Jeszcze nigdy nauka nie była tak skomercjalizowana. Profesorowie są przedsiębiorcami, laboratoria – prywatnymi folwarkami, a uniwersytety – targowiskami wiedzy. Czy i w jakich warunkach możliwy jest powrót do niewinności nauki?
Rozpocznijmy od diagnozy. Klasyczny model uniwersytetu, wyrażony w arystotelesowskim przesłaniu „wiedza jest cnotą”, odszedł w zapomnienie. Czas, gdy kierunki badań wytyczane były przez samych badaczy wydaje się tak odległy, jak pierwszy lot na Księżyc. Uczelnie przeszły metamorfozę i zaczęły wiedzę traktować jak generator zysków. Udział naukowca nie kończy się już na odkryciu, bo niczym biznesmen stał się on równoprawnym uczestnikiem rynkowej gry, której reguły wyznaczane są przez tajemnice handlowe, prywatyzację wiedzy i utylitaryzm odkryć. Czy komuś dziś opłaca się prowadzić badania, które nie przyniosą zysku? Nie. I dlatego naukowcy wolą pestycydy od naturalnych środków ochrony roślin, podobnie jak komórkowymi i genetycznymi uwarunkowaniami raka są bardziej zainteresowani niż czynnikami środowiskowymi.
Winy jednak nie ponoszą jedynie oni. To również problem instytucji, w których pracują oraz ich władz. Te, nawet jeśli zauważają patologie, wolą przymknąć na nie oko. Zamiast więc unikać konfliktów interesów, po prostu się nimi zarządza. Tam, gdzie w grę wchodzi konflikt między niezależnością uczelni a pieniędzmi, uczelnie zwykle rezygnują z tego pierwszego. Dlatego tak chętnie spółki biotechnologiczne wspierają akademickie projekty badawcze. Podobno jedna trzecia wszystkich firm z tej branży została utworzona przez kadrę naukową Uniwersytetu Kalifornijskiego – donosił swego czasu prestiżowy periodyk „Nature”.
Wbrew pozorom, Sheldon Krimsky nie jest przeciwny prywatnemu finansowaniu badań. Pyta bowiem nie o to, czy wiązać naukę z przemysłem, lecz jak robić to w sposób, który ochroni wartości akademickie, a krytycyzm, obiektywizm i bezinteresowną prawdę przede wszystkim. Problem, jego zdaniem, nie leży w tym, czy i kto udziela uczelniom dotacji, lecz w tym, że granty i umowy nie są oferowane za darmo. Najczęściej zapłatą jest pokierowanie projektem wedle potrzeb ofiarodawcy. Oznacza to opóźnianie publikacji wyników, ich selektywne opracowanie bądź, w skrajnym przypadku, nawet schowanie ich do szuflady.
Spory udział w przeciwdziałaniu tym procederom ma prasa naukowa. Wystarczy przecież ustalić restrykcyjne kryteria przyjmowania artykułów, obwarowane choćby oświadczeniem autora, które ma być gwarancją rzetelności materiału – radzi autor. Tyle że może to się skończyć zamknięciem pisma. Po wprowadzeniu surowej polityki redakcyjnej w tej kwestii, w ciągu 2 lat byliśmy w stanie opublikować tylko jeden artykuł na temat nowatorskiej terapii farmakologicznej – żalą się redaktorzy „New England Journal of Medicine”. Rzetelni naukowcy nie są niewolnikami mody. Ich prace rzadko trafiają na listy bestsellerów, ale znajdują miejsce w panteonie wiedzy – odpowiada Krimsky.
No właśnie, bo tak naprawdę najwięcej zależy od podejścia samych naukowców. Dopóki nie widzą oni niczego złego w chodzeniu na smyczy sponsora, dopóty o nauce pro publico bono możemy zapomnieć.
Tadeusz Drewnowski opatrzył swą książkę podtytułem Burzliwe życie pośmiertne Marii Dąbrowskiej. To bardzo chwytliwy zabieg, ale i zobowiązujący. Czytelnik bowiem ma prawo liczyć, że stał się posiadaczem materiału poznawczego, który skonsumuje rozkoszując się nowymi faktami, zaskakującymi, może nawet sensacyjnymi odkryciami. „Burzliwe życie pośmiertne” okazało się jednak burzą w szklance wody, na której, rzecz jasna, chciano zarobić. To logika niby zrozumiała, aczkolwiek dość przygnębiająca, biorąc pod uwagę, że prof. Drewnowski, autor m.in. monografii Marii Dąbrowskiej i edytor jej Dzienników, to postać znana i ceniona.
Dąbrowska zastrzegła w testamencie, że jej poufne dzienniki mogą być opublikowane w całości dopiero 40 lat po jej śmierci. Co prawda, zezwoliła na wcześniejszy druk fragmentów, ale ich wydanie ciągnęło się przez 18 lat. W 1970 roku to właśnie Drewnowskiemu powierzono dokonanie wyboru i opracowanie dziennika. Materiał był ogromny: 80 zeszytów i sterty maszynopisów, razem około pięciu i pół tysiąca stron. Praca musiała być długa i mozolna, zważywszy na przymusowe przestoje, pełną przeszkód produkcję i ciągnące się w nieskończoność korekty. Cały proces przypominał zapewne walkę z wiatrakami. W Wyprowadzce, ciągle w kontekście swoich zmagań, pisze: Miałem chyba prawo dostać kręćka. Skoro tak, po co jeszcze pogłębiać go nieustannym odgrzewaniem wspomnień, które w rozmaitych wariantach powtarzają się niemal w każdym artykule, felietonie czy wywiadzie zamieszczonym w książce.
Zbiór ma jednak jeden atut, jest nim imperatyw wnikliwej analizy Dzienników w opracowaniu Drewnowskiego. Edycja ta stanowi bowiem wartość niezaprzeczalną i jest rzeczywistym osiągnięciem nie tylko Dąbrowskiej, ale i samego badacza.
Przyjaciółka Dąbrowskiej, Anna Kowalska, przewidywała, że dziennik stanie się głównym dziełem autorki, która prócz tego napisała jakieś „Noce i dnie”. Drewnowski wątpi, co prawda, w takie proroctwa, ale warto mieć własny stosunek do tego typu spekulacji. Elżbieta Sawicka w błyskotliwej rozmowie z Drewnowskim, zamieszczonej również w zbiorze, przytacza profesorowi opinie zwykłych czytelników na temat Dzienników. To dość ciekawy fragment, bo ukazuje, że starsze pokolenie było po prostu zszokowane. Przez lata widziano w Dąbrowskiej osobę skromną, a nawet poczciwą. Rzeczywistość okazała się dalece odbiegać od wyobrażeń, stąd wielkie zdumienie z powodu intensywności życia osobistego pisarki i zaskoczenie ostrością jej sądów o bliźnich i rzekomym antysemityzmem. Zarzuty młodego pokolenia były zgoła inne: Dzienniki rozczarowują poziomem intelektualnym, są prowincjonalne i pospolite, godne co najwyżej gimnazjalnej nauczycielki. Dają też świadectwo życiowego konformizmu pisarki, szczególnie w okresie PRL.
Sawicka pyta również o portret Dąbrowskiej−kobiety, gdyż Dzienniki ukazują obraz kobiecości bardzo powściągliwej, prawie męskiej. Wyboru dokonał mężczyzna, mógł pewne rzeczy pominąć, uznać za irytujące, zbyt błahe i tym samym zniekształcić wizerunek Dąbrowskiej jako kobiety. Ale żeby to ocenić, wystarczy sięgnąć po Dzienniki, nie odwiedzając wcześniej ani potem „czyśćca”.
Tematem pracy jest rola Morza Czarnego w historii ludów i społeczeństw zamieszkujących jego wybrzeża od starożytności po współczesność. Nie chodzi tu tylko zresztą o wybrzeża. Morze niejednokrotnie było obiektem zapędów imperialistycznych Rosji czy Turcji, a swoje interesy miały tu także: Grecja, Francja, Polska, Wielka Brytania czy Niemcy.
Praca Kinga składa się z siedmiu rozdziałów, z których pierwszy przypomina zastosowaną nomenklaturę nawiązującą do szkoły Annales. W związku z tym znajdziemy tu też szeroką charakterystykę geograficzną środowiska opisywanego akwenu.
Kolejnych pięć rozdziałów jest chronologicznym ciągiem dziejowym. Rozpoczyna się on „odkryciem” morza przez Greków oraz opisem ich reakcji na zetknięcie się z ludami zamieszkującymi wybrzeża. Następnie historyk przeprowadza nas przez czasy oznaczone dominacją rzymską, bizantyjską, mongolskich ord, Rusi i Rosji, Turcji, ZSRR i obecnego państwa ukraińskiego.
Historię basenu Morza Czarnego King ukazuje w sposób niezwykle ciekawy. W dyskurs historyczny wplecione zostają anegdoty, współczesne i dawniejsze dane statystyczne, fragmenty źródeł (pamiętniki, listy, księgi pokładowe, raporty ekologiczne). Generalnie autor rezygnuje z opisu i analizy zdarzeń znanych z historii narodowych. Skupia się na tych zapomnianych, pragnie ukazać ich większą wagę w długim trwaniu. Dużą wagę przykłada do analizy mentalności mieszkańców wybrzeży. Możemy zatem zapoznać się z kuglarstwem Aleksandra z Abonutejchos (dziś Ýnebolu w Turcji), który ok. 150 roku umiejętnie kłamiąc, uczynił się wielkim prorokiem. Zadziwia także psychika Czerkiesek, ich parcie ku niewoli osobistej. Kobiety znalezione na pokładzie tureckiego statku i „uwolnione” przez rosyjski okręt wojenny, gdy dano im wybór: życie w Niemczech jako wolni ludzie albo przekazanie tureckiemu kapitanowi, który sprzeda je na targu niewolników w Konstantynopolu, jednomyślnie bez zastanowienia zawołały: „Do Konstantynopola – na sprzedaż!”
King mistrzowsko poradził sobie ze skomplikowaną mozaiką etniczną mieszkańców basenu Morza Czarnego. Rozróżnia i podaje szczegółowe charakterystyki poszczególnych diaspor żydowskich, analizuje przyczyny wielkiego powrotu Kałmuków do swej praojczyzny – Chin. Analizuje państwotwórcze tendencje narodów Naddnieprza, Abchazji, Górnego Karabachu czy Osetii Południowej. Liczbowo, ale i z ukazaniem bezsensu i grozy, przedstawia czystki etniczne nad Morzem Czarnym, które przeprowadzano z nasileniem od XVIII w.
Nie brak w książce akcentów polskich: od wspomnienia o imperialistycznych zapędach I Rzeczypospolitej, usiłującej zrealizować wizję państwa o terytorium „od morza do morza”, po ruch prometejski działający w Paryżu, skupiający emigrantów z dawnego imperium rosyjskiego, których celem były dążenia do uwolnienia ludów ciemiężonych przez Związek Sowiecki. Ruch działał dość prężnie zarówno przed I wojną światową, jak i w okresie zimnej wojny. Polska sanacyjna opłacała kampanie propagandowe i rekrutowała nie będących Rosjanami emigrantów z terenów ZSRR do polskich służb wojskowych i wywiadowczych.
Autor jest pesymistą co do dalszych dziejów morza. Źle ocenia działania BSEC (Black Sea Economic Cooperation) – organizacji powstałej w 1992 r. dla integracji państw nadczarnomorskich – w dążeniu do osiągnięcia stabilności ekonomicznej, ekologicznej i politycznej w regionie. Rzeczywiście, dzieje Morza Czarnego dowodzą, że ten, kto nazywa je przyjaznym – jak stwierdza wygnany przez cesarza Augusta w 8 roku n.e. Owidiusz – po prostu kłamie.
We Wprowadzeniu do filozofii religii Brian Davies podejmuje się odpowiedzi na pytania dotyczące stosunku filozofii do religii. Dominikanin, profesor Fordham University w Nowym Jorku, krok po kroku wprowadza czytelnika w problemy analizowane w filozofii religii obszaru anglojęzycznego. W tym kręgu myśli do filozofii religii zalicza się dwie dziedziny filozofii tradycyjnie rozróżniane w literaturze neoscholastycznej: filozofię Boga (teologię racjonalną) oraz filozofię religii (jako dział antropologii czy filozofii kultury). U Daviesa mamy zatem zarówno klasyczne problemy filozofii Boga, takie jak relacja filozofii do wiary, sposoby orzekania o Bogu, argumentacje za istnieniem Boga, problem: Bóg a zło, wiedza Boga a wolność człowieka, możliwość poznania Boga, możliwość zjawisk cudownych, argumenty dotyczące życia pozagrobowego, jak i problemy filozofii religii (np. zagadnienie doświadczenia religijnego lub relacja moralność a religia). Niewątpliwą zaletą książki jest to, iż autor nie zakłada u czytelnika wiedzy filozoficznej. To ważne, gdyż wiele zagadnień podnoszonych na gruncie filozofii analitycznej ma charakter wysoce specjalistyczny i wymaga znajomości toczonych w kręgu tej filozofii dyskusji. Wprowadzenie zaś jest dostępne poznawczo dla każdego niespecjalisty.
W filozofii religii (podobnie zresztą jak w całej filozofii) podstawowe znaczenie dla rozważań ma przyjęcie opcji wyjściowej. Od przyjętych założeń zależy bowiem większość rozstrzygnięć szczegółowych. Dlatego kluczowe dla książki są dyskusje z pierwszych jej rozdziałów (tzn. Filozofia a wiara i Mówienie o Bogu). W nich bowiem waży się kwestia: teizm czy agnostycyzm (lub ateizm). W pierwszym z nich Davies analizuje dwa typy argumentacji przeciwko filozofii Boga. Jedna to pozytywistyczna argumentacja za agnostycyzmem, wskazująca, iż zdania o Bogu są pozbawione (empirycznego) sensu ze względu na swą nieweryfikowalność lub niefalsyfikowalność – odpowiedzią na tę argumentację jest wykazanie, iż weryfikacjonistyczne kryterium sensowności jest zbyt mocne, nawet gdy idzie o „zwykłe” zdania dotyczące świata wokół nas. Z kolei druga argumentacja pochodzi od teistycznie nastawionych autorów protestanckich (np. K. Barth czy A. Plantinga), którzy krytykują teologię naturalną, wychodząc z tezy o zepsuciu rozumu ludzkiego po grzechu pierworodnym („Bóg filozofów” ma niewiele wspólnego z „Bogiem wiary religijnej”). Według nich, niemożność racjonalnego uzasadnienia przekonań religijnych nie musi dyskwalifikować tych przekonań. Drugim podstawowym kryterium możliwości filozofii Boga jest pozytywne rozstrzygnięcie kwestii o możliwość wypowiedzi o Bogu. W punkcie wyjścia są dwa pytania: czy można (i w jaki sposób) Bogu przypisywać cechy, które normalnie stosuje się do rzeczy naszego świata (problem analogiczności orzekania o Bogu) oraz czy wobec tego, iż Bóg tak bardzo różni się od świata dostępnego naszemu doświadczeniu, jakiekolwiek pozytywne mówienie o Nim jest możliwe?
Pozostałe rozdziały poruszają bardziej szczegółowe zagadnienia. Książka przedstawia klasyczne spory filozoficzne, ale w postaci współczesnej. Mniej miejsca autor poświęca przedstawianiu klasycznych (np. Tomasza z Akwinu) wersji argumentów. Język jest przystępny. Wydawca uzupełnił książkę o wykaz podstawowej literatury przedmiotu dostępnej w języku polskim.
Książka znakomitego historyka literatury i wybitnego organizatora życia naukowego Mieczysława Klimowicza jest czymś więcej niż tylko relacją z długiego, pracowitego i bogatego w dramatyczne doświadczenia życia. Czytelnik zyskuje pewność, że poznaje los pewnej formacji. Chodzi o „pokolenie akowskie”. To jego przedstawicielom przypadło w udziale uczestniczenie w najtrudniejszych przemianach XX stulecia. Intencja spisanych wspomnień jest określona następująco: Pragnę opisać ciekawsze wydarzenia, których byłem świadkiem, przedstawić możliwości i motywy ówczesnych wyborów, uwzględnić granice kompromisów, przed jakimi stawałem nie tylko ja, ale i każdy Polak dwudziestego wieku.
Wspomnienia Klimowicza prowadzą do rodzinnego powiatowego Sokala lat trzydziestych, do realiów służby wojskowej w Łucku, do obozu polskich jeńców wojennych w Talicach w głębi Rosji. Poznajemy fakty dotyczące okupacji sowieckiej i hitlerowskiej, a przy tym działalność konspiracyjną i zbrojną autora w ramach Podziemnego Państwa Polskiego.
Relacji profesora towarzyszy ukryta myśl, którą wprost wypowiedział pewien Niemiec. Stwierdził on, że Polacy jako naród dążą do samounicestwienia, bo poświęcają najlepszych spośród siebie. Ta romantyczna idea mimo wszystko sprawiła, że przetrwał zarówno polski naród, jak i jego kultura. Klimowicz dowodzi, że powinnością Polaka jest nie dać się upokorzyć i zabić, a w warunkach pokojowych zdziałać jak najwięcej pro publico bono. Patriotyzm, jaki wyłania się ze wspomnień wrocławskiego uczonego, nie jest ideologią ofiarnictwa czy obrzędowości, lecz konkretnych przedsięwzięć, które podnoszą poziom życia moralnego, umysłowego i społecznego.
Klimowicz barwnie opisuje kształtowanie się Uniwersytetu Wrocławskiego. Zwraca m.in. uwagę na to, że na tzw. Ziemiach Odzyskanych brakowało ludzi, dlatego w czasach stalinowskich i prawie do końca istnienia Polski Ludowej obowiązywały tu liberalniejsze prawa wobec tzw. wrogów ludu. Uzmysławia, że życie osobiste i zawodowe poukładało się tak, a nie inaczej, także dzięki zdrowym i rozsądnym więzom międzyludzkim. Dawały one szansę przetrwania i twórczej aktywności.
Gratkę nie lada stanowią wspomnienia z pobytów Klimowicza we Francji (można je czytać jako swego rodzaju instruktaż dla stypendystów przebywających na stażach zagranicznych). Materiał do historii nauki polskiej przynoszą przypomniane przez profesora dane o współpracy z badaczami zachodnioeuropejskimi, o dziejach Polskiej Akademii Nauk (w tym szczególnie Instytutu Badań Literackich). Niebagatelne jest sprawozdanie z „łagodnej rewolucji” w Uniwersytecie Wrocławskim. Przez całą księgę przewijają się miniaturowe, lecz trafne portrety osób, które autor spotkał na swojej drodze. Wiele z nich to wybitni polscy uczeni, np.: Tadeusz Mikulski, Jarema Maciszewski, Kazimierz Wyka.
Wspomnienia skłaniają do refleksji, że ważnymi współautorami procesów, które doprowadziły Polskę do ustrojowych zmian po 1989 roku, byli przedstawiciele „pokolenia akowskiego”. Zahamowali oni „procesy sowietyzacji” naszego kraju.
Prof. Klimowicz marzy, aby powstała książka o roli pokolenia akowskiego w odbudowie powojennej Polski.