ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


To był dom bardzo ciepły, bardzo zżyty ze sobą, oparty na absolutnej lojalności i zaufaniu wszystkich nawzajem. W jednym mieszkaniu żyły dwie teściowe: matka ojca i matka naszej mamy.

Miodońscy

Cz. 1 Znaleziony sens

Magdalena Bajer

„Pomiędzy zapamiętywaniem a przyswajaniem leży ta zasadnicza różnica, że zapamiętywanie jest jakby procesem fotografowania, natomiast w procesie przyswajania pomiędzy soczewkę a kliszę aparatu włącza się niezmiernie precyzyjny mechanizm wartościowania. Im wyższa, im celniejsza jest zdolność wartościowania, tym żywsza, tym usłużniejsza, posłuszniejsza i skuteczniejsza w zastosowaniu jest wiedza lekarska.” Jan Miodoński Z zagadnień etyki lekarskiej, w książce Sens choroby, sens śmierci, sens życia, Wyd. ZNAK, Kraków 1993.

Cała trójka dzieci autora tych słów poszła drogą naukową. Syn ojcowskim śladem – jest biologiem i profesorem medycyny, starsza córka Barbara – profesorem historii sztuki, młodsza Ewa Miodońska−Brooks – profesorem UJ oraz Wyższej Szkoły Teatralnej, literaturoznawcą i teatrologiem.

Gościli mnie w krakowskim domu obu pań, dokąd ich brat przyszedł na rodzinną opowieść przy kolacji. Pani Barbara Miodońska powitała serdecznym uśmiechem i konstatacją: – Jesteśmy typowymi krakauerami.

Po nowe cele

Miodońscy – ród bardzo z czasem rozrośnięty – już od końca XVI wieku pełnili różne funkcje w administracji królewskiego miasta Żewca (później Żywiec). Latopis Komonieckiego, obszerna kronika, spisana barwnie przez miejscowego urzędnika sądowego, poświadcza to przytaczanymi obficie dokumentami.

Uprawiali (jak większość mieszkańców) dwa rodzaje rzemiosła związanego z rozwiniętą w tej okolicy hodowlą owiec i trzody chlewnej – garbarstwo oraz szewstwo. Liczni przedstawiciele rozmaitych „odnóg” rodu bywali starszymi cechów.

Kilku Miodońskich, rówieśników powstania styczniowego, wyjechało z Żywca do Krakowa, żeby się kształcić – najpierw w gimnazjum dominikanów im. św. jacka, dalej w uniwersytecie. Adam z tego pokolenia skończył filologię klasyczną i filozofię, po czym uzupełniał studia w Monachium i Erlangen, gdzie w r. 1888 uzyskał doktorat. Trzy lata później został docentem, obejmując w tym samym roku Katedrę Filologii Klasycznej we Fryburgu Szwajcarskim. Po dwuletnim pobycie tam wrócił do Krakowa i jako profesor nadzwyczajny kierował analogiczną katedrą w UJ do śmierci w r. 1913. Zasłynął jako znakomity dydaktyk. W Collegium Novum jest jego tablica pamiątkowa. Od r. 1893 był członkiem Akademii Umiejętności.

To Adam Miodoński, syn żywieckiego szewca, zapoczątkował inteligencką tradycję rodu i zarazem jego uczone dzieje. Biografie modelowe dla zdolnych, śmiałych i pracowitych młodych ludzi z małych miast (jak i ze skromnych dworów) powtarzały się w rodzinie. Moment wyjścia w szerszy świat po wiedzę, która otwiera dalszą drogę ku nowym życiowym celom, był niełatwą próbą i wiązał się z wyrzeczeniami, gdyż ci studenci różnych fakultetów musieli sami zapewnić sobie byt i warunki do nauki.

Dziadek moich gospodarzy, najmłodszy z rodzeństwa, skończył prawo i został sędzią powiatowym w Wadowicach, gdzie udzielał się w rozmaitych przedsięwzięciach społecznikowskich, co cechowało wszystkich Miodońskich w tej epoce. Dwaj – Jan, ksiądz po studiach teologicznych i Franciszek, lekarz – wrócili w rodzinne strony, stając się krzewicielami oświaty, higieny, spółdzielczości rolniczej. Oddawali tej ziemi i tej społeczności, z której wyszli, to, co sami znaleźli i zyskali na swoich życiowych drogach. Tak samo, jak robili to gdzie indziej ich liczni wykształceni krewni, powinowaci, skoligaceni na ogół, rówieśnicy. Pan prof. Adam Miodoński przypomina powiedzenie o „żywczakach”, że dzielą się na: szczupaki – ci najważniejsi, szaraki – cała reszta i „przystace” – nierodowici mieszkańcy, którzy czasem kilkanaście lat aspirowali do którejś rdzennej grupy. Pani prof. Ewa dodaje, że „przystac” musiał się wykazać przedsiębiorczością, pracowitością i uczciwością.

Wpis do tradycji

Franciszek Miodoński był pierwszym lekarzem w rodzinie. Bratanek Jan, ojciec trójki uczonego rodzeństwa, bardzo kochał tego stryja i wcześnie poszedł jego śladem, mimo pragnienia swego ojca, żeby poświęcił się historii. Już w wadowickim gimnazjum z kolegami założył pracownię doświadczalną i koło towarzysko−intelektualne dyskutujące o osiągnięciach i perspektywach nauk przyrodniczych.

W Krakowie studiował medycynę i filozofię. Ta druga znajdowała później wyraz w licznych tekstach prof. Miodońskiego dotyczących ogólnych zagadnień związanych z nauką, z uniwersytetem jako instytucją kultury. – Miłością całego życia ojca był Goethe – mówi pani Ewa, Adam zaś dodaje, że gdziekolwiek wyjeżdżał, w jednej kieszeni miał tomik Goethego po niemiecku, w drugiej Pana Tadeusza. Trzecia stała lektura leżała na szafce nocnej i to było Wesele, którego świat znał niemal osobiście, podobnie jak świat Zielonego Balonika. Atmosfera młodopolskiego Krakowa, z którym był mocno związany emocjonalnie i intelektualnie, była mu zawsze bardzo bliska. Jak większość absolwentów gimnazjum klasycznego przez całe życie pamiętał i nieraz recytował teksty starożytnych autorów w oryginale.

Jan Miodoński uzyskał doktorat wszech nauk lekarskich w r. 1926, habilitację z otolaryngologii niewiele później, profesurę w 1934. Wywieziony przez Niemców w Sonderaktion Krakau był najmłodszym profesorem w obozie Sachsenhausen. Spędził tam ponad rok, po czym, dzięki rozlicznym interwencjom, skrajnie wyczerpany wrócił do domu. Prawie do końca wojny miał zakaz wykonywania zawodu lekarskiego, którego nie przestrzegał pracując konspiracyjnie. Istnieje zapis mówiący o przeprowadzonym dyskretnie zabiegu pod koniec 1944 r. W pamięci pozostały operacje ukrywających się chorych i rannych AK−owców w lecznicy przy ul. Siemiradzkiego, w których uczestniczył ojciec moich rozmówców.

Profesorem zwyczajnym został w 1946 r., członkiem PAU w 1945, wchodząc od razu do ścisłego grona uczonych zabiegających o wznowienie działalności akademii. W październiku ‘56 zaangażował się w działania na rzecz jej reaktywacji, po rozwiązaniu przez władze komunistyczne. Prof. Miodoński, namawiany przez uniwersyteckich kolegów, zgodził się wówczas kandydować do Sejmu, został posłem i, choć nie udało się przywrócić PAU, przyczynił się do powstania w Krakowie oddziału PAN, jedynej możliwej w tamtych warunkach organizacji uczonych. Bronił również (bezskutecznie) całości uniwersytetu, gdy oddzielano odeń Wydział Lekarski na blisko pół wieku.

Od 1935 r. kierował Katedrą i Kliniką Otolaryngologii UJ, którą ponownie objął po wojnie i prowadził do śmierci w r. 1963 jako placówkę krakowskiej Akademii Medycznej. Niedługo po wojnie zakończyła się budowa gmachu kliniki, gdzie zorganizował najnowocześniejszy w Polsce oddział otolaryngologiczny.

Dorobek profesora – setki artykułów, książki naukowe, eseje – stanowi podstawę i zarazem zasób osiągnięć krakowskiej szkoły otolaryngologicznej, którą stworzył, a wspomniane przez córkę pisma o charakterze ogólnym należą do duchowego wyposażenia lekarzy pragnących być humanistami. Takich, którzy „widzą całego człowieka, a nie kawałek ucha czy nosa”.

– Ojciec był człowiekiem pełnym energii i wielkiego zapału do pracy – zarówno naukowej, jak i ściśle lekarskiej i dydaktycznej. To były przez całe życie trzy równie ważne kierunki jego działalności.

Prof. Jan Miodoński wszedł w lekarską i uniwersytecką tradycję z bogatym wianem talentu oraz tych cech, które wymienia jako główne starsza córka Barbara. W tradycji rozgałęziającej się szeroko rodziny zaczęli się pojawiać coraz częściej lekarze. Należą do nich Władysław Miodoński, profesor ortopedii w Bydgoszczy, dzieci, wnuki oraz sporo dalszych krewnych profesora, no i syn Adam.

Dwie babcie i pełno gości

– To był dom bardzo ciepły, bardzo zżyty ze sobą, oparty na absolutnej lojalności i zaufaniu wszystkich nawzajem. W jednym mieszkaniu żyły dwie teściowe: matka ojca i matka naszej mamy. Tę opinię dzieci prof. Miodońskiego wypowiedziały unisono.

Rodzice poznali się w czasach studenckich. On wynajmował pokój w mieszkanku przyszłej żony i jej siostry. Zakochani od pierwszego wejrzenia ślub długo odkładali z przyczyn materialnych. Maria Michalewska studiowała geografię i zrobiła doktorat. Utalentowana plastycznie – swojemu mistrzowi, prof. Jerzemu Smoleńskiemu, rysowała mapy – całe życie interesowała się sztuką, zwłaszcza malarstwem włoskim, co po niej pewnie wzięła córka Barbara – od dzieciństwa była najbardziej zainteresowana wspólnymi wyprawami do muzeów, lekturą książek o sztuce i albumów kupowanych przez mamę. W wieku lat dziewięciu przeszła chorobę Heine−Medina i od tego czasu porusza się na wózku. Zainteresowania, a także zdolności plastyczne, „które potem okazały się mniej ważne”, skierowały ją ku historii sztuki. Kraków był miastem idealnym do rozwijania jednych i drugich, a dom rodzinny stanowił miejsce „pierwszego artystycznego wtajemniczenia”.

Podczas okupacji, kiedy profesorowie UJ, którzy przeżyli Sonderaktion, wrócili z Sachsenhausen, powstała tradycja spotkań w prywatnych domach, gdzie dyskutowano o rozmaitych zagadnieniach naukowych, a także wymieniano aktualne wiadomości z frontów. Była to forma utajonego życia uniwersyteckiego i przerwanej działalności PAU, kontynuowana po wojnie.

Najmłodsza, pani prof. Ewa, pamięta z dzieciństwa, że u rodziców bywali: Roman Ingarden, Władysław Tatarkiewicz, Stefan Szuman, Adam Krzyżanowski – nie lekarze, a wielcy humaniści, o horyzontach intelektualnych przekraczających daleko uprawiane przez nich dziedziny. Starsza siostra bywała zapraszana do grona dorosłych jako słuchacz, gdy temat ją interesował. Pani Barbara ma pracę prof. Ingardena O budowie obrazu z odręczną dedykacją autora.

Pacjenci prof. Miodońskiego z kręgów akademickich stawali się bliższymi lub dalszymi przyjaciółmi domu, powiększając grono bywalców. Do takich należał wielki badacz literatury (jeden z największych) Juliusz Kleiner. Gdy ukazywało się Narodowe Wydanie dzieł Słowackiego pod jego redakcją, każdy kolejny tom otrzymywali państwo Miodońscy. Lata później, Ewa korzystała z tych książek studiując polonistykę.

Zanim zaczęłam pytać o losy rodzeństwa, które przedstawię w następnym numerze, usłyszałam stanowcze: – Nasze zainteresowania zawodowe wyszły z domu rodzinnego. Mimo że tylko syn poszedł ojcowskim tropem i to nie najdokładniej, a geografem, jak matka, nie zostało żadne dziecko.

Odziedziczyli coś bardzo ważnego – potrzebę zdobywania wiedzy możliwie rozległej, ciekawość świata, jaką można zaspokajać poprzez badanie jakiejś wybranej jego części ze świadomością, że stopniowo poznawana harmonia urzeczywistnia się w całości uniwersum.