Najważniejsza planowana zmiana to wprowadzenie zasady, że jednostka badawcza, która nie uzyska co najmniej drugiej kategorii w ocenie parametrycznej, nie będzie mogła samodzielnie występować o środki na badania naukowe. (…) Ma to na celu koncentrację środków na badania w naprawdę dobrych jednostkach i skłonienie pozostałych do restrukturyzacji i zmian, na przykład do łączenia się w silniejsze organizmy. To jest wyraźny sygnał, że stawiamy na duże i silne jednostki badawcze. (…) Druga z ważnych zmian w ustawie o finansowaniu nauki to wprowadzenie kategorii regionalnych konsorcjów naukowo−przemysłowych. Chodzi o stymulowanie intensyfikacji związków nauka — gospodarka i wykorzystanie wyników badań do celów rozwojowych. Takie konsorcja miałyby pierwszeństwo w ubieganiu się o środki na badania naukowe.
W naszych uniwersytetach dobre efekty ekonomiczne przynosi duża aktywność dydaktyczna, naukowa – żadne, przyzwoite – to, co gdzie indziej jest dowodem niepowodzenia w karierze naukowej, czyli kariera administracyjna. Środki przeznaczane na badania nie wymagają komentarza. Tak długo, jak nie będzie w polskiej rzeczywistości naukowej rynku na wiedzę i talenty dydaktyczne, będziemy obserwować powolne jej obumieranie. (…) Rynek to przepływ ludzi i idei, ustalanie cen na intelektualne możliwości, zabiegi uniwersytetów o najlepszych. Rynek to prawie recepta na chroniczną chorobę polskiej nauki, niskie płace, coraz słabszą pozycję społeczną, odchodzenie najbardziej utalentowanych. Rynku nie uruchomią wewnętrzne konkursy będące w gruncie rzeczy fikcją regulującą skomplikowany system awansów.
Finansowanie badań w Polsce jest 10 razy mniejsze niż w rozwiniętych krajach Unii Europejskiej, stwierdził prof. Żylicz. Według niego, Polska jest jedynym krajem, w którym o podziale pieniędzy na badania decyduje minister. Dziś tylko 13 proc. budżetu nauki to pieniądze konkurencyjne, czyli środki na granty, uzyskiwane w drodze konkursu. Reszta idzie na zadania statutowe. O ich rozdziale decyduje w dużej mierze kategoryzacja jednostek naukowych, a ostatnia, jak sądzi prof. Szala, budzi powszechne niezadowolenie. Tego nie było w czasach, gdy kategoryzację przeprowadzał KBN. Zaletą tej instytucji było to, że stanowiła reprezentację uczonych, stwierdził M. Żylicz. Jego zdaniem, Rada Nauki jest za bardzo zależna od ministra.
Kiedy w roku 1992 odważyłam się zgłosić plakat na I Europejską Konferencję Muzykoterapeutów w King’s College w Cambridge (Anglia), przewodnicząca komitetu organizacyjnego, p. Denize Christopher, wymieniła ze mną dziesięć listów (zwykłych, nie e−mailowych), bo – jak się okazało – byłam jedyną przedstawicielką krajów byłego bloku komunistycznego i organizatorom bardzo zależało na doniesieniu z Polski. Tym, co mnie uderzyło na miejscu, była niezwykła wprost punktualność: wystąpienia rozpoczynały się i kończyły ściśle według programu, jednominutowe spóźnienie oznaczało samotne wejście do pełnej sali, w której prezentacja już trwała. Ciekawe, że prelegenci sami pilnowali czasu wystąpień, a przed wystąpieniem obowiązkowo odbywali rozmowy z przewodniczącym sesji (…)