Podróże z filozofią w tle to (na pozór) zbiór zapisków sporządzanych w ciągu kilkunastu lat przez ks. prof. Michała Hellera przy okazji jego podróży naukowych. Okazją do ich wydania jest przypadająca w tym roku siedemdziesiąta rocznica urodzin profesora, filozofa i astronoma, którego właściwie na łamach „Forum Akademickiego” przedstawiać nie trzeba. Każdy z dwudziestu kilku rozdziałów książki to historia jednej podróży, konferencji, spotkania. Każdy jest miniesejem, w którym autor wychodząc od zwykłych zdarzeń z podróży (opisanych z humorem i bogactwem spostrzeżeń) przechodzi do refleksji nad podstawowymi problemami filozofii, astronomii czy filozofii nauki, napisanej z pozycji, chciałoby się powiedzieć, nie tylko filozofa i naukowca, ale człowieka poszukującego, zmagającego się z trudnościami i czującego. Eseje te odsłaniają drugą, zwykle nieoglądaną, twarz profesora. Niekiedy dziwię się, że ja to „wiem”. Jak to jest, że przez tyle czasu „nie wiedziałem”, a teraz „wiem”? Gdyby tak można było zawsze mieć w polu świadomości wszystko, co się wie, i mieć jeszcze miejsce na zwykłe, codzienne wrażenia... Byłaby to niesamowita przyjemność.
Prof. Heller w całej swej twórczości wykazywał „tendencje jasnościowe” – niezwykłą przystępność wypowiedzi. W Podróżach widzimy źródła tej przystępności: ogromną pracowitość i stały namysł nad rzeczywistością. Spotykamy go notującego na bieżąco podczas konferencji naukowych, podczas prób zrozumienia granic dyskursu pomiędzy różnymi światami: filozofii i nauki, teologii i nauki, wreszcie wiary – niewiary. Każdy z nas, jeżdżących na konferencje, przeżywa podobne sytuacje: granice zrozumienia, zamknięcie we własnych ramach pojęciowych, zachwyt nad cudzą myślą, odmiennością poglądów, czasem trudną do wyobrażenia, trafnością sformułowań. Prof. Heller umie oddać te odczucia.
Ale to książka nie tylko o przeżyciach naukowca (choć ten aspekt jest ciekawy nawet z tego powodu, że w codziennym dyskursie naukowym posługujemy się funkcją informacyjną języka, a nie jego funkcją ekspresywną). W Podróżach pojawiają się liczne kwestie kosmologii i filozofii nauki: problemy wyznaczane tematami konferencji naukowych, w których profesor uczestniczył: Prawa przyrody a istnienie Boga, Skąd się wzięły prawa fizyki, Modele wszechświata czy w końcu (ostatni szkic) Ontologia relacyjna. Ogląd z perspektywy myśli patrystycznej. Prócz tego, sprawozdania z dyskusji (np. kulisy odbytej w bibliotece G. Mendla w Brnie telewizyjnej dyskusji z Richardem Dawkinsem na temat ewolucji), ale i notatki z wakacji w Sromowcach Niżnych, refleksje z dyskusji z ks. Tischnerem, z podróży do Moskwy, Japonii, z konferencji w Castel Gandolfo czy konferencji wittgensteinowskich w Kirchbergu.
I jeszcze jeden wątek: racjonalność teistycznego spojrzenia na świat. Jakiś czas temu byłoby nie do pomyślenia, żeby czynnie pracujący naukowcy odważyli się na zorganizowanie publicznego spotkania z filozofami i teologami, by wspólnie dyskutować o relacjach pomiędzy teologią a nauką. Myślenie w stylu pozytywistycznym nie tylko szczelnie otaczało naukową działalność, ale wciskało się do każdej szczeliny w rygorach naukowej metody. Heller całe życie argumentuje, że stanowisko teistyczne jest nie mniej racjonalne niż agnostyczny scjentyzm czy naturalizm. Dawkins był zaskoczony, że nie walczyłem z teorią ewolucji. Podkreślałem tylko, że sama ewolucja też wymaga wyjaśnienia. Biolog jest zadowolony, gdy prawa biologii zredukuje do praw fizyki. Ale co ma robić fizyk? Może najwyżej prawa fizyki zredukować do matematyki. I co dalej?
Badania naukowe powinno się prowadzić wyłącznie dla zaspokojenia własnej ciekawości – uważa Doreen Kimura, psycholog i neurobiolog. Krytykuje tym samym pewną naukową wybiórczość, która z powodu poprawności politycznej omija tematy uznane za niestosowne. Należą do nich te, które mogą obrazić pewne grupy ludzi, np. kobiety czy osoby otyłe.
Wspierając się wynikami badań, autorka książki promuje tezę, iż w zakresie zdolności poznawczych, rozumianych jako sposoby rozwiązywania zadań, między kobietami i mężczyznami istnieją różnice o podłożu biologicznym. Kimura polemizuje z podejściem socjologów uzasadniających istnienie owych różnic oddziaływaniem środowiska i wpływami wychowawczymi.
Przygotowaniem gruntu do wywodu badaczki jest szkic na temat ewolucyjnie uwarunkowanych różnic między obu płciami. Mamy bowiem za sobą długą historię podziału obowiązków. Mężczyźni angażowali się w polowania, specjalizowali się przy tym w rzucaniu różnego rodzaju przedmiotami. Kobiety głównie zajmowały się zbieractwem (pozyskiwanie pożywienia) oraz opieką nad dziećmi. Kimura uważa, że dzisiejsze różnice poznawcze między płciami mają źródło głównie w historii ewolucyjnej.
Następnym krokiem do lepszego zrozumienia omawianych zjawisk jest przedstawienie biologicznych różnic między kobietami i mężczyznami. Wreszcie badaczka przechodzi do omówienia konkretnych zdolności – motorycznych, przestrzennych, matematycznych, percepcji oraz zdolności językowych. Jaki obraz otrzymujemy? Okazuje się np., że pod względem zdolności motorycznych różnimy się znacząco. Mężczyźni o wiele lepiej sprawdzają się w zadaniach wymagających trafiania do celu (choćby gra w rzutki) lub przechwytywania przedmiotów. Z kolei kobiety szybciej niż mężczyźni wykonują sekwencje ruchów (przede wszystkim palcami).
Jeśli chodzi o zdolności przestrzenne, w większości testów pewną przewagę wykazują mężczyźni. W sytuacji poszukiwania drogi kobiety zazwyczaj muszą się nieźle napocić, by trafić do określonego punktu. Jako przedstawicielka słabej płci nieraz naraziłam się na krytykę, gdy nieudolnie szukałam jakiejś drogi na mapie. Drogie panie, proszę się nie martwić, jeśli byłyście w podobnej sytuacji. Następnym razem warto oddać mapę małżonkowi lub koledze i z uśmiechem oznajmić, że to jego ewolucja ukształtowała do takich poszukiwań. Wydaje się również, że podczas orientacji w terenie mężczyźni kierują się głównie geometrycznymi właściwościami przestrzeni, kobiety zaś wykorzystują charakterystyczne elementy otoczenia.
W testach zdolności wymagających rozumowania matematycznego lub rozwiązywania problemów znów prym wiodą panowie. Panie mogą się za to pochwalić lepszymi wynikami w zadaniach rachunkowych. Jeśli zaś chodzi o percepcję, to kobiety wydają się bardziej wrażliwe na bodźce zewnętrzne docierające ze wszystkich zmysłów oprócz bodźców wzrokowych. Tu lepsi są mężczyźni, kobiety natomiast lepiej szacują odległość od przedmiotów, mają także lepiej wykształconą zdolność zwaną szybkością postrzegania umożliwiającą szybkie porównywanie. Kobiety także przewyższają mężczyzn w umiejętnościach odczytywania wyrazu twarzy i mowy ciała.
Jak pisze sama autorka, jej książka jest adresowana do wykształconego laika. Napisana prostym i zrozumiałym językiem, stanowi ciekawą lekturę. Zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn.
Książka Alana Barnarda otwiera Serię Antropologiczną PIW−u. Autorka koncepcji i redaktorka naukowa tej serii Joanna Tokarska−Bakir, pisze w rekomendacji: Nasze nowe propozycje (...) nie tylko odegrały rolę w historii antropologii, ale wyznaczyły jej standardy, tym bardziej warte dziś przypomnienia, im bardziej wzrasta cywilizacyjny zamęt i załamują się tradycyjne kryteria osądu. Antropologia Barnarda jest historią tej dyscypliny, która – zdaniem autora – rozpoczęła się w XVII/XVIII w. wraz z uznaniem „umowy społecznej” za początek kultury i cywilizacji. Przejście od stanu naturalnego do społecznego, od natury do kultury, to newralgiczny punkt badań antropologicznych. Barnarda zajmuje jednak przede wszystkim chronologiczne i problemowe uporządkowanie teorii antropologicznych. Czyni to w sposób wyważony, a także z ostrożnością uczonego, który wie, że dawne i bardzo dawne idee niekiedy zachowują swą aktualność wiele dziesiątków lat po ich sformułowaniu.
Dzieje myśli antropologicznej pokazują, jak jej odkrycia przenikały do naszych wyobrażeń o ludziach i świecie. Antropologia ukształtowała w nas umiejętność dostrzegania człowieka i jego wytworów w wymiarze odmienności i różnorodności. Barnard uwidacznia nie wszędzie jeszcze przyjęte przekonanie, że antropologia jest czymś więcej niż wiedzą o tzw. pierwotnych kulturach. Dyscyplina ta rozwija się wciąż jako ciąg odpowiedzi na filozoficzne pytanie: kim jest człowiek?
W książce można znaleźć przesłanki do stwierdzenia, że antropologia zyskuje status królowej nauk humanistycznych. Co więcej, stwarza płaszczyznę do badań interdyscyplinarnych. Na historię antropologii składają się przecież osiągnięcia m.in.: filozofii, biologii, socjologii, etnografii, filologii, historii, krytyki literackiej. Konstatacje antropologów otwierają nowe perspektywy badań chociażby nad literaturą, o czym świadczą coraz liczniejsze prace z zakresu „antropologii literatury”.
Barnard konstruuje swój wykład tak, aby dzieje antropologii nie przemieniły się w obraz anonimowego procesu intelektualnego. Każda idea ma tutaj swojego, nazwanego z imienia i nazwiska, autora. Zwięźle i stosunkowo przystępnie zostały zreferowane teorie m.in.: Frazera, Durkheima, Malinowskiego, Radcliffe−Browna, Boasa, Lévi−Straussa, Geertza. Ponadto w myśleniu Barnarda relacja mistrz−uczeń nie jest literacką figurą, lecz realnym układem personalnym, wpływającym na dynamikę i jakość poznania naukowego.
Swój wywód autor oparł na analizie kluczowych teorii antropologicznych, na ewolucjonizmie i dyfuzjonizmie, funkcjonalizmie i strukturalizmie, omawiane są także: kognitywizm, relatywizm, feminizm, transakcjonizm itd. Barnard wykazuje, że im bardziej zbliżamy się do czasów współczesnych, w tym większym stopniu antropologia ma kłopot z utrzymaniem własnej tożsamości. Postmodernizm, wobec którego autor jest sceptyczny, stwarza potrzebę propozycji umiarkowanych i synkretycznych. Zamiast negacji dotychczasowych stanowisk, Barnard zgłasza „zgodę na zróżnicowanie podejść”. Chce on, aby korzystanie z bogactwa teorii antropologicznych było uzależnione od przedmiotu zainteresowań. Antropologia bowiem „pielęgnuje długotrwałą ciekawość”, odnosząc się do dwóch zasadniczych problemów: „zrozumienia natury ludzkiej i badania zróżnicowania kulturowego”.
Zbigniew Chojnowski
Alan Barnard, Antropologia. Zarys teorii i historii, tłum. Sebastian Szymański, wstęp Joanna Tokarska−Bakir, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006, seria: Seria Antropologiczna.
O Baumanie słyszał chyba każdy, kto choć trochę interesuje się socjologią. Ten światowej sławy filozof urodził się w 1925 w Poznaniu. W 1939 wyjechał do ZSRR. Ostatnie publikacje prasowe informują o niechlubnych kartach jego biografii. Od wstąpienia do LWP w 1944 Bauman pełnił funkcję oficera polityczno−wychowawczego. Z akt IPN wynika również, że w czasie wojny późniejszy pionier postmodernizmu służył w moskiewskiej policji, a w latach 1945−53 był oficerem komunistycznych organów bezpieczeństwa. W następnych latach dał się poznać jako krytyk komunizmu. W Polsce był związany z Uniwersytetem Warszawskim, po 1968 wykładał w Tel Awiwie i Hajfie, lata 70. to pobyt w Anglii i praca w uniwersytecie w Leeds.
Zygmunt Bauman jest znany jako jeden z twórców koncepcji postmodernizmu, czyli owej „płynnej nowoczesności”, o której traktuje omawiana książka. Mówiąc skrótowo – w swoim projekcie filozof odrzuca nowoczesność, której zwieńczeniem był holocaust i totalitaryzmy. Głosi m.in. relatywizm, wolność, rozwiązania cząstkowe, dotyczące konkretnych problemów, a także krótkoterminowość, która dotyka różnorodnych sfer życia, np. relacji międzyludzkich.
Autor zgłębia kilka ważnych kategorii – wśród nich indywidualność, czas, przestrzeń, pracę czy wspólnotę. Przez ich pryzmat kreśli charakter współczesnego człowieka oraz sytuuje go w specyficznym kontekście. Specyficznym, gdyż – jak się wydaje – poglądy Baumana, jego światopogląd i doświadczenie historyczne każą mu widzieć jednostkę w określony sposób. Nie bez kozery jest on nazywany intelektualnym patronem młodej lewicy. Dobór fachowej literatury, cytowanych filozofów (nader często spod czerwonego sztandaru), odwołań literackich i kulturowych ikon sytuują „baumanowskiego człowieka” w niepewnym świecie rozchwianych zasad, gdzie związki międzyludzkie są kruche, a ludzkie wybory determinowane tymczasowością i brakiem zakorzenienia.
Przykładem „człowieka baumanowskiego” niech będzie ten przedstawiony w rozdziale Praca. Życie zawodowe przenika dziś niepewność – pisze Bauman. Zatrudnienie jest krótkookresowe i niepewne, zasady regulujące drogi awansu zawodowego zatarły się lub ciągle się zmieniają. Wzajemna lojalność i zaangażowanie nie mają szans na rozwój. Morale pracowników oraz ich motywacja obniżają się. Bauman porównuje sferę zatrudnienia do pola kempingowego, które możemy w każdej chwili opuścić, jeśli tylko coś nam nie odpowiada. Kapitał hula jak oszalały po całym globie, narzucając swą wolę politykom (szkoda, że socjolog nie szuka odpowiedzi na pytanie, kto tym wszystkim rządzi i nakręca całą postmodernistyczną karuzelę). Elastyczny rynek pracy oznacza „potulną ludność, niezdolną lub niechętną do stawiania zorganizowanego oporu decyzjom podejmowanym przez kapitał”. Idźmy dalej – głównym źródłem zysków nie są dziś przedmioty materialne, lecz pomysły, które trzeba sprzedać konsumentom. Dochody zależą zatem od liczby konsumentów, a nie od producentów. Konsumpcjonizm święci tryumfy.
Diagnoza współczesnego społeczeństwa postawiona przez socjologa jest przygnębiająca. Człowiek „płynnej nowoczesności” zdaje się w niej pędzić ślepo ku... No właśnie. Ku czemu? Chyba tylko ku nicości. Czy faktycznie jesteśmy tak zdemoralizowani i opętani konsumpcją? Czy to domena sytych społeczeństw, do których uparcie dążymy? Czy może są środowiska, którym zależy, by taki styl funkcjonowania opisywać, analizować i promować? Odpowiedź należy do czytelnika.
Książka jest zbiorem wystąpień przedstawionych podczas II konferencji Rozwój e−edukacji w ekonomicznym szkolnictwie wyższym. Składa się z trzech części. Pierwszą stanowi wprowadzenie w problematykę e−edukacji. Przedstawiono w niej kwestię oceny jakości tego rodzaju kształcenia, jego rolę w strategii marketingowej uczelni, a także w systemie gospodarki opartej na wiedzy. Poruszono także wciąż nieuregulowaną kwestię prawa autorskiego do kursu e−learningu. Zdaniem M. Kroka, jest on dziełem najbliższym kategorii utworów multimedialnych. Powinien więc być prawnie chroniony.
E−learning to różnorodność form nauczania z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Niekiedy przypomina tradycyjne kształcenie i wymaga jednoczesnego zaangażowania nauczycieli i uczniów. Wykorzystuje jednak elektroniczne środki komunikacji, takie jak czat, komunikator, tele− lub wideokonferencja czy wirtualna tablica. W innej odmianie nie jest konieczne, by tworzyć pracującą w tym samym czasie grupę, ponieważ zdobywanie wiedzy odbywa się za pomocą poczty elektronicznej, forum dyskusyjnego, biblioteki e−książek itp. W e−learningu można stosować różne środki – radio, telewizję, komputer, Internet. Ten tryb nauczania jest coraz popularniejszy w polskich uczelniach. Jednak A. Wodecki przestrzega przed błędami, które popełnia się podczas wdrażania tego systemu w uczelniach. Jednym z nich jest chęć osiągnięcia zbyt wielu korzyści: W efekcie autorzy projektu nie mają jasno sprecyzowanych celów, a jedynie nieprecyzyjne wizje, co z kolei grozi klęską, w szczególności przekraczaniem budżetów i terminów. Korzyści z tego systemu kształcenia są bardzo duże i warto mieć ich pełną świadomość. To nie tylko poprawa wizerunku uczelni, ale również zwiększenie rekrutacji, udział w krajowych i międzynarodowych projektach badawczych oraz możliwość realizacji projektów komercyjnych.
W drugiej części znajdziemy propozycje rozwiązań technologicznych, metodycznych i organizacyjnych. Przedstawiono tu sposoby i standardy tworzenia materiałów dydaktycznych, ich rodzaje oraz technologie z nimi związane. Zawarto także praktyczne wskazówki na temat wykładów on−line, np. R.R. Gajewski z PW wymienia powody, dla których warto zmieniać pliki PPT na SWF (m.in. redukuje to wielkość pliku). E−learning to także komputerowy system egzaminowania, który omówiono z perspektywy studentów. Egzaminy tego rodzaju nie zostały przychylnie przyjęte przez egzaminowanych. Sprzeciwiano się m.in. losowaniu dla każdego studenta innych pytań, choć ta forma stosowana jest i podczas tradycyjnych egzaminów. Dla niektórych problemem było odpowiadanie za pomocą klawiatury. W wielu niepokój wzbudziła po prostu nowa formuła sprawdzania ich wiedzy, co przyczyniło się do większego stresu. Można go zmniejszyć, dostarczając wcześniej studentom wersję testową programu, by mogli „oswoić się” z taką formą egzaminu.
Trzecia część zawiera praktyczne przykłady wdrożeń i realizacji projektów e−learningowych, a także związane z tym problemy w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, SGH i UJ. Porównano tu nauczanie w klasie wirtualnej i tradycyjnej oraz omówiono rolę specjalistów od e−edukacji akademickiej. Zaproponowano także model wdrażania e−edukacji w państwowych szkołach zawodowych.
Eugeniusz Hull – historyk związany z olsztyńskim środowiskiem humanistycznym – odkrył, przedstawił i skomentował maszynopis Adama Chętnika Pod niemiecko−hitlerowskim obuchem. Chętnik, znany jako regionalista, badacz folkloru kurpiowskiego, muzealnik, działacz społeczny i polityczny, przedwojenny rzecznik złączenia Warmii i Mazur z państwem polskim, okazał się świadkiem i dokumentalistą życia społecznego Polaków w latach 1940−44.
Zapiski prowadzone przez kurpiowskiego regionalistę na 193 kartach mają „charakter materiałowy”. Hull sproblematyzował, uporządkował tematycznie oraz poddał z lekka krytycznej refleksji historycznej to konspiracyjnie sporządzone świadectwo. Książka jest rekonstrukcją nie zawsze heroicznego obrazu codziennych zachowań społecznych mieszkańców Warszawy i części Mazowsza. Dzięki faktografii i osobistej znajomości rzeczy Chętnika, patrzymy na życie pod niemiecko−hitlerowską okupacją bez przysłon i późniejszych mitów. Jednakże dokumentalista konsekwentnie nie dzieli się informacjami o własnym losie.
Zwraca uwagę ostra świadomość Chętnika, że celem restrykcji hitlerowskiego systemu okupacyjnego było upodlenie i moralno−fizyczne wyniszczenie narodu polskiego. Wiedza ta była tym bardziej bolesna, że autor Pod niemiecko−hitlerowskim obuchem był narodowcem, ale również człowiekiem wyczulonym na wszelkie przejawy naruszenia godności osobistej.
Znana jest praktyka łapanek, rozstrzeliwań, wywózek na przymusowe roboty do Niemiec lub obozów koncentracyjnych. Dokumentalista jednak wskazuje na negatywne zachowania Polaków, które nie pasują do stereotypu męczeństwa: „Na skutek niemieckiej propagandy, a przede wszystkim powszechnego niedostatku i wprost groźby głodu, zdarzały się dobrowolne zgłoszenia do pracy w Niemczech”.
Adam Chętnik dotykał zdarzeń historycznych, które po 1945 r. lub dopiero współcześnie są przedmiotem sporów (ich treść i temperatura rzutują na odzyskiwanie pamięci i tożsamości w dobie Polski suwerennej i demokratycznej). Na kartach jego książki zdawkowo lub szerzej przewijają się fakty dotyczące: kolaboracji Polaków z okupantem, Jedwabnego i w ogóle złożonych relacji między Żydami a władzą radziecką, Holocaustu, „wielkanocnego żydowskiego powstania” w getcie warszawskim czy wreszcie powstania warszawskiego.
Narodowe poglądy Chętnika nie oznaczają, że dostrzegał on jedynie Polaków katolików. Współodczuwająco rejestrował prześladowania ludzi. Odnotował m.in. Polaków wyznania ewangelickiego, którzy nie przyjęli statusu volksdeutscha, a w zamian tracili majątki, wolność lub życie.
Na podstawie dokumentalnych zapisów Chętnika omawia Hull rozmaite mechanizmy obronne społeczeństwa polskiego, zmuszonego do trwania „pod niemiecko−hitlerowskim obuchem”. Instynkt samozachowawczy wzbudzał nie tylko potrzebę zbrojnego organizowania się. Warszawiacy i mieszkańcy okolic stolicy wytworzyli formy życia (religijnego, obyczajowego itd.), które pozwoliły zachować polską tożsamość, ale jednocześnie przetrwać biologicznie. Nieocenioną rolę odegrał „okupacyjny humor”, który nabrał znaczenia czynu patriotycznego.
Można się zastanawiać, dlaczego Chętnik zaniechał dopracowania swej dokumentacji, gromadzonej przez kilka lat z narażeniem życia. Jeden z powodów tkwi w jego poglądach, które nie licowały z „racją stanu” Polski Ludowej.