„Kiedy mówimy, że religia jest zjawiskiem naturalnym, możemy chcieć ją przeciwstawić temu, co nadprzyrodzone: twierdzić, że jest ona zjawiskiem ludzkim, złożonym ze zdarzeń, organizmów, struktur, schematów i innych bytów, z których wszystkie podlegają prawom fizyki lub biologii, a więc nie zakładają cudów. Zauważmy, że mogłoby być prawdą, iż Bóg istnieje, jest rzeczywiście inteligentnym, świadomym, kochającym stwórcą nas wszystkich, a mimo to sama religia, jako złożony zbiór faktów, jest absolutnie naturalnym zjawiskiem. (...) Zakładając, że religia jest zjawiskiem naturalnym, nie przesądzam kwestii jej wartości w życiu człowieka.” Niniejszy cytat wyraża tezy programowe książki Daniela Dennetta, jednego z największych filozofów amerykańskich, przedstawiciela naturalistycznego podejścia do badań nad umysłem. Ma być ona poświęcona „naukowemu” podejściu do zjawiska religii, definiowanej jako: „systemy społeczne, których uczestnicy deklarują wiarę w nadprzyrodzony czynnik sprawczy, o którego aprobatę należy się starać”.
Odczarowanie składa się z trzech części wzbogaconych czterema dodatkami. Pierwsza (Otwieranie puszki Pandory) ma charakter manifestu naturalistycznego, w którym autor kreśli potrzebę i przyszłe pożytki z naukowego podejścia do zjawiska religii; wydaje się ona zdecydowanie najsłabszą częścią książki, której pominięcie może uczynić lekturę pozostałych dużo ciekawszą. Część druga (Ewolucja religii) poświęcona jest poszczególnym stadiom rozwoju religii w dziejach ludzkości: jej korzeniom (instynkt „łatwego wyzwalania”), wczesnym stadiom rozwojowym („wobec nadmiaru wyobrażonych bytów działających kandydaci do rozgłosu zostali zatrudnieni jako pomocnicy w podejmowaniu decyzji lub we wróżbiarstwie”), transmisji religii, jej społecznym formom organizacji i w końcu postaci dojrzałej, którą Dennett nazywa wiarą w wiarę (wiarą, że wiara w Boga jest tak ważna, iż nie można jej podważać). W końcu część trzecia (Religia w naszych czasach) dotyczy wpływu religii na nasze życie, a więc tego, czy czyni nas ona lepszymi, związku religii z moralnością i poczuciem sensu życia.
Nie sposób tu dokładnie omówić bogatej treści książki, obfitującej w liczne informacje z różnych dziedzin nauki i argumentacje filozoficzne. Autor zakłada w niej podejście ewolucyjne do zjawiska religii, bazujące na trzech pojęciach – filarach ewolucjonizmu: replikacji, mutacji i rywalizacji. Odpowiednikiem przekazu genetycznego na gruncie kultury jest tzw. przekaz memetyczny, do którego wskazane pojęcia również się stosują (mem to termin wprowadzony przez Dawkinsa, oznaczający „element kultury, który można uznać za przekazywany niegenetycznymi drogami”). Rezultatem takiego podejścia jest to, że religię można analizować jako zjawisko społeczne bez potrzeby odwoływania się do natury ludzkiej. Jak pisze we wstępie do książki Barbara Stanosz, „podejście memetyczne uchyla argument, że odwieczność religii świadczy o tym, że zaspokajają one ważną i trwałą potrzebę człowieka”.
Książka grzeszy tym, czym grzeszą zwykle prace „z tezą”. Bardzo interesujące analizy (np. rozdział VIII Wiara w wiarę) są przeplatane dużymi partiami apologetyczno−polemicznymi; dociekania ocierające się o sprawy istotne zamazywane są fragmentami publicystycznymi (np. liczne przykłady tego, że mimo religii nie jesteśmy lepsi) itd. Muszę przyznać, że dla mnie najciekawsze okazały się przypisy i wspomniane dodatki, w których brak owego programowego, „perswazyjnego” stylu.
Są to rękopisy z archiwum Fundacji Paula Sachera w Bazylei, przygotowane do druku przez Zbigniewa Skowrona. Książka zbiera luźne zapiski z lat 1958−84, które przez autora nie były przeznaczone do publikacji.
Notatki Lutosławskiego zaświadczają o jego nieustannym poszukiwaniu własnej drogi. Pod koniec lat 50. ostro krytykował awangardę twierdząc, że poszła za daleko w totalnej serializacji wszystkich parametrów muzyki, co powoduje jej statyczność. Nie widział celu takich zabiegów poza ucieczką od tradycji. Ganił naśladowców Weberna. Nowość jako jedyną zaletę dzieła sztuki przyjmował z dezaprobatą. Widział niekonsekwencję w pomysłach Stockhausena, który chciał urozmaicić muzykę wprowadzając przestrzenność. Trzeba by w takim razie zserializować przestrzenność – ironizował Lutosławski.
Pisanie w dominującym idiomie uważał za kwietyzm. Podkreślał konieczność niezależności artysty od „życia zewnętrznego”. „Zaangażowanie się w ustawiczny dialog z opinią jest rodzajem niewoli” – dowodził. Z notatek przeziera czasem pesymizm: historia muzyki zmierza do braku muzyki, w tym garnku widać dno, Cage już się doskrobał do tego dna – takie myśli pojawiają się we wczesnych zapiskach.
Lutosławski deklarował sympatię do awangardy, ale ubolewał, że zasadniczym jej zadaniem jest polemika z zastanym stanem rzeczy. Bronił harmoniki jako ważnego elementu dzieła. Ona dopiero teraz nabiera znaczenia – odnotował – gdy opadają ograniczenia myślenia tonalnego. Pisał też o wieczności i niezniszczalności rytmiki.
Mimo wszystko jednak Lutosławski jawi się w tej książce jako rasowy modernista. Prawdziwie dobra muzyka rodzi się ze znudzenia wszystkim, co się słyszało – powiadał. Pisał, że twórczość w dziedzinie języka jest koniecznością, ale uważał, że wyrafinowane sposoby organizowania materiału muzycznego mają tylko wtedy sens, jeśli dają się percypować. Szukał elementów techniki, które się nie starzeją. Chciał być wynalazcą i klasykiem zarazem.
Przeżywał to, że w opinii niektórych może uchodzić za tradycjonalistę. Był awangardzistą osobnym, samoswoim. Albo też, jeśli awangardę rozumieć wąsko, ograniczając ją w latach 60. do serializmu, można powiedzieć, że wybrał trzecią drogę między awangardą i tradycjonalizmem. Był przeciw pryncypialności i ortodoksji awangardy, ale za wolnością tworzenia, nieskrępowaną zasadami choćby najnowszej proweniencji.
Tłem tych zapisków jest własna twórczość kompozytora. Poszukując własnego języka utyskiwał, że środki, którymi operuje, nie są jeszcze doskonałe. Podkreślał, że nie bierze udziału w dialogu, jest poza modami i poza bieżącym życiem muzycznym.
Nie znajdziemy w tej książce szczególnej głębi myśli. Na zbiór składają się codzienne zapiski, czynione pod wpływem chwili, nierozwinięte i nie zawsze do końca przemyślane. Nawet te fragmenty, które są notatkami do wystąpień czy artykułów, nie zawierają pobudzających rozważań. Uderza dość wąski krąg tematyczny, obracanie się wokół tych samych zagadnień, powtarzanie ulubionych „złotych myśli”. Lutosławski wypowiadał się przede wszystkim w muzyce i tu osiągnął mistrzostwo. To, co pisał, ma ograniczone znaczenie.
Kultura chrześcijańska sporo zawdzięcza poganom. Większość namacalnych manifestacji sacrum ma swoje źródło właśnie w religii opartej na kulcie Słońca. Zaadaptowanie tych rytuałów ma swoje częściowe uzasadnienie w tym, iż wzajemne przenikanie się wpływów było nieuniknione w okresie współegzystencji z poganami. Przy czym, z racji tego, że w omawianym przez Chuvina okresie chrześcijanie z prześladowanych stali się prześladowcami, to oni mogli korzystać z pozostawionej spuścizny. Nie tylko materialnej. Całkiem spora grupa intelektualistów chrześcijańskich odnalazła w poganach, jakbyśmy to dziś określili, swoisty think tank. Zaczęli sympatyzować z kulturą pogańską, pozostając przez pewien czas pod jej znaczącym wpływem. Dotyczyło to zresztą nie tylko elit, ale i niższych warstw, które upodobały sobie z kolei pogańskie rozrywki. Do tego dochodzili neofici, którzy przy przechodzeniu z pogaństwa niełatwo się rozstawali z hołdowaną przez całe życie tradycją. Było w tym wszystkim więcej pragmatyzmu i kalkulacji niż duchowych przesłanek, które w obydwu przypadkach i tak sprowadzały się do prośby o zapewnienie życia po śmierci.
Rekonstrukcja losów ostatnich pogan odtworzona jest tutaj niejako w dwójnasób. W pierwszej części, typowo kronikarskiej, autor pokazuje sekwencje zdarzeń, które wyznaczały kolejne etapy eliminowania ich z życia społecznego. W drugiej – kreśli ich portret własny: kim byli, jakie obrzędy praktykowali oraz które bóstwa otaczali kultem. Wychodzi też zwycięsko z dość karkołomnej, wydawałoby się, próby odtworzenia miejsc pobytu pogan na terenie cesarstwa. Jedyne, czego się nie podejmuje, z obiektywnych zresztą powodów, to określenie ich dokładnej liczby. Trudno jednak po lekturze nie odnieść wrażenia, że pogaństwo, będące już w V wieku właściwie tłem, stanowiło ze swoim zapleczem duchowym i intelektualnym solidną podwalinę, na której chrześcijaństwo mogło odnieść triumf. I to bynajmniej nie poprzez kontrę do tego. Teza może i kontrowersyjna, ale u Chuvina porządnie udokumentowana. Oczywiście, sensacji na miarę tych, które wyszły spod pióra Dana Browna, tutaj nie znajdziemy. Wszelkim infantylizmom, a tych, jak się okazuje, nie brak, profesor filologii klasycznej w Uniwersytecie im. Blaise’a Pascala w Clermont−Ferrand mówi stanowcze „nie”. Krytycznym okiem spogląda na dorobek innych autorów, badających ten okres dziejów i prowadząc z jednymi rzeczową polemikę, ironicznie obśmiewa „naciągane teorie” pozostałych.
W swojej książce, oprócz tytułowego grona bohaterów pokazuje też, siłą rzeczy, postawę tych z drugiej strony barykady. Ta rywalizacja napędzała całe miasta cesarstwa, a w gruncie rzeczy była jedynie walką o przetrwanie rytuałów. Nie była to przy tym aksamitna rewolucja. Począwszy od edyktu nomen omen tolerancyjnego, wydanego przez Konstantyna, aż po Teodozjuszowy zakaz kultu, a nawet jeszcze później „krzyż na sztandarach chrześcijańskich wielokrotnie walczył z Herkulesem na sztandarach pogańskich”. Burzono świątynie, wywracano posągi, niszczono ołtarze, palono książki o astrologii i przepowiedniach, apogeum zaś było pozbawienie pogan funkcji administracyjnych. Chuvin pozwala zrozumieć mechanizmy rządzące tymi procesami, konstatując po dogłębnej analizie, iż choć w zamyśle miały one doprowadzić do zaniku wierzeń pogańskich, to skończyły się, o ironio, praktykowaniem zwyczajów i wiary ludzi tak do pogan podobnych.
Książka słynnego psychologa to próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego zwykli ludzie dopuszczają się czynów nikczemnych, z piekła rodem. Philip Zimbardo analizuje ludobójstwo w Rwandzie, masakrę w My Lai w Wietnamie, koszmar nazistowskich obozów koncentracyjnych, w końcu dręczenie więźniów w irackim Abu Ghraib. Ale Efekt Lucyfera to w znakomitej większości wnikliwe studium najgłośniejszego badania w historii nauk społecznych – stanfordzkiego eksperymentu więziennego.
W uniwersyteckich piwnicach wydziału psychologii urządzono latem 1971 roku więzienie. Grupę studentów ochotników, przebadanych uprzednio pod kątem zdrowia psychicznego, podzielono losowo na „więźniów” i „strażników”. Eksperyment miał trwać dwa tygodnie. Ale nie mógł. Bo to było piekło z okrutnymi, sadystycznymi strażnikami i sfrustrowanymi, zdemoralizowanymi więźniami. „To, co robisz tym chłopcom, to okropność!” – miała rzec do Zimbardo była studentka. Eksperyment musiał zostać przerwany już po sześciu dniach w obawie o zdrowie i życie jego uczestników. A ta polskiego pochodzenia studentka, obecnie profesor psychologii Uniwersytetu Kalifornijskiego Christina Maslach, została żoną Zimbardo i to jej zadedykował tę książkę.
Autor przedstawia mechanizmy sprzyjające niecnym czynom. Pisze o deindywidualizacji, uniformizacji sprawców, bo kiedy jest się anonimowym, odpowiedzialność się zmniejsza i łatwiej czynić zło. To dlatego wojownicy malują ciała albo noszą maski, a żołnierze mają identyczne mundury. Z drugiej strony mamy dehumanizację ofiar, poprzez nadanie im numerów, ubranie w takie same stroje – im mniej ludzcy, tym łatwiej ich krzywdzić. Zimbardo pisze też o dysonansie poznawczym, który racjonalizuje zło, o konformizmie i bezwzględnym posłuszeństwie wobec autorytetów, które badali Asch i Milgram. Bo najważniejszy jest wpływ sytuacji i systemu. To system, czyli kompleks czynników kształtujących kontekst sytuacyjny, jest nadrzędną siłą mogącą czynić zło z dobra. Zło nie wynika z ludzkich genów, charakteru ani z cech osobowości – mówi Zimbardo; nie przede wszystkim. Najistotniejsza jest siła wpływu sytuacji wynikającej z systemu. Takim systemem były nazistowskie Niemcy czy junty wojskowe w Ameryce Łacińskiej, takim systemem są więzienia w Iraku, Afganistanie i na Kubie, takim systemem było też eksperymentalne więzienie w Stanford. Zimbardo mówi, że tak jak „niosący światło” Lucyfer, ulubiony anioł Boga, upadł i stał się szatanem, tak dobrzy ludzie mogą stać się źli, jeśli się znajdą w szponach piekielnego systemu.
Ale dusza człowiecza nie jest jądrem ciemności. A samo dobro i zło nie są opozycyjne. To dwie strony tego samego medalu. Ludzka natura ma dwa oblicza: można być nikczemnikiem lub bohaterem. Zimbardo zamyka książkę koncepcją „banalności heroizmu”. Okazuje się, że ludzie, którzy dokonują heroicznych czynów, mają bardzo wiele wspólnego ze sprawcami zła. Jedni i drudzy są najczęściej zwykłymi, przeciętnymi ludźmi, a to, co czynią, nie wynika z patologii czy z dobroci, z ich psychiki bądź genomu. Jedni i drudzy dokonują swoich czynów w kontekście niezwykłych okoliczności, gdy siły sytuacyjne odgrywają dominującą rolę.
„Efekt Lucyfera” polega na przenikaniu się aniołów i demonów, dobra i zła, które trwa w każdym z nas. Cała sztuka zasadza się na tym, żeby „zło dobrem zwyciężać”.
Postęp w dziedzinie nauczania akademickiego cechuje się tym, że nauczamy wciąż nowych rzeczy przy użyciu coraz to innych środków i narzędzi. Po okresie kredy i tablicy przeżyliśmy inwazję technik audiowizualnych, potem pojawiły się komputery, a obecnie w coraz szerszym zakresie mamy do czynienia z pedagogiką medialną. Niestety, wiedza na temat możliwości i ograniczeń tego nowego narzędzia jest niewystarczająca, dlatego z dużą satysfakcją powitać trzeba książkę Pedagogika medialna z podtytułem Podręcznik akademicki.
Utarł się pogląd, że podręcznik prezentuje głównie wiedzę cudzą, rejestruje, systematyzuje i przekazuje myśli „klasyków”, a rola autora sprowadza się do zebrania tych myśli i odpowiedniej ich systematyzacji. Przy takim rozumieniu książka typowym podręcznikiem nie jest, bowiem autorzy dokładali starań, by w przedstawianych przez siebie treściach zaprezentować jak najszerszy zasób własnych, oryginalnych myśli. Natomiast jeśli rolę podręcznika akademickiego wiązać z bogatym zasobem nowoczesnej wiedzy, dodatkowo wzbogaconym obszerną bibliografią oraz erudycyjnym ujęciem tematu – to oceniana książka z pewnością może być używana jako podręcznik.
Książka jest dziełem wielu autorów, ale wpływ redaktora naukowego jest w niej bardzo widoczny, w związku z czym uwagi, które pozwolę sobie sformułować, zdecydowanie należy kierować pod adresem prof. Siemienieckiego.
Zawarte w książce treści są bardzo obszerne i pokrywają z nawiązką zapowiedziany w tytule dzieła zakres problemowy. W tomie pierwszym zaczyna się od zdefiniowania pola działania, w obrębie którego lokowane będą dalsze treści. Opisy te jednak nie mają w żadnym wypadku charakteru didaskaliów – są to pełnokrwiste eseje naukowe, wypełniające następujące obszary tematyczne: Media i cywilizacja oraz Media w pedagogice. Sam prowadzę badania naukowe we wskazanych obszarach, dlatego z dużym uznaniem doceniam oryginalne i nowoczesne ujęcie tych zagadnień.
Wspomniane dwie części pierwszego tomu meblują scenę, na której wystąpić ma najważniejszy aktor: opisany w części trzeciej Zarys kognitywistyczno−konstruktywistycznej teorii pedagogiki medialnej – autorskie dzieło Bronisława Siemienieckiego. Jestem pełen uznania dla oryginalności tej części książki, a jednocześnie doceniam jej rolę inspirującą w kreowaniu nowych podejść i nowych ujęć poruszanych problemów.
W drugim tomie wyróżniono trzy części opisujące uwarunkowania, w których można realizować postulowane w książce elementy kognitywistyczno−konstruktywistycznej teorii pedagogiki medialnej. Część pierwsza pokazuje uwarunkowania technologiczne. Jest oczywiste, że mówiąc o pedagogice medialnej nieuchronnie musimy sięgnąć do zagadnień związanych z technologią, dlatego ta część książki jest czymś w rodzaju instrumentarium, bez którego obyć się nie da, którego jednak nie należy fetyszyzować. Część druga opisuje metodykę kształcenia edukacji medialnej i technologii informacyjnej. Trzecia część mówi o nauczycielu edukacji medialnej i technologii informacyjnej – o jego kwalifikacjach, funkcjach, o sposobie kształcenia i doskonalenia zawodowego, o metodyce korzystania z technologii w nauczaniu nauczycieli właśnie technologii.
Gorąco polecam jej lekturę wszystkim, których interesuje styk świata elektronicznych i informatycznych mediów oraz niezwykle delikatnej materii kształcenia i nauczania.
Japonia – Kraj Kwitnącej Wiśni, znany z rytuału parzenia herbaty i tradycji rycerskich. Kolebka sztuk rządzących się ścisłymi zasadami – origami, ikebana, bonsai. Jeden z najbogatszych krajów świata. Wytwory japońskiej elektroniki są najczęściej kupowanymi produktami tego typu na świecie. Kraj przodujący w rozwoju technicznym. Piękna, tajemnicza, orientalna. Taka wizja Japonii jawi się w ogólnej świadomości. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.
Alex Kerr przedstawia Japonię, która w niczym nie przypomina jej stereotypowego obrazu. To miejsce, gdzie już dawno zapomniano o tradycjach, a pozostałości wspaniałej przeszłości są systematycznie niszczone. Kultura japońska z jej umiłowaniem przyrody powoli podupada, a wysublimowana sztuka ustępuje miejsca nowinkom technicznym. Znane z tradycyjnych drzeworytów i rycin obrazy gór i wybrzeży wysp japońskich, piękne gaje wiśniowe i porosłe bambusem stoki pozostają tylko wspomnieniem. Również tradycje szlachetnych samurajów odeszły do przeszłości.
Dzisiejsza Japonia jest krajem, w którym bezmyślnie niszczy się środowisko naturalne, a rozwój technologii wynika nie z potrzeby ułatwienia życia, a ze strachu przed wszystkim, co naturalne. Jako jeden z najbardziej rozwiniętych krajów świata Japonia produkuje rocznie tysiące ton toksycznych odpadów, a mimo to nie ma żadnych norm ich składowania czy emisji szkodliwych gazów. W większości zbiorników wodnych Japonii ilość składników trujących wielokrotnie przekracza dopuszczalne na Zachodzie normy, mimo to rząd nadal nie wprowadza regulacji prawnych dotyczących ochrony środowiska. Wybrzeża wysp japońskich pokrywane są betonowymi tetrapodami, mającymi chronić je przed erozją, a w rzeczywistości powodującymi jeszcze szybsze niszczenie dna morskiego. Górskie wsie są zamieniane w wysypiska śmieci, a najmniejsze nawet strumyki ujmowane w betonowe rynny. Na rzekach buduje się coraz to nowe tamy i zapory, a zbocza górskie zabezpiecza się przed osuwaniem wylewając na nie tony betonu. Na wyspach japońskich pokutuje bowiem przekonanie, że są one częścią świata najbardziej narażoną na klęski naturalne, takie jak: lawiny błota czy kamieni, powodzie, susze i trzęsienia ziemi. Tymczasem ze statystyk wynika, że w południowej części Włoch dużo częściej zdarzają się trzęsienia ziemi na skalę podobną do tych występujących u wybrzeży archipelagu wysp japońskich, a powodzie dużo częściej występują choćby w Chinach. Żaden z tych krajów nie uznał jednak za słuszne rujnować środowisko naturalne w sposób, w jaki czyni się to w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkie bowiem japońskie zabezpieczenia przed żywiołami są „na wszelki wypadek”, przy czym wypadki te zdarzają się raz na 150 lat.
Książka Kerra przedstawia nam Japonię, jakiej nie znamy i nie chcemy poznać, woląc piękne o niej wyobrażenia. Nie chcemy bowiem wiedzieć o korupcji urzędników, świadomym niszczeniu krajobrazu, zamieraniu kultury, zabijaniu przedstawicieli wymierających gatunków ssaków morskich i rekinów. Jednak praca Kerra przybliża nam prawdę o kraju, w którym drzewa będące jego symbolem są wycinane, bo ich opadające płatki i liście zaśmiecają betonowe chodniki, a świat coraz bardziej zaczyna przypominać upiorne wizje rodem z najbardziej futurystycznej mangi.