ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Książki


Jak nie ulec dominacji

Na długie zimowe wieczory, oprócz dobrej herbaty, szczerze polecam pewną opasłą pracę doktorską. Retoryka dominacji to książka, której naukowy charakter nie odbiera wdzięku ani lekkości. Czyta się ją dobrze zarówno ze względu na temat, jak i styl wypowiedzi autora.

Studium Wasilewskiego jest interdyscyplinarne. Czerpie z retoryki, językoznawstwa, kulturoznawstwa, a także socjologii i psychologii. Prezentując materiał ilustracyjny, autor sprawnie porusza się wśród tekstów filozoficznych, wspiera się również przykładami z literatury pięknej. Retoryka dominacji jest wyraźnie osadzona we współczesnych realiach. Zawiera mnóstwo odniesień do bieżących wydarzeń, czerpie z życia tętniącego w mediach.

Autor pracy poszukuje odpowiedzi na kilka pytań. Czy istnieje, a jeśli tak, to jaki jest językowy mechanizm dominacji? Jakie są cechy wypowiedzi dominacyjnej i jak zależą one od społecznych ról nadawcy i odbiorcy? Badacza interesuje też, jakie muszą być spełnione warunki komunikacji, by można było mówić o dominacji między osobami. Specjalista od retoryki rozważa tytułowe zjawisko na kilku płaszczyznach. Wychodzi od poziomu przedwerbalnego. W przedwerbalnej komunikacji rozróżnia szereg wymiarów. Np. wymiar bezpośredniości i pośredniości, gdy osoba dominująca pozwala sobie na dużą bezpośredniość w komunikacji wobec osoby podporządkowanej, może bezpośrednio okazywać negatywne emocje, przyjmować postawę bezpośrednią, która wyraża się odchyleniem do przodu, dotykaniem, specyficznym spojrzeniem i ustawieniem ciała. Z kolei osoba zdominowana ukrywa swe emocje, jest niepewna w zachowaniu, ogranicza swe zachowania bezpośrednie, np. dotyk.

Istotnym wymiarem komunikacji przedwerbalnej jest postawa i ruchy ciała. Wasilewski wskazuje tu na kilka cech uniwersalnych figur komunikacyjnych, które wiążą się z dominacją. Figurą taką jest podwyższenie, a także kolejność siadania. To również pozycja ciała – leżenie, klęczenie, skinienie głową, pokłon czy upadnięcie do czyichś nóg.

W odczytywaniu dominacji na płaszczyźnie przedwerbalnej ważną rolę pełnią też gesty. Autor wskazuje gest triumfu myśliwego, stawiającego nogę na zabitej zwierzynie. Gestem takim jest uniesienie rąk do góry przez zwycięzców (zwiększają w ten sposób rozmiary swego ciała). Ważne są gesty powitań. Osobnicy dominujący starają się „przykrywać” dłoń innych i podają dłoń wierzchem do góry – pisze Wasilewski.

Ciekawe rozważania dotyczą też mimiki i zachowań wzrokowych, wokalnych, ubioru oraz higieny osobistej. Innym sposobem dominacji, o jakim wspomina autor pracy, jest łamanie tabu. W ten sposób ze sfery cielesnej badacz przechodzi w sferę symboliczną, rozważa bowiem, jak brutalne działanie za pomocą ciała i wobec innego ciała zamienia się czasem w działanie za pomocą słowa.

Kolejny poziom, na którym omawiana jest dominacja, to język. Na tym etapie Wasilewski omawia językowe wyznaczniki dominacji, przedstawia wyrazy i formuły, których używanie łączy się z próbą narzucania dominacji.

Ciekawe wnioski płyną z lektury ostatniej części książki, traktującej o dominacji na poziomie ról społecznych. Autor analizuje kolejno społeczne postawy dominacyjne (duży – mały, rodzic – dziecko, szef – podwładny, nauczyciel – uczeń czy kobieta – mężczyzna). Jędrny, żywy język Wasilewskiego, trafne i urozmaicone przykłady sprawiają, że jego praca wciąga i wywołuje mnóstwo ciekawych refleksji.

Beata Maj
Jacek Wasilewski, Retoryka dominacji, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2006.

Przepis na długowieczność

Nasza pamięć dysponuje własną wolą – pisze Douwe Draaisma. I rzeczywiście, kiedy staramy się coś zapamiętać, to po upływie paru miesięcy, a nawet dni, często nie potrafimy przywołać tego z pamięci. Paradoksalnie pamięć nie robi sobie też nic z polecenia, aby czegoś nie przechowywać. W takim wypadku, pisze autor, pamięć podobna jest do psa, który aportuje to, co wyrzuciliśmy pragnąc się tego pozbyć. Tę część pamięci, w której przechowujemy wydarzenia z naszego życia osobistego, określa się w psychologii mianem pamięci autobiograficznej. Draaisma wyjaśnia, że owa pamięć jest jednocześnie naszym pamiętnikiem i księgą spraw zapomnianych. Nie ulega jednak wątpliwości, że pamięć autobiograficzna to nasz najbardziej intymny towarzysz, który posługuje się własnymi, zagadkowymi prawami. Nie zawiera ona niemal nic z beztroskiego okresu przed trzecim rokiem życia, choć według Freuda to właśnie pierwsze lata decydują o naszym rozwoju indywidualnym. Dlaczego zatem później niemal całkowicie je zapominamy, a przeżyte przykrości zostają zapisane niezmywalnym atramentem? W przypadku depresji lub bezsenności pamięć autobiograficzna przekształca się wręcz w jeremiadę: każde ze smutnych wspomnień zostaje dodatkowo poprowadzone przez sieć wzajemnych odniesień do kolejnych przygnębiających wspomnień. Inną zagadką jest to, że ludzie w podeszłym wieku pamiętają wyraźniej zdarzenia z dzieciństwa niż te, które odnoszą się do ich ostatnich lat.

Książka napisana jest w sposób bardzo przystępny, mimo że autor – profesor historii psychologii Uniwersytetu w Groningen, w Holandii – dokonuje w niej przeglądu badań nad wspomnieniami i pamięcią. Doskonałym pomysłem, który Draaisma tu zastosował, są przeplatające się wzajemnie osobiste reminiscencje, opisy naukowych doświadczeń i przykłady z literatury pięknej. Wszystko to łączy się ze sobą bezkolizyjnie i sprawia, że pozycja staje się interesująca dla czytelnika, który na ogół niewiele ma wspólnego z zagadnieniami psychologicznymi.

I tak autor zabiera nas np. na herbatę do Marcela Prousta. W każdej bowiem pracy dotyczącej psychologii węchu znajduje się wzmianka o scenie z powieści W poszukiwaniu straconego czasu, w której zapach moczonej w herbacie magdalenki przenosi narratora do czasów młodości. Zdolność wywoływania wczesnych wspomnień przez zapachy zaczęto określać w psychologii pamięci mianem fenomenu Prousta. Draaisma uważa, że w tego typu wspomnieniach zapach dominuje nad zmysłami wzroku i słuchu. Za każdym razem, gdy bodźcem do wspomnień może stać się widok albo zapach, np. kilka gałązek szałwii, to właśnie zapach działa najsilniej: nie wystarczy spojrzeć na szałwię, trzeba ją powąchać.

Inny pomnik czasu i pamięci przedstawia Tomasz Mann w Czarodziejskiej górze. Chory na płuca bohater powieści spędza w sanatorium siedem długich lat. Ostrzegano go już wcześniej, że tydzień spędzony „u góry” ma zupełnie inną długość niż na dole, wśród zdrowych ludzi zajmujących się swoimi sprawami. W „dygresji o zmyśle czasu” Tomasz Mann filozofuje na temat efektu, jaki nuda wywiera na poczucie upływających minut. Często mówi się, że nuda rozciąga czas, ale odnosi się to tylko do godziny bądź dnia, bo już dłuższe okresy, tygodnie i miesiące, stają się pod jej wpływem wręcz krótsze, kurczą się w sobie. Jeżeli każdy dzień jest jak wszystkie inne, to nawet najdłuższe życie ulatuje gdzieś niepostrzeżenie. Kto chce zatem długo żyć, radzi Draaisma, powinien jak najczęściej przerywać rutynę, zmieniać otoczenie i ciągle podróżować, gdyż lata bogate w zdarzenia upływają znacznie wolniej niż owe ubogie, lekkie, które ulatują jak wiatr.

Małgorzata Pawełczyk
Douwe Draaisma, Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy. O pamięci autobiograficznej, tłum. Ewa Jusewicz−Kalter, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2006, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.

Poradnik świadomego konsumenta

O tym, że poprawia odporność, nikogo nie trzeba przekonywać. Że jej brak jest powodem szkorbutu, też wiadomo. Ale żeby witamina C gwarantowała piękniejsze i zdrowsze nogi? Jedna z japońskich firm produkuje już nawet rajstopy z mikrokapsułkami, z których witamina uwalnia się bezpośrednio do skóry. Już za kilka lat nie będzie konieczne połykanie niebieskich tabletek w celu osiągnięcia satysfakcji seksualnej. Aby zwiększyć swoją potencję, trzeba będzie jedynie... żuć gumę. Jeden z koncernów już złożył wniosek patentowy.

O rzeczach, które lubimy kupować, o tych, które kupować musimy, i o tych, z których na co dzień korzystamy – tak rekomenduje swoją książkę John Emsley, wykładowca Cambridge i Uniwersytetu Londyńskiego. Pisze o wszystkim tym, bez czego trudno byłoby się obyć. Szczególnie dziś, w czasach, gdy popkultura utrwala bezlitosne kanony piękna, zdrowia i witalności. Całoroczna opalenizna, ale niezbyt mocna, ciało bez grama zbędnego tłuszczu, potencja na najwyższym poziomie. Jak to wszystko osiągnąć? Z pomocą przychodzi tak nielubiana w szkole chemia. I to nie tylko klasyczna. Środki na potencję dają bowiem efekt tylko wtedy, gdy towarzyszą im odpowiednie bodźce seksualne. Jeśli więc dwoje ludzi poczuje już „tę chemię”, do akcji wkracza ta właściwa, w postaci choćby tlenku azotu.

A szminka? Nieduży, ale za to najbardziej kobiecy z kosmetyków, a przy tym niezły wabik na mężczyzn, to już prawdziwa chemiczna mieszanka. Barwnik, ditlenek tytanu, olej, wosk, środek zmiękczający... Wszystko nie tylko po to, by szminka dawała pożądany kolor i efekt. Musi też równo pokrywać wargi, nie być tłusta, mieć neutralny smak i pozostawać na wargach możliwie jak najdłużej. Natura nie dałaby rady. Zresztą nie zawsze naturalne znaczy lepsze. Pod wpływem promieni UV−A skóra z wolna brązowieje, od jeszcze groźniejszych UV−B bardzo szybko robi się czerwona. Gdyby nie odpowiednie kremy do opalania, słońcem nie moglibyśmy się cieszyć zbyt długo.

Emsley doradza, tłumaczy też, co wspólnego ma asfalt i Morze Martwe, jaka substancja powoduje „poniedziałkową chorobę” i dlaczego nikotyna może chronić przed chorobą Alzheimera. W sumie opisuje tajemnice działania blisko 30 różnych „chemikaliów”. Wcale nie jest tak, przekonuje, że jedząc tylko to, co nie zawiera chemii, żylibyśmy lepiej i dłużej. Jest wręcz odwrotnie. Spróbujcie zaprzeczyć, prowokuje, że ludzie w krajach rozwiniętych są dziś zdrowsi i żyją dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Organizacje ekologiczne też, zdaniem autora, nie zawsze mają rację. Realizacja np. zakazu stosowania nawozów sztucznych i środków owadobójczych oznaczałaby albo konieczność przekształcenia powierzchni całej planety w pola uprawne, albo skazanie na śmierć miliardów ludzi, gdyż to właśnie dzięki tym „chemikaliom” rolnictwo jest dziś czterokrotnie wydajniejsze niż było przed ich wprowadzeniem.

Emsley nie jest bezradny. W ciekawy sposób propaguje wiedzę na temat otaczającej nas dookoła chemii. I to, biorąc pod uwagę, jakim koszmarem są szkolne lekcje tego przedmiotu, jest już dużym sukcesem. Ale, i to jest być może jeszcze większe osiągnięcie, pokazując nie tylko dobre strony produktów stworzonych w laboratoriach, uczula również na wszelkiego rodzaju świadome manipulacje, jakimi posługują się koncerny spożywcze czy farmaceutyczne, by za wszelką cenę przekonać, że ich produkt jest najlepszy. Nie każdy po lekturze tego poradnika stanie się wybitnym chemikiem. Ale każdy będzie z pewnością wybitnie uświadomionym konsumentem.

Mariusz Karwowski
John Emsley, Piękni, zdrowi, witalni, tłum. Piotr J. Szwajcer, Anna E. Eichler, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2006.

Psycholog i filozof

Idee Ericha Fromma pobudzały i inspirowały wielu polskich badaczy z różnych dziedzin nauki. Jego osobie i dziełom poświęcono wiele artykułów i kilka większych opracowań. Do nich należy dopisać książkę Chałubińskiego.

Erich Fromm, twórca psychoanalizy humanistycznej, jeden z najwybitniejszych humanistów XX w., jest osobą interesującą pod wieloma względami. W rozpoczynającym monografię szkicu Życie i twórczość Chałubiński nie tylko przedstawił losy badacza (urodził się we Frankfurcie w znanej rodzinie rabinackiej, musiał wyjechać z Niemiec w znamiennym 1933 r.), lecz także podjął się analizy kilku ważnych kwestii. Jedna z nich dotyczyła fenomenu sławy, jaką Fromm zdobył na międzynarodowym forum.

Zdaniem autora rozprawy, Fromm nigdy nie dał się przypisać do określonego schematu. Za młodu pragnął kontynuować tradycje rodzinne i zostać rabinem. Zafascynowany nowymi trendami, pismami Marksa i Freuda (którego notabene potem krytykował), poświęcił życie nauce. I tu również pozostał jakby na rozdrożu. Zagadnienia, które stawiał w centrum swoich zainteresowań, mogłyby stanowić znakomity przyczynek do badań stricte naukowych, lecz Fromm zmienił sposób ich opisu. Sprawy religii, kwestie dotyczące psychiki ludzkiej oraz rzeczywistości nas otaczającej stały się w pismach filozofa problemami, które mogą być rozpatrywane przez wszystkich, ponieważ dotyczą każdego z nas. Są one zatem wywodami znakomitego badacza, lecz same w sobie nie stanowią uczonych rozpraw. Słynne książki Ucieczka od wolności czy O sztuce miłości – to dzieła przekładalne na język każdego narodu, ponieważ mówią w przejrzysty sposób o wciąż doświadczanych przez nas sprawach. Myślę, że w wywodzie Chałubińskiego brakuje jeszcze jednego aspektu tłumaczącego owo zagadnienie. Sposób pisania przez Fromma książek wynika z jego edukacji, jaką otrzymał w dzieciństwie i młodości. Atmosfera domu, przepojona wielopokoleniową tradycją rabinacką oraz trwanie w kulturze, religii judaistycznej, to czynniki, które mocno zaważyły na twórczości filozofa, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, iż świadomie odszedł od swoich korzeni.

Prezentując badacza i jego dzieła Chałubiński musiał usystematyzować zagadnienia będące podstawą opisu. Znajdujemy zatem w monografii rozdziały poświęcone m.in.: rozumieniu kondycji człowieka we współczesnym świecie, historiozofii oraz wyobrażeniu idealnego społeczeństwa, opierającego swój status na pojęciu „być”.

Zgodnie z tradycją tej serii wydawniczej, w części drugiej monografii znajdują się fragmenty dzieł uczonego, dotyczące opisanych wcześniej zagadnień. Pochodzą one z różnych prac Fromma, coraz częściej tłumaczonych na język polski. W ten sposób czytelnik konfrontuje osąd Chałubińskiego ze swoim własnym. Popularność książek Fromma przyniosła wspaniały efekt, coraz większy mamy dostęp do jego nieznanych dotąd rozpraw.

Chałubiński nie ukrywa, iż uważa Fromma za postać znaczącą i ciekawą. Nie świadczy to bynajmniej o braku zachowania obiektywizmu, wymaganego od autora. Nie mniej ważne jest to, że potrafi on w sposób logiczny uwypuklić najistotniejsze aspekty charakteryzujące myśl filozofa, by w ten sposób nie tylko zrealizować cel swoich zamierzeń, lecz przede wszystkim zachęcić czytelników do poznania twórczości Fromma.

Monika Szabłowska−Zaremba
Mirosław Chałubiński, Fromm, wyd. II zmienione, Wydawnictwo Wiedza Powszechna, Warszawa 2005, seria: Myśli i Ludzie.

Więzienny hiperracjonalizm

12 marca 1985 pięciu agentów Służby Bezpieczeństwa aresztowało Marka Kamińskiego, dwudziestodwuletniego studenta socjologii i matematyki Uniwersytetu Warszawskiego, kierującego podziemnymi wydawnictwami STOP i Książnica Literacka. Jednego dnia student, drugiego więzień polityczny osadzony w celi razem z kryminalnymi, Kamiński próbował odnaleźć się w tym dziwnym i groźnym świecie. Gry więzienne to jego analiza tego świata.

Więzienie uczy zachowań hiperracjonalnych. Więzień nabiera cierpliwości w planowaniu i dążeniu do celu. Otoczenie karze go surowo za błędy i hojnie nagradza za dobre pomysły. Sprytny ruch pomaga skrócić mu wyrok, ocalić od gwałtu czy pobicia, utrzymać dobre samopoczucie, uzyskać lepsze jedzenie lub ubranie. Kalkulacja zdominowuje życie więźnia. Celem książki jest uzmysłowienie czytelnikowi, że występujące w więzieniu pobicia, kradzieże, gwałty homoseksualne czy samookaleczenia, o których opinia publiczna ma okazję szeroko słyszeć, rzadko są przejawem głupoty i nieobliczalności więźniów, jak zwykło się je postrzegać. Jak twierdzi Kamiński, wiele nieporozumień w interpretowaniu zachowań więziennych ma swoje źródło w niezrozumieniu motywów zachowania więźniów, a także niechęci do klasyfikowania zachowań dziwacznych lub nieludzkich jako efektów racjonalnej kalkulacji.

Niezwykle trafnym „podkładem” teoretycznym do przedstawienia rzeczywistych sytuacji, w których zmuszeni są stawać więźniowie, okazała się matematyczna teoria gier. Za jej pomocą autor konstruuje niejednokrotnie skomplikowane gry obrazujące zawiłość sytuacji, z których poprawne wyjście wymaga od więźnia nie siły fizycznej, jak skłonna byłaby sądzić większość z nas, nie znająca więziennych realiów, ale raczej siły charakteru i inteligencji. Przytoczę przykład. W grze, którą Kamiński nazywa „pseudokonfrontacją”, a która została bardzo dobrze zobrazowana w filmie Konrada Niewolskiego Symetria, świeżak (nowicjusz więzienny, aspirujący do kasty grypsujących, najwyższej w polskich więzieniach) zostaje „zaproszony” przez największego osiłka w celi na mały sparring bokserski. Jeśli się wycofa, zostanie uznany za mięczaka i jego szanse na przyjęcie do grupy maleją niemal do zera. Jeśli nie stchórzy i stanie do walki, nie czeka go, wbrew jego oczekiwaniom, krwawa jatka. Zaskoczony, usłyszy: „Zbytowałem (żartowałem), małolat”. Żaden cios nie padnie. Świeżak, który się wycofa, nie dowie się, że do walki nie doszłoby.

Książka jest najpełniejszym obrazem polskiej subkultury więziennej, jaki kiedykolwiek powstał. Niby wcześniej wiedzieliśmy dużo, znaliśmy większość zasad, jakimi kierowali się grypsujący, nieformalną więzienną stratyfikację społeczną, znaliśmy znaczną część słownictwa, ale nigdy przedtem nasza wiedza nie była tak uporządkowana, tak bogata, drobiazgowa i pełna, a gros mitów rozwianych. Autor nie „katuje” czytelnika teorią gier i jeśli komuś owe fragmenty wydadzą się niezrozumiałe, może je bez szkody dla całości wywodu opuścić.

Gry więzienne ukazały się pierwotnie nakładem Princeton University Press jako Games Prisoners Play i w 2004 zdobyły nagrodę European Academy of Sociology za najlepszą książkę z dziedziny socjologii. Zebrały szereg bardzo pochlebnych recenzji. Marek M. Kamiński jest obecnie profesorem na Wydziale Nauk Politycznych i w Instytucie Matematycznych Nauk Behawioralnych Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine.

Kamil Miszewski
Marek M. Kamiński, Gry więzienne. Tragikomiczny świat polskiego więzienia, Oficyna Naukowa, Warszawa 2006.

Znany i zagadkowy

To zadziwiające, że Konstanty Ildefons Gałczyński wciąż intryguje. Jest czytany przez zwykłych miłośników poezji i przez uczonych literaturoznawców. Miał rację Czesław Miłosz, gdy mówił, że Gałczyński to jeden z najbardziej zagadkowych twórców XX wieku. Przed wakacjami ukazało się drugie wydanie antologii Wiersze z Prania. Potwierdza ona istnienie mitu Gałczyńskiego wśród poetów.

W Krakowie zaś wydano księgę co się zowie. Liczy ona bez mała tysiąc stron. Nosi tytuł Dzieło i życie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Ta zbiorowa monografia zawiera 48 artykułów. Wypowiadają się poloniści z Brukseli, Londynu, Neapolu, Ołomuńca, Sztokholmu, a także z krajowych środowisk uniwersyteckich.

Przypomniano masę faktów z biografii poety, poddano nowej interpretacji jego utwory. Najwięcej ponownych odczytań zyskał poemat Niobe. Wyłania się zatem z tej księgi odświeżony i bardziej precyzyjny portret autora Kroniki olsztyńskiej i obraz jego twórczości.

Pomyślnie zweryfikowano zapomnianą myśl Kazimierza Wyki, że to, co Gombrowicz zrobił w prozie, Gałczyński dokonał w swojej twórczości poetyckiej. Odczarowywane są opinie o nim, jako li tylko satyryku, liryku, „wesołym dekadencie” czy sentymentalnym autorze kiczowatych wierszy miłosnych.

W Gałczyńskim, ponad pół wieku po jego śmierci, widzi się niesłychanego erudytę, człowieka wyjątkowo wyczulonego na rzeczywistość. Badaczy zajmuje oryginalny język jego utworów. Odnosi się on krytycznie do stereotypów i różnych odmian polszczyzny. Jeden z literaturoznawców przekonująco dowodzi, że Gałczyński w Listach z fiołkiem był jednym z pierwszych prześmiewców nowomowy Polski Ludowej. Co nie przeszkadzało poecie tu i ówdzie chwalić „ustrój socjalistyczny”.

Odkryte zostały kolejne strony poety jako osoby zaangażowanej poniekąd religijnie. Opisano występujące w świecie Gałczyńskiego motywy biblijne i doświadczenia wewnętrzne, które nie świadczą o tym, że poeta był bliski ortodoksji katolickiej. Kochał życie, rodzinę, lubił świętować i upajać się sztuką, krajobrazami. Muzyka była dla niego czymś więcej niż dziełem artyzmu, była doskonałą formą odświętności, której Gałczyński bardzo pragnął. A przy tym wszystkim był jednocześnie osobnikiem tragicznym. Kłębiły się w nim sprzeczności.

Wiele kreacji postaci kobiecych pojawiających się w jego tekstach opiera się na negatywnych wyobrażeniach płci niewieściej. Ale pomnik trwalszy od spiżu wystawił właśnie kobiecie, swojej żonie Natalii z domu Awałow. O miłości ojca do matki pisze Kira Gałczyńska, której omawiana księga jest dedykowana.

Inna sprzeczność – poeta nie uchodził za wybitnego znawcę języka angielskiego, ale to on najciekawiej spośród polskich translatorów przetłumaczył Sen nocy letniej Szekspira. Gałczyński bywa traktowany jako fantasta piszący o rzeczach niestworzonych i całkowicie wymyślonych. Baczniejsze przyjrzenie się jego utworom wskazuje na to, że jest w nich zakamuflowana jego własna szczegółowa biografia oraz fakty z życia wzięte. To my, współcześni czytelnicy, chcemy niesłusznie widzieć Gałczyńskiego jako Pana Twardowskiego na księżycu.

Zbigniew Chojnowski
Dzieło i życie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego t. I i II, red. Adam Kulawik i Jerzy S. Ossowski, Collegium Colombinum, Kraków 2006.