Zazwyczaj na dzieje narodu patrzymy przez pryzmat wojen, intryg politycznych, czasami – rozwoju kultury. Dzielimy epoki, nazywając je imionami dynastii lub nazwami prądów intelektualnych. Prof. Orłowski proponuje uzupełnienie takiej wizji dziejów narodu polskiego o historię techniki. To mniej znana część naszego dziedzictwa, a jak się okazuje interesująca i także dająca powody do dumy. Może bardziej niż wojny i polityczne spiski.
Stan zacofania Polski z początków dynastii piastowskiej znakomicie obrazuje liczba młynów wodnych w X i XI wieku. W Anglii za Wilhelma Zdobywcy, w 1068 roku, pracowały 5624 młyny wodne. W Polsce prawdopodobnie działało kilka na Śląsku. Pierwsze takie urządzenie w Polsce centralnej powstało w 1145 na Bzurze w Łowiczu. Potem przez stulecia nadrabiamy zaległości w dziedzinie techniki, jednakże nie wnosząc do niej zasadniczo nic nowego. Poważne zmiany zaczynają się wraz w utworzeniem Królestwa Kongresowego. Wtedy zmienia się nastawienie Polaków do zawodu inżyniera. Zaczyna być ceniony. Wykształceni inżynierowie zmieniają kraj. Powstaje pierwsza uczelnia techniczna. Pojawia się celowo wytyczana sieć dróg, która przetrwała w zasadniczej postaci do dzisiaj. Może dlatego mamy takie kłopoty z transportem, że jego infrastruktura bardziej pasuje do XIX niż XXI stulecia?
Prawdziwy przełom przynosi Wielka Emigracja. Wykształceni w najlepszych francuskich i szwajcarskich uczelniach technicznych Polacy wkraczają przebojem do europejskiej techniki: irygują pola, budują wiadukty i wodociągi, są pionierami budowy linii kolejowych i telegraficznych na całym świecie. Autor omawia udział Polaków w rozwoju technicznym różnych państw (kraje Ameryki Południowej, Hiszpania, Portugalia, Szwajcaria, Stany Zjednoczone, a nawet Turcja). Potężny rozdział poświęca autor działalności Polaków na terenie imperium rosyjskiego. Pojawiają się nazwiska inżynierów wykształconych nie tylko w Europie Zachodniej, ale także w Rosji. Mieliśmy też „polskiego Edisona” – wynalazcę samouka z Galicji. Nie tylko wymyślał, ale także patentował i potrafił sprzedawać swoje pomysły. Po szczegóły odsyłam do książki.
I wreszcie czasy znacznie bliższe, gdy nasi rodacy wnoszą istotny wkład do światowego dziedzictwa technicznego. Na początku XX wieku pojawiają się nazwiska, które do dziś znamy i cenimy: Mościcki (prezydent Polski, wielki wynalazca, chemik), Bryła, Czochralski, Sędzimir, Groszkowski. Prof. Orłowski stawia tezę, że być może do pokonania hitlerowskich Niemiec bardziej przyczynili się polscy naukowcy i inżynierowie, pracujący dla armii krajów alianckich, niż polskie wojsko. Radiostacja, która umożliwiła lądującym w Normandii wojskom skuteczną łączność z dowództwem, wykrywacz min Józefa Kosackiego, działko Polsten 20 mm, kilka typów wyrzutników bomb czy antena umożliwiająca wykrywanie i lokalizację okrętów podwodnych – to tylko przykłady polskiej myśli technicznej wykorzystanej przez armie alianckie.
Książka prof. Orłowskiego jest pierwszą z nowej serii: Biblioteka Nauki i Techniki Polskiej. Radomski Instytut Technologii Eksploatacji opublikował już kolejny tom, prezentujący postać prof. M.T. Hubera, a w planach ma następne, m.in. o Staszicu, Narutowiczu, Sedlaku. Zaprezentuje też rozmaite dziedziny techniki. Wydawca zapowiedział już publikację Z historii polskiej mechaniki.
Dla jednych zręczny strateg, posiadający heroiczne arabskie cnoty odwagi, wierności i hojności. Dla innych egoista i hipokryta, realizujący swoje cele w imię religijnego imperatywu. Kim tak naprawdę był Salah ad−Din?
Jego drogę życiową naznaczyła postawa władcy Syrii, Nur ad−Dina. To u niego służył ojciec Saladyna. Nur ad−Din stanowił uosobienie polityki ekspansji połączonej z ideałem świętej wojny, był manipulatorem propagandy religijnej oraz władcą, który dowiódł, że warto przedkładać ludzi nad pieniądze. Cień mentora towarzyszył Saladynowi u progu jego dorosłego życia. Głównie dlatego, iż był uzależniony od syryjskiego władcy, przez niego zresztą został mianowany wezyrem Egiptu. Dopiero po jego śmierci mógł samodzielnie prowadzić wojnę z niewiernymi i realizować plan dominacji islamu nad światem. W tym kontekście zdobycie Aleppo, jednego z głównych miast Syrii, wydaje się kulminacyjnym punktem w jego karierze. Od tego momentu Saladyn zaczyna poważnie myśleć o budowie wielkiego imperium. To miasto jest kluczem do ziem, jest okiem Syrii, cytadela zaś jej źrenicą – pisał w jednym z listów.
W trakcie swych podbojów Saladyn zmagał się z powszechnym brakiem zaufania. Powodów było kilka. Do wielu miejsc, co zrozumiałe, przybywał jako obcy. Poza tym, jak piszą autorzy biografii, nie akceptowano go w roli zbawcy islamu, w której sam siebie widział. Swój autorytet musiał więc budować w inny sposób. I tak np. mieszkańców Egiptu mamił zniesieniem obciążających podatków. Wiedział, że nic tak nie przysparza sympatii jak pieniądze i dobra materialne. To właśnie nimi przywracał morale armii, nadszarpnięte długą i wyczerpującą batalią. Zresztą wojsko miało dla niego ogromne znaczenie. Dość powiedzieć, że pochłaniało pięć razy więcej pieniędzy niż wszystkie inne wydatki. Saladyn rozumiał, że bogactwo bez wsparcia wojskowego niewiele znaczy, a z kolei potęgi wojskowej nie da się utrzymać bez bogactwa. Oba te elementy potrzebne mu były do prowadzenia ekspansji. Nie był jednak w dochodzeniu do celu bezwzględny. To odróżniało go od innych władców tego okresu. W biografii nie brak bowiem i czynów świadczących o jego wielkoduszności. Jak choćby wtedy, gdy po zdobyciu Jerozolimy oddał matce więzionego syna, mimo że nie udało jej się przekonać garnizonu Kerak do poddania zamku.
Przesadna hojność doprowadziła go jednak do kłopotów finansowych. Krótkowzroczna polityka, oparta na szczodrości wobec mieszkańców zajmowanych ziem, nie pozostawała bez wpływu na aparat administracyjny. Przerośnięta i niewydolna biurokracja, brak kontroli nad urzędnikami w dużym stopniu obciążają konto Saladyna. Podobnie jak bezgraniczne oddanie się dżihadowi. Do tego stopnia, że do wrogów potrafił zaliczyć również niektórych muzułmanów. Mimo wątpliwej jakości uzasadnienia prowadzonej ekspansji, nie popieranej w dodatku ani przez część muzułmańskich władców, ani przez urzędującego w Bagdadzie kalifa, do końca swych dni wierzył w jej słuszność.
Czy był, jak chcą jego wielbiciele, bohaterem islamu, czy wręcz odwrotnie – sprytnym manipulatorem, wykorzystującym islam w celu zdobycia władzy dla siebie i swojej rodziny? Doprawdy, w biografii Lyonsa i Jacksona, opartej na listach i kronikach współczesnych Saladynowi pisarzy i poetów, znaleźć można argumenty nie pozbawiające racji bytu żadnej z tych opinii. Na pewno był wielkim człowiekiem. Tylko tacy wymykają się jednoznacznym klasyfikacjom.
W świetle filozofii hermeneutycznej, nad której fundamentami Gadamer pracował, model bytu i poznania zostaje zastąpiony przez fenomen języka i rozumienia... U Gadamera byt staje się autoprezentacją dokonującą się w języku, wszelkie rozumienie zaś ujęte zostaje jako nie mający końca proces historyczny. Dzięki tym wglądom fenomenologiczna hermeneutyka uzyskuje status filozoficznego paradygmatu: staje się drugą – obok filozofii analitycznej – poważną kandydatką do roli pierwszej filozofii. Tak autor kończy swoją opowieść o filozofii Hansa Georga Gadamera.
Gadamera nie trzeba przedstawiać, był filozofem znanym i poważanym w Polsce, choć oczywiście pisanie o filozofii myśliciela, który „dopiero co” zmarł (13 marca 2002, w wieku 102 lat!) może być dość trudne ze względu na brak historycznego dystansu, który, jak podkreślał sam Gadamer, ułatwia głębsze rozumienie.
Prof. Przyłębski dzieli pierwszą, opisową część książki na siedem rozdziałów (nie licząc rozdziału biograficznego, podsumowania, kalendarium i bibliografii), w których w sposób przystępny referowana jest myśl Gadamera. Najpierw podana jest ogólna jej charakterystyka, potem zagadnienia bardziej szczegółowe, na końcu zaś mamy obszerny rozdział dotyczący recepcji i wpływu poglądów Gadamera na współczesną filozofię (spór z hermeneutyką nawiązującą do Diltheya, Gadamerowska krytyka neopozytywizmu, dyskusja ze szkołą frankfurcką i postmodernizmem).
Hermeneutyka to wiedza o interpretowaniu. Narodziny jej wiążą się z badaniami nad tekstem, zmierzającymi do jego zrozumienia. Trzy główne dziedziny, w których interpretacja tekstu pełni zasadniczą rolę, to: teologia, filozofia i prawo. U podstaw filozofii Gadamera leży przekonanie, że ludzkiej wiedzy nie można redukować do wiedzy typu przyrodniczego. Dla ludzkiego bycia w świecie podstawowa jest wiedza oparta na rozumieniu. Na owo rozumienie ma wpływ wiele nieświadomych „przesądzeń” i przeświadczeń. Wiedza nasza opiera się na tych „przed−sądach” pochodzących z kumulacji doświadczeń poprzednich pokoleń. Przekaz historyczny (tradycja) w sposób zasadniczy oddziałuje na wiele elementów naszej duchowości (życie religijne, językowe, państwowość, ale także i życie naukowe). Pełne doświadczenie, zwane hermeneutycznym, polega na rozumiejącym odniesieniu do przekazu historycznego. Na długo przed zrozumieniem samych siebie w refleksji rozumiemy siebie z pełną oczywistością w rodzinie, społeczeństwie i państwie, w którym żyjemy. Ogniskowa subiektywności daje krzywe zwierciadło – pisze Gadamer, sprzeciwiając się filozofowaniu z perspektywy kartezjańskiej. Rozumienie musi dokonywać się więc z perspektywy „porozumienia”, czyli egzystencjalnego kontaktu z intersubiektywną prawdą przyswajanego sensu. Z kolei podstawowym źródłem, w którym kumuluje się nasze doświadczenie świata, jest język. Dlatego hermeneutyka filozoficzna dostarcza podstawowego narzędzia dotarcia do tego doświadczenia. Oczywiście nie chodzi tu o język ujęty od strony logiki (narzędzie komunikacji), ale język głębiej rozumiany. Opanowanie ojczystego języka jest dla człowieka preontologią.
Perspektywa hermeneutyczna może odświeżyć i pogłębić nasze spojrzenie na człowieka w stechnicyzowanym i nastawionym na skuteczność świecie. Dobrym wprowadzeniem do tego jest Gadamer.
Pochodzi ze Lwowa. Kompozycję studiował u Artura Malawskiego, a krakowską muzykologię ukończył w latach 50. Bogusław Schaeffer to osobowość wielostronna. Najbardziej znany jako kompozytor, nieustannie eksperymentujący, popularność zdobył jednak przede wszystkim jako dramaturg. Jego Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego i inne sztuki teatralne grane są na całym świecie. Ogromną wagę ma dorobek profesora jako publicysty i pisarza muzycznego. Kompozytorzy XX wieku, Mały informator muzyki XX wieku i inne książki o muzyce współczesnej, choć wydane wiele lat temu, wciąż są podstawową lekturą na ten temat w języku polskim i nie mają równych sobie. A przecież jest jeszcze pianistą, pedagogiem, reżyserem...
Najmniej chyba znaną specjalnością Schaeffera jest grafika. Ukazał się właśnie album−katalog prac plastycznych profesora, wydany na 60−lecie jego twórczości kompozytorskiej. To nie pomyłka. Grafiki te mają wiele wspólnego z muzyką: artystyczny kształt przybierają najpierw partytury z lat 60., potem kompozycje graficzne usamodzielniają się, dążą ku abstrakcji (jak muzyka), a ich autor posługuje się głównie techniką kolażu.
Muzyka powstająca w połowie XX w. zaczęła szukać nowych możliwości zapisu. Notacji graficznej używali Cage, Stockhausen, Ligeti, Penderecki czy Crumb. Schaeffer pisał np. kompozycje poliwersyjne, dające wykonawcy możliwości stworzenia wielu wersji utworu o wciąż tej samej formie, wypełnionej materiałem różnym co do wysokości dźwięków i rytmu. Takiego dzieła nie można było zapisać w formie partytury nutowej. Trzeba było wypracować nową notację. Kompozytor tworzył też muzykę o dowolnych, zmiennych parametrach i dowolnej kolejności poszczególnych odcinków. Takie partytury, zapisane w postaci mozaiki wypełnionych znakami prostokątów, czyta się jak płachtę gazety: wybierając dowolne teksty w dowolnej kolejności.
Wielobarwny album prezentuje partytury graficzne i grafiki powstałe od początku lat 60. do dziś. Uzupełniony jest esejem Jadwigi Marii Hodor (muzykologicznym jednak, szkoda, że nie jest to krytyka sztuki) oraz rzeczą cenną: katalogiem prac artysty z podziałem na liczne dziedziny jego twórczości. Prace plastyczne Schaeffera, jak zapewnia autorka szkicu, sugestywne, funkcjonalne, przejrzyste i dopracowane w każdym szczególe, rozczarowują jednak jako dzieła sztuki wizualnej. Są do siebie podobne, nawet gdy pochodzą z odległych lat, składają się z fragmentów zapisu nutowego, różnych znaków i symboli oraz mozaiki wielobarwnych prostokątów. Najmniej ciekawe są grafiki komputerowe z lat 1999−2006: statyczne kompozycje prostokątów i wieloboków o ostrych, nasyconych barwach. Autor czasem wkleja swoje zdjęcia. Pomysły kompozycyjne powracają, Schaeffer, tak twórczy i pełen inwencji jako muzyk, jako plastyk się nie rozwija. Abstrakcja geometryczna, której był zawsze wierny, pozostaje wyrazowo martwa. Wycinanki Schaeffera sytuują się dziś w pobliżu cepeliowskich kogutków. Nadzieję przynoszą prace, w których odkłada nożyczki i bierze do ręki farby, jak w Collage X, Lecture czy Collage Y.
Album z grafiką jest przede wszystkim książką o muzyce Schaeffera: na podstawie grafik i partytur graficznych obrazuje rozmaitość jego technik kompozytorskich, muzycznych pomysłów i wynalazków.
Zbigniew Fałtynowicz (wydawca, muzealnik, antologista, redaktor, eseista) wynalazł chyba wszystkie dostępne ślady obecności Czesława Miłosza na Suwalszczyźnie. Badania tego rodzaju obejmuje się mianem „geografii poetyckiej”. W odniesieniu do noblisty dociekania te zapoczątkowano już w latach 90. Telluryczną refleksję nad jego osobowością twórczą niejako narzucił on sam swoimi esejami, szczególnie zebranymi w tomach Rodzinna Europa i Szukanie Ojczyzny.
Związki z ziemią nie przesądzają co prawda o całej literacko−filozoficznej złożoności utworów Miłosza, ale odegrały niepoślednią rolę w kształtowaniu się jego wyczulenia na krajobraz, pamięć i przemijanie. Fałtynowicz, konstruując pieczołowicie swą książkę z faktów, dat, cytatów zdaje się wiedzieć o tym, że przecenianie więzi poety z miejscem grozi nadinterpretacją, patosem, poznawczym fałszem.
Piewcą Suwalszczyzny Miłosz nie był. Ta północno−wschodnia kraina przedstawiała się dwudziestoletniemu poecie jako mroczna i wietrzna. Tutaj zaplanował dokonanie młodzieńczej (na szczęście nieudanej) próby samobójczej. Z tutejszymi ludźmi nie zawierał głębszych znajomości. Miłosz w pierwszym okresie swego życia bywał na Suwalszczyźnie niejako z przymusu. W Suwałkach mieszkali rodzice z jego młodszym bratem, a w niedaleko położonym dworku w Krasnogrudzie żyła rodzina ze strony matki. Jasnych barw kraina Czarnej Hańczy nabrała w jego oczach, poezjach i wypowiedziach dopiero wtedy, gdy powrócił tu po ponad 50−letniej nieobecności. Nad jeziorem Hołny znalazł dawnego siebie.
Autor książki z poszanowaniem dla intymności swego bohatera skomponował narrację tak, że wysnuwa się z niej los poety i obrazy miejsc, które pozwoliły czy pomogły mu określić, nazwać, przybliżyć własne przeznaczenie. Po lekturze tego, bogatego w szczegółowe ustalenia faktograficzne, wydawnictwa i obejrzeniu licznych fotografii Suwalszczyzna może wydać się swego rodzaju klamrą, krainą otwarcia i zakończenia biografii Miłosza. Ujęcie to – jakkolwiek bardzo kuszące – chyba nie było zamierzeniem Fałtynowicza. To złudzenie bierze się z tego, że gdy badamy relacje Miłosza z danym punktem geograficznym, powinniśmy uwzględniać inne miejsca, np.: Wilno, Wileńszczyznę, Litwę, Warszawę, Kraków, Paryż, San Francisco itd. Świadomość przestrzeni jest jedną z zasadniczych cech poezji i eseistyki autora Doliny Issy. Jak mi wiadomo, literaturoznawcy pracują nad szczegółowym odtworzeniem i opisaniem geografii poetyckiej Miłosza (jej sprawdzalność, np. podczas badań terenowych, jest podobno fenomenalna).
W książce Fałtynowicza poeta jawi się jako ktoś „użyteczny” (o użyteczność intelektualistów we współczesnym świecie Miłosz apelował nieomal podczas każdego spotkania nad Wigrami). „Użyteczność” polega na tym, że w biografii, jak i wierszach poety, przegląda się wszystko, co kulturowo było lub jest charakterystyczne i ważne dla Suwalszczyzny, ale nie tylko dla niej. Fałtynowicz poprzez Suwałki łączy Miłosza z urodzoną w tym mieście Marią Konopnicką, ale też nowymi poetami, którzy urodzili się w tym regionie i tu tworzą. Wielcy poeci mają to do siebie, że wokół nich powstaje w czasie i przestrzeni „rodzina poetów”. Poprzez Miłosza Suwalszczyzna łączy się z historią, współczesnością i przyszłością Polski, Litwy, Europy, świata.
O książce dowiedziałam się przypadkiem w jednej z wyszukiwarek internetowych. Po przeczytaniu krótkiej recenzji, wpadłam w euforię: oto książka, na którą wielu czekało! Temat fotografia a prawo autorskie jest mi szczególnie bliski. Dlatego spodziewałam się, że książka stanowić będzie kompendium wiedzy niezbędnej. Niestety, nie mogę dołączyć do grona entuzjastów.
Książka Orżewskiego często reklamowana jest jako bestseller. We wstępie autora czytamy, iż ma przede wszystkim zwrócić uwagę na aspekty prawne wykorzystania wizerunku, zasady ochrony dóbr osobistych, a także uprawnienia twórcy fotografii, możliwości wykorzystania zdjęć autorstwa innych osób i wreszcie możliwości akcji sądowej w tych wszystkich przypadkach, gdy zasady prawne zostają naruszone. Prawda, że brzmi to zachęcająco? Nawet spis treści kusi. Ale po przeczytaniu, a w zasadzie już w trakcie poznawania książki, budzi się w czytelniku niepokój.
Wojciech Orżewski napisał kilka prac związanych z prawem autorskim (i nie tylko), lecz w jego najnowszej książce brak konkretów. Dużą jej część stanowi opis aspektów związanych ogólnie z prawem autorskim. Przedstawiane są one dosyć szczegółowo. Zastosowana przez autora ciekawa metoda – stawia intrygujące pytania i nie udziela na nie odpowiedzi – co prawda pobudza sprawność umysłową czytelnika, lecz czy o to chodziło? Zagadnienia związane z samą fotografią, zawodem fotografa czy hobby fotografa−amatora pojawiają się z rzadka. Uwagę przykuwają tylko dwa fragmenty. W pierwszym autor podniósł kwestię ochrony wizerunku, w drugim zaś omówił problemy związane z tzw. fotografią rzemieślniczą. Polecam szczególnie ten ostatni rozdział, gdyż poruszone zostały w nim sprawy niezbyt często omawiane przez innych badaczy, m.in. związane z prawem autorskim tzw. zdjęć legitymacyjnych. Otóż, jak podaje Orżewski, ich rozpowszechnianie oraz stosowanie do innych celów niż nazwa wskazuje, wymaga zgody autora zdjęć. Jest to bardzo ciekawy aspekt i, moim zdaniem, wymaga odrębnej dyskusji.
Nie żądałam od autora pierwszej w polskiej literaturze prawniczej książki o prawie autorskim w fotografii skrupulatnego opisu wszystkich sytuacji mogących zaistnieć w tzw. życiu fotografa i miłośnika fotografii. Jest to po prostu niemożliwe. Jednak przytoczenie choćby kilku konkretnych przykładów pomogłoby czytelnikom mniej lub bardziej zorientowanym w polskiej ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Przed Orżewskim omówienia tej tematyki podjęli się m.in. Jan Błeszyński i Ewa Ferenc−Szydełko. Jednak zawsze były to krótkie artykuły, a z racji momentu publikacji, rozpatrujące stan prawny dotyczący ustawy z 1952 (Błeszyński). Pierwsza polska ustawa o prawie autorskim z 1926 r. po macoszemu potraktowała fotografię. I myślę, że Orżewski również niezbyt pomógł fotografom i amatorom fotografii. Zaprezentował bowiem temat dość akademicko. Przedstawił interesujące wykłady bez odniesienia do postępowania praktycznego. Nie czyniłabym wyrzutów, gdyby nie fakt, iż autor sam zapowiedział taki stan rzeczy. Przyznaję jednak, że atutem jest, iż zawarł w swej książce wzory różnych umów, m.in. umowy o rozpowszechnienie wizerunku, umowy o dzieło z fotografem. Co prawda, możemy odnaleźć je w innych publikacjach, ale zgromadzone tutaj umożliwią zainteresowanym szybkie ich odnalezienie.