem.

JZJ

Maja Wolny−Peirs, Język sukcesu we współczesnej polskiej komunikacji publicznej, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2005, seria: Akademia Polszczyzny.

Sudeckie budy

Nigdy nie przypuszczałem, że w Sudetach po śląskiej stronie (czyli w dzisiejszych granicach Polski) było przed wojną ponad 200 schronisk turystycznych! Taką informację znalazłem w książce Jacka Suchodolskiego, który stara się prześledzić wątki regionalne w architekturze tych obiektów. Kto z nas wie, że tradycja tak popularnych schronisk, jak Strzecha Akademicka, Pod Łabskim Szczytem czy Samotnia sięga XVII wieku – któż w tym czasie myślał o schroniskach w Beskidach czy Tatrach?

Początek sudeckim schroniskom dały pasterskie budy („baude”) i „strażnice” przy głównych traktach: Czeskiej Drodze czy Śląskiej Drodze. Pierwotnie były to rzeczywiście proste budynki, dzieła ludowych cieśli, zasługujące na swą nazwę. Z czasem, w miarę rozwoju turystyki, przebudowywane, niektóre z nich stały się obiektami monumentalnymi o wyszukanej architekturze. Dotyczy to także wspomnianych już najstarszych schronisk. Jednak tradycyjne określenie „budy”, które stało się w Sudetach synonimem nazwy „schronisko”, zostało zachowane zarówno w nazwach schronisk przebudowanych na duże hotele, jak i nowych hoteli górskich.

Prof. Suchodolski pokazuje wątki regionalne w architekturze schronisk: od „ludowych” początków, do świadomej kontynuacji regionalnej tradycji przez architektów. Przedstawia trzy stosowane rodzaje konstrukcji: zrębową/wieńcową, przysłupową oraz szkieletową/ryglową. Na przykładach pokazuje ewolucję konstrukcji, nawiązanie do starych wzorów nawet w obiektach murowanych (które okładano drewnem naśladując tradycyjny układ belek) czy elementy tradycyjne w dekoracjach i wystroju wnętrz. Wskazuje też liczne przykłady obcych (alpejskich) wzorów wykorzystanych w Sudetach. W okresie powojennym powstało bardzo niewiele nowych obiektów. Niestety, nie nawiązano do tradycyjnej architektury sudeckiej, przenosząc wzory z Podhala (tzw. bacówki PTTK) czy nawet tworząc w miejscach naznaczonych tradycją (Śnieżka) nowoczesne obiekty, źle wpisujące się w krajobraz czy – powiedzmy wprost – dewastujące go.

Autor daje krótkie opisy poszczególnych schronisk, ale także pokazuje znaczenie rodzin właścicieli ziem, którzy nie tylko pozwalali na swoich terenach uprawiać turystykę, ale wspierali ją fundując schroniska, które trafiały następnie w dzierżawę do miejscowych. Niektóre rodziny prowadziły schroniska przez pokolenia – nazwy części obiektów pochodzą od nazwisk właścicieli i dzierżawców. Najgwałtowniejszy rozwój schronisk sudeckich przypada na koniec XIX i początek XX w. Projektowali je wtedy architekci, a niektórzy z nich, np. jeleniogórscy bracia Albert, wnieśli znaczący wkład w kształtowanie charakteru licznych budowli.

Prof. Suchodolski uważa za wielki błąd powojennych architektów i władz to, że nie zachowały charakteru sudeckich schronisk, pozwalając na ich dewastację (liczne przykłady w książce), zmieniając przeznaczenie. Dziś niewiele ponad 40 z dawnych 200 schronisk pełni tradycyjną funkcję. Znaczna część uległa dewastacji i zniszczeniu, niektóre pełnią inne funkcje.

Praca Jacka Suchodolskiego to nie tylko ogromna skarbnica wiedzy na temat architektury schronisk sudeckich. Wnosi ona istotny wkład w poznanie i usystematyzowanie ich historii oraz w badania nad dziejami turystyki w Sudetach. Powinna zainteresować regionalistów, architektów, a także środowisko turystów i przewodników sudeckich.

Piotr Kieraciński

Jacek Suchodolski, Architektura schronisk górskich w Sudetach, Oficyna Wydawnicza Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 2005.