ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


NIEPIŚMIENNI

Leszek Szaruga

Jestem coraz bardziej pewien, że po wielkiej rewolucji, jaką było przejście z kultury oralnej do piśmiennej, znajdujemy się obecnie w fazie zaniku tej ostatniej. Olbrzymia większość studentów kierunków humanistycznych, z którymi w ostatnich latach miałem do czynienia, pisać po prostu nie potrafi. Obawiam się zresztą, że nie potrafi również czytać, choć w ich przypadku taka umiejętność wydawać by się mogła niezbędna. Czytanie zastępuje przeglądanie, najlepiej bryków i skrótów internetowych. Coraz częściej w przypisach prac magisterskich pojawia się źródło tak doniosłe, jak Wikipedia, traktowane jako niepodważalny fundament wiedzy. Z kolei podczas zajęć lub „zaliczeń” studenci odsłaniają nie tylko luki w wykształceniu, ale przede wszystkim niezdolność formułowania dłuższych i spójnych wypowiedzi.

Co ważniejsze, studenci doskonale sobie z tego stanu rzeczy zdają sprawę. Jako zdziwaczały staruszek wymagający prac pisemnych, czytam teksty porażające językowym ubóstwem i infantylnością narracji, w których zwroty typu „na dzień dzisiejszy” czy „w miesiącu styczniu” albo „okres czasu”, wreszcie – by na tym poprzestać – „w tym temacie”, pojawiają się z częstotliwością zaświadczającą kompletną lingwistyczną bezmyślność. Zanika w tych wypracowaniach zdolność odróżnienia dyskursu publicystycznego, a nawet potocznego, od naukowego czy choćby tylko eseistycznego. Zjawisko to ma zasięg masowy, co jest o tyle niepokojące, iż dotyczy intelektualnej elity społeczeństwa.

Nie osądzam studentów, gdyż ich niepiśmienność nie jest przez nich zawiniona. Wydaje się, że mamy do czynienia z efektem zapaści całego systemu edukacyjnego, w którym wymóg systematycznego ćwiczenia umiejętności pisania (i czytania) został zarzucony. Wydaje mi się, że już w szkołach podstawowych i średnich kształcenie zdolności wypowiadania się na piśmie zostało zredukowane do absolutnie niezbędnego minimum. Coś musiałem chyba przeoczyć i nie zauważyłem istotnej zmiany cywilizacyjnej, która sprawia, że ta umiejętność przestała być potrzebna.

Czy to znaczy, że w globalnej wiosce elektronicznych mediów powstała czarna dziura pożerająca galaktykę Gutenberga? A może po prostu ta galaktyka się kurczy i pozostanie niebawem przestrzenią zamieszkaną przez egzotyczne plemię zdolne posługiwać się pismem? Być może. Ewolucja ma swe zasady i własną logikę, której reguły odczytać można dopiero post factum. Obserwowanie zjawisk nie upoważnia do ich oceny. Zapewne jest tak, jak głosi popularne powiedzonko: organ nieużywany zanika. Niewykluczone wszakże, iż w jakiejś niszy przetrwają osobniki owym organem wciąż się posługujące.

Przed laty Czesław Miłosz napisał szkic „Życie na wyspach”, w którym ukazywał obraz amerykańskiej literatury trwającej już niemal wyłącznie w uniwersytetach. Podobnie dzieje się teraz i u nas. Na oceanie kultury masowej odnaleźć wciąż można wyspy ludzi czytających i piszących, lecz ten gatunek homo postsapiens staje się równie rzadki i wymagający dla przetrwania specjalnych zabiegów, jak przedpotopowe żółwie na Galapagos, których egzystencji zagroził niedawno wyciek ropy z tankowca. Jakkolwiek patrzeć – wesoło nie jest, a przyszłość tradycyjnych wydawnictw wydaje się niepewna. Biblioteki zapewne przetrwają jako szacowne zabytki kultury odwiedzane przez dziatwę z poczuciem uczestnictwa w niezbyt zrozumiałym misterium.

Przyznam ze skruchą, że tęsknię czasem za dawnym porządkiem, w którym co prawda szalała cenzura i inne łajdactwa, ale ludzkość pochłaniała książki w sposób dziś już niewyobrażalny. Pomyśleć, że czterdziestotysięczny nakład „Ulissesa” potrafił zniknąć z księgarń w ciągu dwóch dni, zaś Szymborska, wydana w 30 tys. egzemplarzy, osiągalna była wyłącznie „spod lady”. Tęsknię za tygodnikami, w których odbywały się – oczywiście ocenzurowane – poważne debaty o literaturze, a recenzje z książek miały postać małych esejów. Dziś słyszę od redaktora: „to za trudne dla naszych czytelników” i jestem pewien, że niebawem zażąda ode mnie, by recenzja nie przekraczała objętości SMS−a. Ostatnio jedno z pism proszących mnie o wypowiedź na temat wymagający w gruncie rzeczy poważnego artykułu (jeśli nie eseju) zażądało, by tekst nie przekroczył 2000 znaków. Zasada, iż „wszystko można skrócić”, dominuje w większości czasopism – niebawem redaktorzy zaczną skracać wiersze, a może nawet i wzory matematyczne.

Ale właściwie o co chodzi? W końcu grupka ludzi czytających i piszących to niewielka nisza w sześciomiliardowej masie ludzkości. Nie ma się czym przejmować. Przed laty, jadąc metrem w Mexico City – zatłoczonym, bo miasto ludne, około 25 milionów mieszkańców – zdumiałem się widząc, jak publika gremialnie pogrążona była w lekturze nawet czasem dość opasłych książek. Zdumienie moje jednak się spotęgowało, gdy dostrzegłem, że studiowane z takim przejęciem księgi to komiksy. Nie mam nic przeciw komiksom, ale ta przygoda pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego stacje metra w tym mieście poza nazwami „alfabetycznymi” posiadały nazwy wyrażane pismem obrazkowym: słońce, księżyc itd. Dziś myślę, że ujrzałem wówczas świat przyszłości.