ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


Ktoś zaoferował studentom wynajęcie garażu, do którego wstawił grzejnik i materace. Co będzie następne: piwnica? schowek na rowery? komórka na węgiel? psia buda?

Pod most

Marek Misiak

We wrześniu i październiku ubiegłego roku pojawiały się w mediach alarmujące doniesienia, że wielu studentów niepochodzących z miasta, gdzie studiują, może być zmuszonych rzucić studia, gdyż nie będą mieli gdzie mieszkać. Uczelnie w kilku miastach (np. we Wrocławiu) zmniejszyły liczbę akademików. Coraz częściej właściciele mieszkań nie chcieli wynajmować ich studentom, preferując osoby pracujące. Jednocześnie stale rosnąca liczba studentów przy równoczesnym kryzysie na rynku mieszkaniowym spowodowała drastyczną zwyżkę cen wynajmu choćby tylko miejsca w pokoju. Duża przewaga popytu nad podażą daje wynajmującym możność dyktowania nie tylko cen, ale także innych warunków. Studenci Uniwersytetu Wrocławskiego manifestowali na moście Grunwaldzkim, mówiąc, że niedługo tam właśnie będzie ich miejsce zamieszkania. W imieniu studentów o życzliwość i obniżenie cen prosiło kilku rektorów. Po paru tygodniach sprawa przycichła. Nikt nie dysponuje jednak danymi, ilu studentów, zwłaszcza I roku, musiało zrezygnować ze studiów lub przenieść się na studia zaoczne.

Gra w casting

Jednym z najbardziej kuriozalnych skutków tego typu sytuacji są tzw. castingi na współlokatora. Byłyby one zrozumiałe, gdyby stanowiły narzędzie odsiewu ludzi o nawykach lub cechach charakteru czyniących wspólne zamieszkiwanie horrorem. Kiedy czytam w gazetach i na forach internetowych wypowiedzi organizatorów takich castingów, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że wielu z nich służą one głównie do zabawy kosztem innych. Czemu innemu bowiem mają służyć dziwne polecenia lub pytania ingerujące mocno w sferę intymną? Źródłem rozrywki bywa też sama sytuacja castingu, gdy kilku lub kilkunastu kandydatów siedzi wystraszonych, patrząc wilkiem na siebie (bo przecież jeśli ten drugi zostanie wybrany, to ja odejdę z kwitkiem), a przepytujący rozsiada się na kanapie całkowicie zrelaksowany. Poczucie władzy jest niewątpliwie bardzo miłe, ale co takie sytuacje mają wspólnego z jakąkolwiek solidarnością wśród studentów?

Nie mogę się również pozbyć wrażenia, że wiele takich „paczek” kolegów organizujących castingi chce, aby mieszkał z nimi ktoś do nich podobny – kto nie tylko opuszcza deskę sedesową, ale również podobnie się ubiera, słucha podobnej muzyki i podobnie lubi spędzać wolny czas. Teoretycznie nie ma w tym nic złego – każdy może otaczać się takimi ludźmi, jakimi chce. Ma to jednak, w mojej opinii, znamiona zamykania się w jednym środowisku. Tymczasem od współlokatora odmiennego mocno od nas (ale nie irytującego) można czegoś się nauczyć – być może w jego sposobie życia jest coś, co można by naśladować, a dzięki jego zainteresowaniom zapoznamy się z czymś naprawdę ciekawym?

Upokarzanie studenta

O ile castingi można by jeszcze uznać za swego rodzaju znak czasu i wyraz zmian w środowisku studenckim, o tyle postawa wielu właścicieli mieszkań jest już wyrazem czystego cynizmu połączonego z myśleniem stereotypami tak uproszczonymi i mijającymi się z prawdą, że jest to wręcz nie do uwierzenia.

Mam pełną świadomość wagi używanych słów i chcę równocześnie zaznaczyć, że wielu wynajmujących mieszkania cechuje życzliwość, niewykluczająca dobrze pojętej troski o swoje interesy i mienie. Kiedy jednak słucham znajomych, oglądam telewizję, czytam gazety i surfuję po Internecie, co rusz natykam się na opowieści wręcz kuriozalne, a jednocześnie – o zgrozo! – najwyraźniej prawdziwe. Niezwykle oryginalny sposób na znalezienie porządnych lokatorek na stancję miała pewna mieszkanka Krakowa. Zażądała mianowicie od studentek, aby co miesiąc przedstawiały jej… zaświadczenie od ginekologa, że nie utraciły niewinności (czy wy również, Drodzy Czytelnicy, słyszycie kroki przechodzącego ludzkiego pojęcia?). Sprawa była tak absurdalna, że wspominano o niej w ogólnopolskich dziennikach TV. Można odnieść wrażenie, że każdy student to w oczach wielu właścicieli mieszkań albo pijak, rozpustnik i psychopatyczny dewastator, albo człowiek, za którym nikt się nie ujmie i któremu można zaoferować dowolnie upokarzające warunki, a on i tak się zgodzi, bo nie ma innego wyjścia.

Bodaj we Wrocławiu ktoś, nie czując najwyraźniej śmieszności swojego postępowania, zaoferował wynajęcie czterem studentom… garażu, do którego wstawił grzejnik i materace. Co jeszcze zabawniejsze, cena zamieszkania w tym „luksusowym” lokum była niewiele niższa od ceny wynajęcia miejsca w normalnym mieszkaniu. Inny przedsiębiorczy człowiek postanowił wynająć kilku studentkom szopę na działce, w którym to lokalu do utrzymywania higieny osobistej służyła umywalka z zimną wodą, umieszczona za foliową kotarką. Z tego, co wiem, do wynajęcia tych miejsc ostatecznie nie doszło – najwyraźniej istnieje jednak jakaś granica absurdu, której nie można przekroczyć. I całe szczęście, bo co byłoby następne: piwnica? schowek na rowery? komórka na węgiel? psia buda?

Krzywdzący stereotyp

Wspomniałem o kłamliwych stereotypach. W wypowiedziach właścicieli mieszkań dla mediów (oczywiście anonimowych, najłatwiej jest strzelać zza węgła) jak refren powtarzało się, że studenci na pewno zdewastują mieszkanie, będą pić, hałasować i urządzać imprezy – jest to pewniejsze niż kolejny wybryk posła Palikota. Zabawną stroną tego stereotypu jest zachowanie pewnego dziesięcioletniego chłopca. Porozrzucał on w pokoju puste puszki po piwie, włączył bardzo głośno rockową muzykę, rozebrał się do bokserek i zaczął skakać po pokoju, wykrzykując brzydkie wyrazy. Na pytanie przerażonej matki, co robi, odpowiedział, że bawi się w studenta. Zabawne? Tak, ale pod warunkiem, że pozostaje w sferze dowcipu. Można by, rzecz jasna, odbić piłeczkę i powiedzieć, że studenci sami są winni takiej opinii. Czy jednak myślenie stereotypami naprawdę dobrze świadczy o człowieku? I czy naprawdę za wybryki niewychowanych studentów mają cierpieć ci spokojni?

Jest to tym bardziej niesprawiedliwe, gdy właściciele mieszkań opierają swoje decyzje na krążących opiniach – tzw. mądrości ludowej. Wówczas nie da się ustalić, kto odpowiada za zaistniałą sytuację – właściciel zrzuca winę na jakichś bliżej niezidentyfikowanych „studentów”, a spokojni i kulturalni studenci z imionami, nazwiskami nie mają gdzie się podziać.

W pełni rozumiem tych, którzy wynajmowali już mieszkania studentom i mają złe doświadczenia. Niechętne nastawienie takiej osoby spowodowali konkretni nieodpowiedzialni ludzie, a ma ona pełne prawo chronić swoją własność przed zniszczeniem. Natomiast kierowanie się potoczną opinią w momencie, gdy zależy od niej być albo nie być w mieście akademickim Bogu ducha winnego studenta, uważam za ewidentnie krzywdzące.

Wilczy kapitalizm

Trzecim problemem jest windowanie cen do absurdalnego poziomu. Właściciel mieszkania wie, że i tak zarobi – student albo przełknie propozycję i zapożyczy się lub będzie pracował po nocach, a spał w przerwach między wykładami, albo mieszkanie wynajmie osoba pracująca, którą (choć czasem też z trudem) stać na taki wydatek. Wilczy kapitalizm w czystej postaci. Rzecz jasna, ceny dyktuje wolny rynek, a właściciel mieszkania może je wynająć, za ile chce. W katolickiej nauce społecznej istnieje pojęcie zysku godziwego – nie ma nic złego w zarabianiu, ale zarabianie czyimś kosztem, a zwłaszcza na czyjejś krzywdzie, jest już haniebne. Nie wiem też, skąd się bierze przekonanie, że każdy student ma czas pracować, tylko wielu to lenie i im się nie chce. Na wielu kierunkach, zwłaszcza na młodszych latach, zajęć, a przede wszystkim nauki i pisania różnych prac i projektów po zajęciach jest tyle, że trzeba na to poświęcać nie tylko większość wieczorów, ale również dużą część weekendów. Ponadto studenci są na ogół słabo opłacani. Pracując na półetatu na stacji benzynowej, w sklepie lub wypożyczalni wideo często nie sposób zarobić na życie. Stypendia naukowe są niskie, a do stypendium socjalnego nie każdy ma prawo (dochód w rodzinie bywa na tyle duży, że studentowi nie przysługuje już stypendium socjalne, ale równocześnie na tyle niewielki, że rodzice nie są w stanie znacząco wspomóc dziecka).

Można by stwierdzić, że przecież nikt na tym nie cierpi, uczelnie i tak mają studentów, a właściciele mieszkań – lokatorów. Na dłuższą metę taka sytuacja może jednak spowodować pewną stagnację we wzroście poziomu wykształcenia ludzi z mniejszych miejscowości. Należałoby się poważnie zastanowić, czy rzeczywiście wszyscy studenci są jednakowi i czy zarobienie 200−300 zł miesięcznie od osoby więcej, jest warte pozbawiania kogoś marzeń. Jeśli rzeczywiście jesteśmy cywilizowanym państwem i ma się z nas wytworzyć społeczeństwo obywatelskie, przydałoby się więcej solidaryzmu społecznego, a nie maksymalizowanie zysku za wszelką cenę.