ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
Problemy nauki


Cały model kariery naukowej w Polsce jest z ducha indywidualny, całkowicie pod prąd współczesnych tendencji nauki światowej, w której praca zespołowa od dawna już dominuje.

Niekorzystna  wieloetapowość

Marek Narkiewicz

Poprzedni minister nauki Michał Kleiber powiedział u progu swego urzędowania, że „tylko gruntowna reforma może uratować naukę polską” („Sprawy Nauki”, 2002/5). W toczących się dyskusjach przez „gruntowną reformę” rozumie się na ogół zmianę systemu finansowania, a zwłaszcza ogólne dofinansowanie badań naukowych. W dyskusjach prasowych wspomina się w tym kontekście również o czynnikach nieekonomicznych, m.in. o deprecjacji stopni naukowych lub o dominacji pokolenia starszych badaczy. Jestem przekonany, że korzenie kryzysu polskiej nauki tkwią jednak znacznie głębiej, a mianowicie w panującym, usankcjonowanym przepisami i zwyczajami, modelu kariery naukowej.

Gra indywidualistów

Cechą charakterystyczną tego modelu jest uparte i długotrwałe osiąganie kolejnych etapów kariery: od doktoratu przez habilitację po profesurę „prezydencką” (tytuł profesora). Dokonuje się tego nie tylko na skutek kumulacji rzeczywistych osiągnięć naukowych, ale przede wszystkim przez mozolne wypracowywanie kolejnych elementów życiorysu naukowego, a także żmudne zabiegi nieformalne i procedury formalne. Dorobek naukowy schodzi w tym wszystkim na plan dalszy. Przestaje być naturalnym efektem zaspokajania ciekawości poznawczej i twórczych poszukiwań, a staje się przedmiotem zabiegów, w tym np. „chodzenia” koło publikacji. Przy dążeniu do profesury mniej istotne jest wychowanie uczniów – spadkobierców naukowych, a bardziej – odfajkowanie choćby jednego doktoranta. Równie ważne jak sama praca badawcza staje się poparcie odpowiednich gremiów decyzyjnych – kierownictwa jednostek i rad naukowych/wydziałów. Te ostatnie w tajnych głosowaniach decydują o losie awansów naukowych, tak jakby można było demokratycznie rozstrzygnąć o wartości dorobku badawczego i dydaktycznego.

Produktem typowej polskiej kariery naukowej jest kandydat do tytułu profesora w wieku powyżej 50 lat, a w licznych przypadkach ok. 60 lat. Zważywszy na jeszcze wyższy przeciętny wiek polskich profesorów, nie dziwi dość powszechna opinia, że profesura jest godnym zamknięciem, ukoronowaniem kariery naukowej – nagrodą u progu emerytury.

Taki model kariery – widziany gołym okiem przez młodych adeptów nauki na licznych przykładach ich starszych kolegów – determinuje wzorce postępowania i szczegółowe motywacje już od szczebla doktorantów. Nastawiają się oni na „grę” w otoczeniu, gdzie dla osiągnięcia sukcesu często mniejsze znaczenie ma kreatywność w stawianiu sobie i rozwiązywaniu celów naukowych, a większe – umiejętność czerpania korzyści z różnych formalnych i nieformalnych układów oraz biegłość w zabiegach czysto biurokratycznych. W grze tej wynagradzany jest w istocie pewien rodzaj zapobiegliwości: mieszanina pracy naukowej i zabiegów układowo−formalnych, nierzadko przy dominacji tych ostatnich.

Inną konsekwencją polskiego modelu kariery naukowej jest wyraźne skrzywienie indywidualistyczne badaczy. Wymusza on jednostkowy styl działania w nauce – i nie chodzi tu jedynie o habilitację, której dość często taki zarzut się stawia. Cały model kariery naukowej w Polsce jest z ducha indywidualny, całkowicie pod prąd współczesnych tendencji nauki światowej, w której praca zespołowa od dawna już dominuje (mówimy tu zwłaszcza o naukach przyrodniczych, technicznych i medycynie, w naukach humanistycznych sytuacja jest być może nieco inna). Oczywiście, wszyscy znamy przykłady znakomitej pracy krajowych zespołów naukowych, pytanie tylko, o ile są zgodne z panującymi wzorcami, a o ile zaistniały wbrew nim.

Przepaść pokoleniowa

Można by wiele wybaczyć polskiemu modelowi kariery naukowej, gdyby rzeczywiście zapewniał skuteczne mechanizmy selekcji najlepszych, najbardziej twórczych mózgów. Tak jednak nie jest i to z powodów tkwiących w istocie samego modelu, zwłaszcza w jego skomplikowanej, sformalizowanej strukturze, uwikłanej w problemy „czynnika ludzkiego”. Intuicja i wyrywkowe obserwacje podpowiadają raczej tezę odwrotną: działają tu mechanizmy selekcji negatywnej. Mam na myśli trudne do policzenia przypadki jednostek, które nie chcąc podjąć gry o karierę, mimo predyspozycji i zdolności, bądź w ogóle jej nie zaczęły, bądź też na pewnym etapie porzuciły pracę badawczą. Z drugiej strony myślę tu o kolegach naukowcach (może lepiej powiedzieć – pracownikach nauki), którzy jak ryba w wodzie czują się w tym świecie biurokratycznych zabiegów i mętnych układów.

Wieloetapowość kariery naukowej sprawia, iż grono samodzielnych pracowników naukowych, w tym zwłaszcza profesorów, składa się w znacznym stopniu z jednostek w wieku zaawansowanym, mających szczyt kreatywności już dawno za sobą. Mówimy tu o osobach uprawnionych z racji swego wysokiego statusu naukowego do zasiadania w różnorodnych gremiach doradczych i decyzyjnych, kształtujących na różnych poziomach i w różnym zakresie teraźniejszość i przyszłość nauki w kraju. Pokolenie 60−latków, dominujące w tej grupie, ma najwięcej do powiedzenia w praktycznych sprawach nauki, takich jak np. opiniowanie i przyznawanie grantów, opiniowanie i głosowanie poszczególnych etapów MKN, opiniowanie i zatwierdzanie planów naukowych i innych dokumentów programowych instytucji i organizacji różnych szczebli. Dla jasności: nie chodzi tu o narzucanie limitu wiekowego, w końcu znamy przykłady twórczych umysłów i w wieku podeszłym. Rzecz w tym, by selekcja nie działała w drugą stronę – eliminując młodych, zdolnych badaczy o świeżym, odartym z rutyny podejściu do swoich dyscyplin naukowych.

Skutkiem istniejącego modelu kariery jest również rozziew pokoleniowy między samodzielnym pracownikiem naukowym w roli promotora a jego uczniem – doktorantem. Jego konsekwencją są nie tylko bariery psychologiczne we wzajemnych kontaktach, ale przede wszystkim przepaść w praktycznej znajomości nowoczesnych metod badawczych lub po prostu znajomości technik komputerowych lub języków obcych.

Aktualnemu modelowi kariery jest podporządkowana pokaźna część infrastruktury nauki, aktywność jednostek, zespołów, komisji, a nawet całych instytucji, takich jak CK czy część Kancelarii Prezydenta RP. Pociąga to za sobą bezpośrednie koszty wymierne, związane z formalną oprawą nadawania stopni i tytułów naukowych, np. z recenzowaniem, utrzymywaniem obsługi administracyjnej itd. Niemniej istotne są jednak trudne do oszacowania koszty ponoszone z powodu zaangażowania zastępów aktywnych badaczy w tę całą krzątaninę, szczególnie jałową w odniesieniu do habilitacji i profesury. Ta aktywność staje się zresztą często celem samym w sobie, a nierzadko ukrywa marazm naukowy, brak rzeczywistych osiągnięć badawczych. W tym kontekście znamienna jest informacja podana w „Sprawach Nauki” (3/2003), iż „w niektórych jednostkach wyższych szkół niepublicznych, ale także uczelni państwowych – aby tylko uzyskać przywilej nadawania tytułów naukowych – zatrudnia się doraźnie często przypadkowe osoby, żeby uzyskać niezbędne minimum kadrowe”. Tego rodzaju sytuacje stają się pomału publiczną tajemnicą.

konieczność i słabości

Jestem przekonany, że naprawianie polskiej nauki instytucjonalnej nie będzie w pełni skuteczne bez zmiany formalnych i nieformalnych uwarunkowań awansu naukowego. Nie wystarczy np. proste zwiększenie środków finansowych, nie zmienią też zasadniczo sytuacji reorganizacje w odpowiednim ministerstwie lub korekty systemu przyznawania grantów. Model kariery naukowej jest w tym kontekście czymś zasadniczym, bowiem wpływa na podstawowe motywacje badaczy, kształtuje ich ogólne podejście do uprawiania badań, wreszcie rzutuje na jakość strategicznego planowania i zarządzania w nauce.

Przede wszystkim należałoby spłaszczyć piramidę awansu naukowego, eliminując habilitację, a w dalszej kolejności –  profesurę „prezydencką” w obecnym kształcie. Wymagałoby to zmiany ustawy o stopniach i tytule naukowym oraz pochodnych przepisów w ustawach dotyczących szkół wyższych, jednostek badawczo−rozwojowych i Polskiej Akademii Nauk.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat zwłaszcza problem habilitacji był wielokrotnie publicznie dyskutowany i podano chyba wszystkie argumenty za i przeciw. Spośród argumentów „za” nie da się w szczególności utrzymać uporczywie lansowanej tezy, iż habilitacja i profesura są niezbędnymi elementami skutecznej selekcji pozytywnej badaczy. Że tak nie jest, dowodzą nie tylko liczne negatywne przykłady krajowe, ale i pozytywne przykłady krajów przodujących w światowej nauce, w tym krajów UE. Jedynym wartym i koniecznym do utrzymania stopniem naukowym jest doktorat – stopień uznawany i rozumiany za granicą jako pasowanie na samodzielnego pracownika naukowego. Ranga doktoratu wzrosłaby po zniesieniu habilitacji, bo przestałby on pełnić rolę stadium przejściowego do kolejnego stopnia i tytułu. Likwidacja tytułu (bo, oczywiście, nie stanowiska) profesora lub zmiana jego formuły zmniejszyłaby też presję inflacyjną na stopień doktora, zabrakłoby bowiem jednego z głównych formalnych motywów przyspieszonego chowu doktorantów.

Nie sądzę przy tym, by rangę i poziom doktoratów dało się podnieść metodami czysto administracyjnymi. Pierwszoplanową rolę musi tu odgrywać czynnik skutecznie kształtujący hierarchię naukową w nauce światowej: ocena szerokich środowisk, dokonywana głównie na podstawie dorobku publikowanego. W większym stopniu dorobek ten powinien być konfrontowany z nauką światową – np. przez szersze, może nawet obowiązkowe, korzystanie z zagranicznych recenzji doktoratów, wniosków grantowych, publikacji itd.

Należy też zauważyć, że dopiero usunięcie formalnych wymagań w postaci habilitacji i profesury otworzy pole do oceny naukowców pretendujących do stanowisk i funkcji. Powinni być oni oceniani przede wszystkim na podstawie rzeczywistych kompetencji naukowych, a nie odpowiednich dyplomów. Co do profesury, możliwy do pomyślenia jest tu tytuł czysto honorowy, wyróżniający nielicznych najwybitniejszych krajowych badaczy, a także – być może – ludzi kultury i sztuki. Inna możliwość to ograniczenie nadawania – np. na wniosek senatu uczelni – tytułu profesorskiego do wybranych, najbardziej zasłużonych osób na stanowisku profesora akademickiego.

Aczkolwiek podobne do przedstawionych propozycje cząstkowych zmian zmierzających do korzystnego zmodyfikowania wzorca (trybu) polskiej kariery naukowej były już wielokrotnie publicznie dyskutowane, szanse na ich wprowadzenie nie przybliżyły się ani na jotę. Wynika to głównie z faktu, iż gremia decyzyjne lub doradcze w nauce składają się z osób ukształtowanych w duchu usankcjonowanego prawem i wieloletnią tradycją modelu kariery. Konieczne byłoby więc porzucenie tak drogich wielu kolegom naukowcom zasad i obyczajów, które towarzyszyły kolejnym etapom ich indywidualnego sukcesu. A to z przyczyn psychologicznych wydaje się bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe.

Prof. dr hab. Marek Narkiewicz, geolog, pracuje w Państwowym Instytucie Geologicznym w Warszawie.

Komentarze

  Autor: KP
  Data: 2010.01.07 12:26

Artykul swietnie uchwycil wszystkie problemy polskich "pracownikow naukowych" i pomimo uplywu 3 lat nadal nic sie nie zmienilo. Wszystko jest prawda, patologie w pozyskiwaniu stopni naukowych typu habilitacja, profesura, ktore sa celami samymi w sobie i bez plecow nie przejda. Znam przyklady uzyskania habilitacji i stanowiska na uniwersytecie niemieckim (Dolna Saksonia) na podstawie znaczacego dorobku miedzynarodowego znacznie przekraczajacego poziom wiekszosci habilitacji w Polsce (oceny dokonuje 2 specjalisci niemieccy i 2 amerykanscy i to nie sa przelewki), podczas gdy ten sam dorobek w Polsce jest oceniany negatywnie - bo delikwent jest spoza ukladu rodzinno-towarzyskiego. Nie liczy sie pomysl, kreatywnosc ale odpowiednio szerokie plecy. Znam tez poglad, ze ktos nie popelnil plagiatu w ksiazce profesorskiej bo w pracy 400 stronicowej przepisal zaledwie kilka stron. Jak slusznie napisal ktos na forum - nie bylo lustracji i ludzie dzis decydujacy o nauce to dawni utrzymywacze systemu. I na tym polega roznica miedzy Polska a Niemcami, gdzie obecnie pracuje. Tam okazalo sie nagle, ze mam srodki, ze awansuje bo oceniana jest tylko moja praca. No ale wiem z kim mam do czynienia - tam zrobiono lustracje



  Autor: przyszła doktorantka
  Data: 2009.10.30 23:08

smutne to wszystko



  Autor: ted
  Data: 2008.06.27 13:42

Fajnie wszyscy wiedzą jak i nic nikt nie może zmienić. Jak zwykle system jest chory, jak cały Kraj.



  Autor: Obserwator z Katedry
  Data: 2007.10.25 12:50

Niewątpliwie istotną kwestią w obszrze awansu zawodowego w
nauce jest problem praktyków, którzy z tzw. wolnej stopy
(tj. bez studiów doktoranckich) obronili doktorat i to
często z wyróżnieniem oraz posiadają określony dorobek w
postaci publikacji. Osoby te, reprezentujące pozaakademicki
nurt nauki, ściśle związany z praktyka są zepchnięte na jej
margines. Mają małe szanse zatrudnienia na uczelniach
publicznych, ponieważ są z poza środowiska. Na uczelniach
prywatnych z kolei sa pozbawione możliwości awansu ze
względu na sposób zatrudnienia, który nie daje im nawet
namiastki poczucia stabilizacji zawodowej. Mamy więc w
Polsce do czynienia od wielu lat z postacią dyskryminacji
wielkiej grupy naukowców - pasjonatów, którzy własną pracą,
nowym spojrzeniem i niesztampowym podejściem do problemów
badawczych walczą nie tyle o swoje miejsce w nauce co o
idee. Oni to stanowią zdrowy, krytyczny, nieskalany
układami nerw polskiej nauki. Osoby te mają nikłe sznse na
osiągnięcie habilitacji w Polsce. Reprezentują różne
dyscypliny - od nauk humanistycznych przez społeczne,
ekonomiczne a na technicznych skończywszy.
Jedyną szansą dla tego "nurtu" jest równoprawne traktowanie
na podstawie obiektywnych, jasnych kryteriów oceny pracy
dydaktyczneji dorobku naukowego. Niestety obecny system nie
stwarza takich możliwości i nic nie zapowiada w nim zmian.
Wydaje się, że można liczyć na radykalne zmiany za jakieś
20 lat a więc nie wszyscy doczekają zmian w pełni sił i
zdrowia, o ile doczekają......



  Autor: reformator
  Data: 2006.12.05 17:31

Cało zło jaki ktore tkwi do tej pory na uczelniach polega na
tym, ze stanowiska zajmuja nadal ludzie o niechlubnej
przeszlosci z okresu PRL. Zebysmy nie wiem jak reformowali
system nauki, ci ludzie zawsze go wypaczą, bo sa niemoralni.
Polsce potrzebna jest nadal dekomunizacja i lustracja. Nie
jest to zadaniwe łatwe, ale konieczne. Gdybysmy dzisiaj w
Polsce zrobili lustracje, uczciwa lustracje, na wielu
uczelniach zabraklo by ludzi do prowadzenia zajeć



  Autor: krawiec
  Data: 2006.11.16 23:02

Jest i jeszcze jedna sprawa o której warto wspomnieć. To
niemal stałe przywiązanie młodego pracownika do jednego
ośrodka. Ktoś kto decyduje się na dłuższy wyjazd naukowy,
albo robi doktorat na innej uczelni w zasadzie skazuje się
na to, ze nie będzie miał dokąd wrócić. Miejsca trzeba
pilnować bo chwila nieuwagi i zniknie jakże często zajęte
nie tyle przez bardziej zapobiegliwego kolegę co po prostu
przez syna profesora. Według mnie sytuacja w której syn
doktorant kształci sie pod okiem ojca - profesora jest z
gruntu chora.



  Autor: profesor belwederski
  Data: 2006.11.05 19:30

Kazda dyskusja o karierach naukowych jest niekompletna i
nierzetelna bez omowienia dzialalnosci Centralnej Komisji
d/s Tytulu i Stopni Naukowych. Znam wiele przykladow lamania
przez ten organ kariery naukowej mlodych i nie tylko mlodych
naukowcow w oparciu o pseudonaukowe opinie tajnych, a przy
tym niekompetentnych, recenzentow. A glosuja tam ludzie z
innych dyscyplin naukowych, ktorzy czesto nie maja tzw.
bladego pojecia o dziedzinie kandydatow do tytulu profesora.



  Autor: amor
  Data: 2006.11.02 13:12

Ten kto od początku nastawi się na indywidualną karierę
naukową i pod tym kątem dobierze sobie promotorów i wykaże
jednocześnie zarówno odpowiednią elastyczność jak
i "hartowany łeb" - osiągnie szybki sukces w nauce.
W innym wypadku wyląduje jak ci na uczelniach, którzy
uwierzą, że najważniejsza jest dobra dydaktyka i nie wykaże
dostatecznej dbałości o karierę naukową.



  Autor: do krakusa
  Data: 2006.11.02 11:01

masz krakusie racje czytam ,oh "profesorską" publikację:
99 bzdetów nt. przemian struktur gospodarczo-spółecznych
na środkowym Pomorzu ?? na 287 stronach. Poziom jak lepsze
prace magisterskie, zresztą z których E G R czerpał wiedzę
i sformułowania. Gdy "autor" dostanie a najpewniej
dostanie bez mrugnięcia oka za to "belwederską" nominację
mając 68 lat to będzie to potwierdzanie statystyki



  Autor: krakus
  Data: 2006.11.02 01:18

Myślę , że warto habilitację połączyć z tytułem profesora ,
tym bardziej , iż warunkiem profesury jest napisanie
książki nie podlegającej bezpośredniej merytorycznej ocenie
związanej z awansem . Efekt końcowy skrócenie drogi awansu
o co najmniej 10 lat bez istotnego zmniejszenia jakości .



  Autor: DR
  Data: 2006.11.01 21:35

Naukowiec i nauczyciel - na pierwszego głosują funduszami przemysłowcy, a na
drugiego studenci nogami. Ot i cały problem. Habilitacja to zasłona dymna dla
tych z 0 głosów.



  Autor: 3miasto
  Data: 2006.11.01 18:49

Przyjęty w polskim prawodawstwie model stopni tytułów
naukowych to średniowiecze, zmodyfikowane modelami
radzieckimi uzyskanie stopnia profesora do 1990 r.
wymagało opinii o kandydacie od sekretarza KW PZPR .
Na uczelnich krążą dowcipy i anegdoty nt
metod "zdobycia" etatu asystenta młode mgr korzystają ze
skutecznych sposobów na wiekowych panów profesorów . Potem
przez 8 lat dzieci się odchowają, a po rotacji z uczelni
znajdzeie się inną pracę Jeśli doktora ida się zrobić
na 3letnim studium lub w 8 lat eksternistycznie, to ma się
max. 12 na zgromadzenie dorobku i wydanie drukiem
rozprawy habilitacyjnej. Ale aby pozytywnie
przejść "przewód habilitacyjny" trzeba mieć nie tyle
dorobek itp., ale przede wszystkim mieć poparcie "mocnych i
ustawionych nazwisk",bo bez takiego zaplecza szkoda wogółe
otwierać przewód, ponieważ ustawowe pojęcie "znaczący
dorobek naukowy" jest pojęciem "niedoprecyzowanym". Znany
jest mi przypadek ,że profesor wyznaczony w I 2004 r.
przez Radę Wydziału na recenzenta do X 2006 opinni nie
sporządził z braku czasu.
Opieszałości nie można kwestionować może można w
Strassburgu ? , bo a nuż profesor zdenerwuje się i odwali?
Kandydat musi więc grzecznie czekać, bo wyższe uczelnie to
nie są organy administracji państwowej i nie dotyczą ich
przepisy KPA.
Statystycznie z 10 doktorów pracujących na wyzszych
uczelniach tylko 1 staje się dr hab.
Co do grupy profesorskiej i polskiej tytułomanii z
profesorami, jak z winem im starszy rocznik tym lepszy.



  Autor: magister
  Data: 2006.11.01 18:33

Chwała, że słowa te padają z ust profesora Znam wielu,
którzy tak mówili, zanim nie dostali habilitacji... A swoją
drogą największymi zapaleńcami nauki są w Polsce studenci,
ale tylko do 3 roku, potem odkrywają bolesną prawdę.



  Autor: dr
  Data: 2006.11.01 09:11

Panie Profesorze,
tylko popierać, ale co z tego, gdy nie widać światła w
tunelu ciemnoty?
adiunkt



  Autor: naukowiec
  Data: 2006.11.01 08:46

Ogólnym problemem jest aktualny poziom polskiej nauki.
Obserwuję wysyp doktoratów, które często są na poziomie
niższym od prac magisterskich na równorzędnych uczelniach
na Zachodzie. I ukrywane są, wraz z ich poziomem, w
archiwach uczelni. Tytuł doktora zostaje.
Podobnie, po zmianie przepisów, w zakresie habilitacji.
Poziom niektórych jest zastanawiający i nie idzie za tym
praktycznie żaden (lub bardzo mały lub "wydumany") dorobek
naukowy, nie mówiąc już o użyteczności publicznej. Do tego
dochodzi brak publikacji w renomowanych czasopismach
zagranicznych.
Tendecja w Polsce jest taka by organizować konferencje i
materiały z nich publikować w polskich czasopismach
(wydawanych przez uczelnie organizujące konferencję lub
mające jakiś wpływ) np. za 6 punktów (a punkty za konkretne
tytuły czasopism często wywalczyly znane sobie doskonale
gremia nie wiadomo na jakich zasadach, wystarczy przejrzeć
tytuły polskich tytułów na stronie ministerstwa by się
zorientować, że część chyba została dopisana na zasadzie
znajomości "gdyż publikujemy już tam od lat"). Wartość
punktowa kilku takich małowartościowych artykułow odpowiada
jednej naprawdę porządnej publikacji w renomowanym
czasopiśmie (po przejściu przez bardzo krytyczne sito
recenzentów), przy czym w przypadku zachodnich czasopism
proces publikacji może trwać np. dwa lata, a w przypadku
polskiej konferencji publikacja liczy się od razu i
recenzentami są często znajomi. Nie mówiąc o jakości pracy
i ilości włożonego trudu.
Powinna być ogólna jawność i dostępność prac naukowych na
tytuły magistra, doktora, dr hab. w postaci elektonicznej.
Spisy prac (z odnośnikami do zapoznania się z treścią
pracy) z danych uczelni w danych okresach (np. roku
akademickim) powinny być do publicznego wglądu, np. na
stronach ministerstwa, z możliwością szerokiej dyskusji i
komentarzy, tak jak na forach internetowych, np. tutaj. Nie
jest to trudne w dzisiejszych czasach ogólnego dostępu do
internetu na uczelniach.
Przed nadaniem tytułu dr lub dr hab. przez uczelnie,
powinny być dodatkowo opiniowane z zewnątrz i to przez
minimum 3 odgórnych recenzentów (oczywiście z możliwością
obrony przez kandydata). System, w którym nie sprawdza się
rzeczywstej wartości dorobku naukowego kandydata a
poprzestaje na przeczytaniu napisanego przez niego
życiorysu (czy ktoś sprawdza ile w tym prawdy a ile
naciąganych faktów ?), system w którym kandydat, mimo
jednej zewnętrznej opinii negatywnej (na dwie ), jednak
dostaje (za zasługi ?) tytuł dr hab. na swojej uczelni jest
chory. Miernoty-karierowicze z poparciem z góry nadal
triumfują. A prawdziwi badacze nie mają czasu na
angażowanie się w układy, często dodatkowo przeciążeni
dydaktyką, do której akurat oni podchodzą również bardzo
poważnie (w przeciwieństwie do karierowiczów nie mających
tzw. kręgosłupa moralnego i wyrzutów sumienia). A jak
dodamy do tego, ża na uczelniach, po zakończeniu studiów,
znajduje pracę dużo miernoty z powodu względów
pozanaukowych (znajomości, brak kadry, względy finansowe i
do tego konkursy na asystenta często są fikcją i są
ustawiane), to mamy obraz polskiej nauki.
Jeżeli ma zostać tak jak teraz, to powinien być opracowany
również system ogólnej późniejszej weryfikacji wartości
pracy w szerokim gronie naukowym z wyjaśnienienim wszelkich
wątpliwości. A tytuły, w przypadku stwierdzenia niskiego
poziomu, kradzieży intelektualnej, plagiatu itp. powinny
być odbierane. W dobie internetu taka weryfikacja to żadna
trudność i wiele prac zachodnich można znależć w internecie.
Nadal nie mogę zrozumieć dlaczego w Polsce jest tyle
niejawności, powcząwszy od obrony pracy magisterskiej a
skończywszy na kolokwium habilitacyjnym.



  Autor: doktorant (realnego socjalizmu)
  Data: 2006.11.01 00:32

Piękny tekst, popieram w całej rozciągłości. Dałem tego
wyraz pastwiąc się nad sąsiadującym artykułem prezentującym
zupełnie inne podejście.

Szanowny Panie Profesorze - popieram w 100 . Niestety nie
wierzę, że przez najbliższe 10 lat szacowne grono często
stetryczałych zdecyduje się na jakiekolwiek zmiany - BO PO
CO IM TO? To kasta, która zapewnia wygodę po wdrapaniu się
na szczyt argentyńskiej piramidki... im stromiej, tym
pozornie lepiej na szczycie.

A tą patologię jaką jest obecnie "kształcenie doktorantów"
nazywają niektórzy "tuczeniem tuczników"... wyrządzono
największą z możliwych krzywd niszcząc asystenturę
podzielnikami ministerialnymi i zastępując ją kpino-
doktoryzowaniem się w 3 lata. Zastąpiono prawdziwą naukę
biurokratycznym uda się - nie uda. A później jest już tylko
gorzej i bardziej "towarzysko-ustawieniowo".



  Autor: kesz
  Data: 2006.10.29 22:11

Istotnie w obecnych warunkach to czy utrzymamy habilitację
i profesurę tytularną czy też uczynimy doktorat stopniem
ostatecznym nie ma już większego znaczenia. Natura nie
znosi próżni. W krótkim czasie przydzielanie stanowisk
profesorskich zacznie podlegać podobnym patologiom jakie
opisuje się w obecnym systemie. Innym aspektem jest nagłe
dopuszczenie do rynku tychże stanowisk dużej liczby
posiadaczy doktoratów pozbawionych jak dotąd ambicji
dalszego rozwoju. Skoro jest okazja czemu nie mieliby z
niej skorzystać.
Dla mnie po zdobyciu tytułu profesora przed 40rż, po
wypromowaniu kilku doktorantów i 1 habilitanta, największą
przeszkodą dalszego rozwoju jest permanentne zmęczenie.
Konieczność utrzymania rodziny w oparciu o pracę u wielu
różnych pracodawców, z których każdy coś tam płaci i próba
pogodzenia w ciagu 24h obowiązków dydaktycznych,
administracyjnych, i wielu innych zostawia bardzo mało
czasu na nieskrępowane myślenie i pracę naukową. To jeden z
mechanizmów, który odstrasza wielu wartościowych ludzi od
zajmowania się nauka w Polsce. Jeśli asystent nie mogac
utrzymać się z pracy na uczelni łapie trzy, cztery "sroki
za ogon" nawet nie pomyśli o doktoracie. Albo odejdzie albo
rozdrabniać sie będzie na wiele absorbujących aktywności
zarobkowych traktując uczelnię jako źródło ubeszpieczenia
zdrowotno-emerytalnego. Narzeka się na wieloetatowość kadry
profesorskiej. W istocie cała kadra w szkolnictwie wyższym
wyniszczana jest ekonomiczną koniecznością pracy w wielu
miejscach. Zakazy nic tu nie zmienią. Obchodzone są innymi
formami zatrudnienia. Uprawianie nauki to wyrafinowana
działalność intelektualna. Wymaga czasu i minimum poczucia
bezpieczeństwa. Hominidy zajęły się sztuką kiedy przestały
ciągle uciekać. Ekonomiczny wyscig szczurów, któremu
poddawani sa polscy uczeni w kategoriach dnia codziennego
kończy się wyłonieniem tylko lepiej biegnacych szczurów.
Stawka jest żałosna - nędzna suma na "masło do chleba" .



  Autor: zk
  Data: 2006.10.27 12:51

Autor ma rację, że sposób "uprawiania nauki" w Polsce jest
skrzywiony i wypaczony poprzez zbytni indywidualizm.
Ale jest to skutek, a nie przyczyna.
Skutek zbiurokratyzowania nauki, która w wiekszosci
funkcjonuje w swoim fikcyjnym swiecie, rozwiazujac nikomu
nie potrzebne problemy, ktore sama sobie wczesniej stawia i
z realizyacji ktorych sama siebie rozlicza.

Gdyby za "odkryciami" (cokolwiek by to niemialo znaczyc)
naukowymi szly konkretne pieniadze, wszyscy spontanicznie
przeszliby na model kariery zespolowej. Podobnie by bylo,
gdyby o ilosci dostepnych pieniedzy decydowaly granty.
Gdyby na prestiz uczelni mialy wplyw liczba patentow i
wdrozen w przemysle, a nie liczba profesorów tytularnych.



  Autor: ajax
  Data: 2006.10.26 10:31

Opinie o habilitacji sa w srodowisku rozne. W mojej opinii
jej istnienie/brak nie stanowi znaczacego problemu.
Wazniejsza jest nieefektywna organizacja instytucji
naukowych : uczelnie, instytuty i PAN, a takze brak
zainteresowania przemyslu (brak przemyslu elektronicznego w
Polsce). W PR7 docelowo plany przewiduja inwestowanie
ogromnych funduszy (rzedu 3 PKB) na nauke w strefie euro.
Strategicznym celem jest dorownanie USA, Chinom,
Korei, ... . Ja nie wiem, czy polskie srodowisko naukowe
bedzie w stanie WLASCIWIE wykorzystac te fundusze. Jestesmy
przyzwyczajeni do absurdow, chronicznej nedzy i robienia
czegos-z-niczego.



  Autor: Były naukowiec
  Data: 2006.10.26 09:56

Większość polskich naukowców ma jeden cel uzyskanie
profesury i jest cel sam w sobie. W trakcie jego realizacji
dochodzi do przerobu pieniędzy (mozna dyskutować czy duzych)
na papier.




  Autor:
Treść:

 
  
 

*System komentarzy jest moderowany. Twoja wypowiedz zostanie usunieta jesli przekroczy powszechnie przyjete standardy.