Książka Krasnodębskiego, profesora socjologii uniwersytetów w Bremie i Warszawie, składa się z esejów publikowanych w ostatnich latach w polskiej prasie. Jest próbą przebudzenia naszej inteligencji z umysłowej drzemki i głosem w dyskusji o tym, jak ma wyglądać polska modernizacja. Głos to odosobniony, dyskusji takiej bowiem właściwie nie ma. Istnieje jeden powszechny apostolski model polskiej modernizacji i próby jego podważenia kończą się zwykle źle. W szablonie tym nie mieści się rozliczenie przeszłości komunistycznej ani ocena dziedzictwa ostatnich kilkunastu lat. Nie mieści się także inna wizja przemian i publicznej nad nimi debaty, a poglądy odmienne od dominujących są przesuwane na margines. Krasnodębski podważa narzuconą normę nowoczesności: jednowymiarowej, imitacyjnej, wypranej z tradycji, pozbawiającej nasz kraj własnej drogi. Odrzuca zakorzenione w naszej drzemiącej publicystyce opozycje: nowoczesność – tradycja, historia – współczesność.
Najwięcej mówi o elitach: o ich zapóźnieniu, którego symptomem jest orientacja na ośrodki zagraniczne i identyfikacja raczej z nimi niż z własnym społeczeństwem. To zjawisko właściwe krajom Trzeciego Świata, czego nie rozumieją ci wszyscy, którzy z szyderstwem i pogardą odnoszą się do „moherowych beretów”. Podzielone konfliktem kulturowym społeczeństwo i jednomyślne elity to sytuacja nienormalna – powiada autor.
Pisząc o patriotyzmie stwierdza, że bycie Polakiem, członkiem narodu kiedyś podbitego, dziś niezbyt cenionego, jest szczególnie trudne, trudniejsze niż bycie Francuzem, Węgrem, nawet Niemcem. Polską elitę kulturową dręczy przy tym kompleks niższości. Polubmy i doceńmy siebie – mówi – wtedy i inni nas polubią.
Inteligencję akademicką zainteresują te partie książki, które odnoszą się do spraw uniwersytetu i życia intelektualnego. Autor pisze o braku autorefleksji w humanistyce po roku 1989, pyta, czy rzeczywiście można dziś tak samo jak dawniej mówić o filozofii społecznej, pomijając tylko – cytowane kiedyś z entuzjazmem – nazwiska Lenina, Lukacsa i Althussera. Dyskusja o stanie nauk humanistycznych i ich związku z komunizmem się nie odbyła. Wstydliwie i z ulgą upchnięto w kąt kompromitujące dziś książki i artykuły, nikt nie został zwolniony z uczelni, nikogo publicznie nie skrytykowano. Inteligenci i tu drzemali.
Dorobek polskiej humanistyki po roku 1989 podsumowuje Krasnodębski w szkicu Lotność, ulotność, skostnienie i lęk. Diagnoza jest ostra, publicystycznie przejaskrawiona, ale ważna. Najsilniejszą stronę stanowi eseistyka, publicystyka, doraźna refleksja polityczna, kultura literacka i paraliteracka. Zdecydowanie gorzej jest, gdy chodzi o dyscypliny czysto akademickie – z wyjątkiem historiografii – pisze. Polskie życie intelektualne wydaje się autorowi ciekawsze niż niemieckie, wzrasta jednak jego wtórność. W Polsce przerabia się chętnie i interpretuje zachodnie idee, nie wprowadza się natomiast do ponadlokalnego obiegu uogólnień naszego własnego doświadczenia. Teorie mamy importowane, rodzimy jest tylko materiał empiryczny.
Walorem książki jest spojrzenie z zewnątrz, z perspektywy kogoś, kto wykłada w Niemczech i bierze udział w niemieckim życiu intelektualnym. Pisząc o romantyzmie i polskiej tradycji republikańskiej, ciekawie odnosi swe rozważania właśnie do kontekstu niemieckiego. Książka ożywcza i wciągająca.
O ile przedmowa i rozdział I rozbudzają apetyt czytelniczy na średniowieczną nagość, o tyle dalsza część książki serwuje już tylko odgrzewaną kompilację dzieł i artykułów innych badaczy.
Dlaczego akurat „ciało w średniowieczu”? To pytanie nasuwa się niemal automatycznie i autorzy książki od razu śpieszą z wyjaśnieniem. Dlatego, że historia jest odcieleśniona. Owszem, ukazuje ona wizerunki ludzi potężnych, królów, świętych i wojowników, z reguły wyolbrzymione i zmitologizowane, stosownie do aktualnych problemów i potrzeb, ale są one wyzute z ciał, zredukowane do symboli i figur. Cała masa ludzka falująca wokół tych „figur”, w dużej przecież mierze odpowiedzialna za chwałę czy upadek ważnych person, zazwyczaj określana jest mianem „pospólstwa” bądź „ludu”. Mimo że historię pisano z punktu widzenia zwycięzców, bardzo długo odarta była z ciała, z radości i nędzy. Autorzy chcieli więc przywrócić historii ciało, a ciału – nadać historię.
Brzmi to, trzeba przyznać, poetycko, a nawet erotycznie. Ale z poezją i erotyką książka niewiele ma wspólnego, chociażby dlatego, że powściągliwość i wstrzemięźliwość zaliczano w tej epoce do największych cnót, a rozpustę do najpoważniejszych spośród grzechów głównych. Grzech pierworodny, w Księdze Rodzaju mający postać pychy i ciekawości człowieka, w średniowieczu przeobraża się w grzech płciowości. Zatem wielkim przegranym nowej wersji staje się ciało. Jest ono wzgardzone, potępione i upokorzone. Papież Grzegorz Wielki nazywa je „wstrętnym ubiorem duszy”. Wzorem człowieka w społeczeństwie wczesnochrześcijańskim staje się mnich umartwiający własne ciało. Jest ono uważane za truciznę i więzienie duszy. Średniowiecze toleruje spółkowanie tylko pod warunkiem, że jedynym jego celem będzie prokreacja. Dla kościelnych intelektualistów cudzołożnikiem jest również zbyt namiętny miłośnik własnej żony. Wszelkie próby antykoncepcji są dla teologów śmiertelnym grzechem, a sodomia największą obrzydliwością. Homoseksualizm najpierw potępiono, później tolerowano (w samym łonie Kościoła wykształciła się kultura „gejowska”), po czym uznano za zboczenie porównywalne do kanibalizmu. „Dekret” ułożony w XI w. jako kontrola nad seksualnością małżeńską pyta małżonka, czy „kopulował od tyłu, modłą psów”, bo jeśli tak, to będzie musiał odbyć dziesięciodniową pokutę o chlebie i wodzie. Podobne kary „Dekret” przewidywał za sypianie z żoną podczas jej menstruacji, a nawet w niedzielę czy podczas zwykłych postów. Człowieka średniowiecznego rozszczepiono na dwie części: wyższą (rozum i duch) po stronie, rzecz jasna, mężczyzny i niższą (ciało, cielesność) po stronie kobiety. Pod wpływem Arystotelesa teolodzy uznawali kobietę za „nieudanego mężczyznę”. Nawet rozkwit kultu maryjnego nie przyczynił się do podniesienia pozycji kobiety.
Autorzy zwracają uwagę też na inne postrzeganie ciała w omawianej epoce. Jest ono miejscem paradoksu, podkreślają. Z jednej strony chrześcijaństwo ciągle je kiełzna, z drugiej zaś jest ono gloryfikowane poprzez cierpiące ciało Chrystusa.
W średniowieczu znikają stadiony, teatry i starożytne cyrki, jednak na placach publicznych, w snach i karnawałowym zgiełku ciało swawoliło w cieniu wiecznego postu. Szkoda, że autorzy Historii też nie pozwolili mu poigrać – zapewne przykładem średniowiecznych nakazów – na kartkach swojej książki.
Dlaczego ci, których ja serca staram się krzepić, chcą tak usilnie pozbawić mnie resztek optymizmu? – żalił się Sienkiewicz jednemu ze swoich znajomych w roku dwudziestopięciolecia swej pracy pisarskiej. Istotnie rok ten był dla niego trudny. Ciągłe wiece na jego cześć, przemowy, bukiety, wysadzane brylantami złote pióro, darowany przez wdzięcznych rodaków dworek w Oblęgorku. Wszędzie był przyjmowany jak bohater narodowy. Histeria, którą wywoływało jego pojawienie się, może być porównana jedynie do dzisiejszych zachowań fanów idoli popkultury. Był stale zaczepiany, nagabywany, obściskiwany, przytulany, okradany, obcałowywany. I nie dotyczyło to tylko Polaków. Około roku 1900 był najbardziej czytywanym i uwielbianym pisarzem Austrii, Francji, Niemiec, USA, Rosji, Hiszpanii, a nawet Anglii.
Był też jednak krytykowany za ciasnotę poglądów, nieścisłość historyczną, brak stylu, wyobraźni, brak poczuwania się do obowiązków polskiego pisarza. Nazwany został „pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym”. Przybyszewski odsądził go od czci i wiary za niezrozumienie nowych prądów literackich, a Świętochowski groził, że na grobie wykuć sobie każe: Tu leży bluźnierca, który nie wierzył, że „Ogniem i mieczem” jest najpiękniejszą, najwyższą, najlepszą powieścią. „Zazdrość” – podsumował sam Sienkiewicz już w 1884 rozprawę początkującego pisarza (chociaż rówieśnika) Bolesława Prusa, w której Skrzetuski nazwany zostaje: „Jezusem Chrystusem w roli oficera jazdy”.
Sienkiewicz, który urodził się w niebogatej rodzinie szlacheckiej, był od dziecka przeznaczony na lekarza. Na medycynie udało mu się wytrwać przez trzy miesiące, a potem – ku rozpaczy matki – zapisał się na wydział filologiczny. Studiów nigdy nie ukończył, ale otrzymał doktorat honorowy UJ za upamiętnienie fundatorki tej uczelni w Krzyżakach. Dorabiał potem trochę pisaniem do różnych dzienników warszawskich i zastanawiał się, skąd wziąć pieniądze na ślub z pierwszą Marią – Kellerówną. Nic z tego nie wynikło, bo ojciec panny stwierdził, że „z tego chłopaka nic nie będzie”. Panna odchorowała rozczarowanie, Henryk wyjechał do Ameryki jako przyboczny bard Heleny Modrzejewskiej. Pani Helena przeznaczyła go bowiem na piewcę swojej urody i talentu już w Warszawie, a w San Francisco chciała mieć w nim pochlebnego krytyka swego zamorskiego debiutu. Pisarz podpisał kontrakt z „Gazetą Polską” na druk Listów z podróży do Ameryki i bez żalu odpłynął do Kalifornii. Chociaż debiut pisarski miał już za sobą, dopiero Listy przynoszą mu sławę. W Ameryce powstają też Szkice węglem, które w kraju, nawet po ocenzurowaniu, zostają uznane za bardzo ostre. Po dwóch latach wraca do Europy. We Włoszech poznaje drugą Marię...
Stanisław Witkiewicz, przyjaciel Sienkiewicza z czasów młodości, stwierdził kiedyś, że dobrze, iż proza Henryka jest tak heroiczna, bo jego życia takim nazwać się nie da. Patrząc na słabość pisarza do kobiet, bicyklów i podróży można stwierdzić, że ojciec Witkacego miał rację. Ale czyż życie nieheroiczne nie może być pasjonujące? Józef Szublewski użył bardzo ciekawej formy, łączącej w sobie cechy kalendarium, felietonu, reportażu i klasycznej biografii, by pokazać, że Sienkiewicz miał może życie niebohaterskie, ale za to jakie ciekawe...
Podobno zbliża się właśnie schyłek epoki reklamy. Jej miejsce ma zająć public relations. Nie wierzycie? Badania prowadzone w USA pokazały, że o sukcesie wprowadzanych na rynek produktów decyduje wsparcie ich właśnie działaniami PR, m.in. współpracą z mediami. Czwarta władza w sferze marketingu urasta do rangi najważniejszej. Nie ma nic gorszego niż mieć przeciwko sobie prasę, radio i telewizję – sugerują autorzy. I trudno nie przyznać im racji.
Zasięg oddziaływania PR jest bardzo szeroki we współczesnym społeczeństwie, w którym komunikacja odgrywa rolę pierwszorzędną – przekonuje w jednym z rozdziałów Beryl Evans. Dlatego być może tak wiele trudności nastręcza samo zdefiniowanie opisywanego zjawiska. PR często błędnie kojarzony jest z reklamą, tymczasem, jak wyjaśnia Mary Lee Sachs w rozdziale otwierającym książkę, istnieje między nimi zasadnicza różnica. Jeśli bowiem reklamą jest to, co firma mówi o sobie samej, to public relations jest tym, co inni mówią o firmie. Lektura kolejnych stron przyniesie nam jednak kolejne elementy tej definicji: reputację, zrozumienie, aprobatę, aż po wpływ na opinie i zachowania.
Jak zatem skutecznie to osiągnąć? Podstawą są jasno określone cele. Konkretne przesłanie kampanii, jej termin, grupa adresatów, wreszcie wybór najwłaściwszego środka przekazu to elementy, od których zależy sukces. Samochody z megafonami są najczęściej najgorszym ze wszystkich stosowanych rozwiązań – pisze Nigel Lawrence. Dlaczego są więc stosowane? Cóż, jak sugeruje Terrence Collins, większość ludzi, niezależnie od tego, jaki zawód wykonuje, uważa siebie za ekspertów od public relations. Trudno ich przekonać do jakichkolwiek działań w tej dziedzinie. Oni myślą, że szczęście zawsze i tak będzie po ich stronie. Tak też sądzono w jednej z najbardziej znanych na świecie firm zajmujących się przetwórstwem paliw. Do momentu aż spółka znalazła się o krok od katastrofy. Reputacja została nadszarpnięta. Z pomocą najwybitniejszych specjalistów, zmieniono jednak podejście do wewnętrznego public relations i firma zdołała podźwignąć się z kryzysu.
Właśnie narzędziom wewnętrznego PR oraz PR w zakresie finansów poświęcono w książce sporo miejsca. Autorzy, praktycy i teoretycy z londyńskiego Instytutu PR, poruszają również zagadnienia związane ze sponsoringiem, współpracą z rządem i samorządem terytorialnym czy PR w organizacjach niekomercyjnych. To ostatnie jest zresztą szczególnie ciekawe, bo pokazuje, w jaki sposób działalność fundacji zajmującej się ludźmi starszymi, samotnymi, biednymi, mimo wszechogarniającej tabloidyzacji, może stać się centrum zainteresowania publicznego.
Książka pod redakcją Anne Gregory może uchodzić za elementarz adepta marketingowego rzemiosła. Nie ma w niej rewolucyjnych odkryć, wszak zgodnie z naczelną zasadą każdego „marketingowca”, żaden pomysł nie jest nowy. Za to tworzenie nowych konstelacji ze starych idei może być równie ekscytujące. Omówieniu każdego obszaru PR towarzyszą liczne przykłady autentycznych strategii, w których realizacji brali udział autorzy. To w dużej mierze uwiarygodnia ich przekaz. Z pewnością nie stanowią one gotowych recept, ale mogą być cenną inspiracją dla twórców kampanii w Polsce. Wszak tajemnica sukcesu nieodmiennie od lat polega na tym samym: dostarczyć właściwych informacji właściwym ludziom we właściwym czasie. Banalnie proste, nieprawdaż?
Pojęcie gospodarki opartej na wiedzy ma określać najważniejszy kierunek rozwoju światowej gospodarki w XXI wieku. Dla organizacji, nie tylko gospodarczych, wiedza staje się jednym z kluczowych zasobów, ale świadomość tego faktu, jak zauważa prof. Gołuchowski, nie jest jeszcze powszechna. Z tego powodu wiele do życzenia pozostawia zarządzanie wiedzą w działaniu różnego rodzaju organizacji, np. przedsiębiorstw. Celem książki jest ukazanie rozwiązań technologicznych możliwych do wykorzystania w systemach zarządzania wiedzą w sposób innowacyjny oraz wskazanie integracji technologii jako rozwiązania spełniającego oczekiwania kierownictwa organizacji w usprawnianiu procesów tworzenia, dzielenia się wiedzą, jej przetwarzania i wykorzystania.
Wiedza jest tu rozumiana jako istniejący w świadomości ludzi byt abstrakcyjny, powstający przez gromadzenie informacji o rzeczywistości. Istotnego w praktyce odróżnienia wiedzy od informacji i danych autor dokonuje w ujęciu semiotycznym, opartym na rozróżnieniu trzech płaszczyzn analizy znaków: syntaktycznej, semantycznej i pragmatycznej. Dane odpowiadają poziomowi analizy syntaktycznej, informacja – semantycznej, wiedza zaś – pragmatycznej. Informacja obejmuje więc także znaczenie, a wiedza uwzględnia zależność sensu od kontekstu. Tworzenie wiedzy to łączenie informacji z kontekstem i doświadczeniem w przetwarzaniu informacji i wiedzy.
Wiedzę można podzielić na niejawną, tzn. niewyartykułowaną, istniejącą jedynie w umyśle człowieka, oraz jawną, wyrażoną w postaci znakowej (zakodowaną). Rozróżnienie to jest istotne dla zastosowań technologii informatycznych do zarządzania wiedzą, te bowiem operują głównie na wiedzy jawnej. Przekazywanie wiedzy może się odbywać na wiele sposobów i dotyczyć obydwu rodzajów wiedzy. Zachodzą przy tym procesy konwersji, m.in. wiedzy niejawnej w jawną (ujawnianie, zapis) oraz jawnej w niejawną (uczenie się).
Wykorzystanie technologii informatycznych do zarządzania wiedzą może przyjmować różne formy, np. tworzenia i obsługi repozytoriów wiedzy, wspomagania komunikacji między ludźmi czy e−learningu. Stosuje się tu technologie baz, hurtowni i wydobywania danych, hipermedialnego zapisu i przekazywania informacji itp.
Autor wyróżnia cztery generacje informatycznych systemów zarządzania wiedzą. Systemy I generacji są ukierunkowane na dokumenty, zajmują się tylko dostępną w organizacji wiedzą jawną. Systemy II generacji stymulują ponadto tworzenie nowej wiedzy poprzez wspieranie komunikacji między ludźmi. Systemy III generacji, oferujące pełniejsze wspomaganie grup i zespołów roboczych w zakresie komunikacji i dostępu do obszernych źródeł wiedzy, oparte są na technologii portali korporacyjnych. Postulowane systemy najnowszej generacji powinny umożliwiać także „wychwytywanie” wiedzy wymienianej przez ludzi za pośrednictwem systemu, a także zarządzanie kompetencjami ludzi i zespołów, a więc wiedzą niejawną. Autor proponuje oparcie tych systemów na technologiach portali semantycznych z wykorzystaniem metod automatycznego przetwarzania wiedzy i technologii analizy języka naturalnego.
Książka ma szansę przyczynić się do bardziej efektywnego zarządzania wiedzą w przedsiębiorstwach, a także np. w uczelniach. Przy okazji wskazuje też problemy badawcze, których rozwiązanie przyczyniłoby się do znacznego postępu w dziedzinie informatycznego wspomagania zarządzania wiedzą.