Nie na wszystkie książki zawsze jest odpowiedni czas. Rynkowy umysł najlepiej czytać w okresie… gospodarczego kryzysu. A jeśli jego kulminacja przypada na rok, którego patronem jest Karol Darwin, książka Michaela Shermera, amerykańskiego historyka nauki i zapalonego miłośnika kolarstwa, staje się lekturą obowiązkową.
Ale nie okoliczności zewnętrzne, niezależne przecież od autora, stanowią o randze tej pozycji. Wartością samą w sobie jest sposób ukazania tematu. Shermer sprowadza dobór naturalny i niewidzialną rękę rynku do wspólnego mianownika, jakim jest ekonomia ewolucyjna. Pokazuje analogie między dwoma mechanizmami z pozoru tak odległymi od siebie, a jednak bliskimi. Bo tak jak dobór naturalny odrzuca to, co złe, tak i w gospodarce pozostają jedynie produkty dobrej jakości, użyteczne, cieszące się popytem. Teoria ekonomii ewolucyjnej nie jest nowa – zaistniała w początkach XX w. – niemniej próżno dziś jej szukać w awangardzie koncepcji ekonomicznych. Po przeczytaniu tej książki trudno zrozumieć, dlaczego wciąż to Homo economicus pozostaje obowiązującą doktryną. Może po prostu chcemy sądzić, że kierujemy się zdrowym rozsądkiem?
Shermer, jak na zawodowego sceptyka przystało (jest założycielem Skeptic Society i wydawcą magazynu „Skeptic”), bierze się za bary z takim myśleniem, bezlitośnie obnażając jego podstawowe założenie, jakoby człowiek we wszelakich posunięciach, w których w grę wchodzą pieniądze, kierował się li tylko rozumem. Każe nam wybierać. Pewna firma oferuje nowy telefon komórkowy za 100 dolarów, ale pięć ulic dalej identyczny model można kupić za 50. Któż by nie skorzystał z okazji? A gdyby ta sama firma sprzedawała notebooka za 1000 „zielonych”, a kilkaset metrów dalej był on dostępny za jedyne 950, to też wybralibyście się na spacer? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to właśnie znaczy, że logika nie była tutaj waszym sprzymierzeńcem, bo przecież w obydwu przypadkach chodziło o zaoszczędzenie takiej samej sumy. Autor pyta dalej: wolicie być stutysięcznym klientem kina i otrzymać w nagrodę 100 dolarów czy też być milion pierwszym – dostać więcej, bo 150, ale widzieć, jak ten przed wami, milionowy klient, odbiera bonus w postaci 1000 „baksów”?
Nad odpowiedzią nie ma co się zastanawiać. Zakodowana jest ona w nas od tysięcy lat. Te same „programy”, które sterowały zachowaniem w gospodarce łowiecko−zbierackiej, wyznaczają działania w gospodarce konsumencko−handlowej. Potrafiliśmy jedynie właściwie zaadaptować je do naszych wzrastających psychologicznych aspiracji. Nad egoizm zaczęto więc przedkładać bezinteresowność, a współpraca okazała się cenniejsza od rywalizacji. Pojawiło się też zaufanie, dla Shermera najbardziej kluczowa emocja. Jego zdaniem, sieci oparte na zaufaniu i gwarantujące ich istnienie instytucje społeczne skłaniają ludzi do moralnego postępowania. A to prowadzi do wzrostu gospodarczego. W ten sposób od hord, klanów i plemion mogliśmy przejść do demokratycznych imperiów, od braku wymiany handlowej – do wolnego rynku.
Niejednokrotnie w trakcie lektury czułem się skonfundowany. Najbardziej chyba dlatego, że na większość stawianych przez autora pytań odpowiadałem tak, jak chciał, potwierdzając tym samym jego założenie o irracjonalności ludzkich zachowań. Taka lustrzana konfrontacja z samym sobą daje więcej niż niejedna lekcja teorii. To dokładnie tak, jak z kryzysem. Dopóki nie poczuje się go w kieszeni, trudno uwierzyć w jego istnienie.
Rozprawa o nienawiści francuskiego filozofa André Glucksmanna zasługuje na uważną lekturę, ponieważ jest dziełem odważnym, walczącym, idącym pod prąd dominującym nurtom lewicującej myśli europejskiej. Jest ostrzeżeniem. Przy tym napisana jest z pasją publicystyczną bardziej niż filozoficzną, choć pełna jest erudycji, odniesień do literatury.
Przedmiotem Rozprawy nie jest jednak nienawiść, a zło moralne w świecie, zło „przez duże Z”. Motywem do jej napisania był zaś fakt negowania zła (nienawiści) jako takiego. „Większościowa i konformistyczna teza brzmi następująco: nienawiść przez duże „N” nie istnieje. W gruncie rzeczy doświadczaną i okazywaną nienawiść należy zredukować do poprzedzających ją przyczyn zewnętrznych: nieszczęścia, niefortunnych wydarzeń, nędzy, frustracji, upokorzeń i zniewag. Nienawiść jest tylko zgniłym owocem niedostatków edukacji, która ręczy, że to, co ponoć nie istnieje, zostanie przez nią wyplenione. Potem nastąpi powszechne uniewinnienie i zgodne uściski. Teza, której bronimy, jest zgoła odmienna: nienawiść istnieje i każdy z nas się z nią zetknął.”
Wskażmy dwie interesujące kwestie. Pierwsza to opis struktury działania rządzonego nienawiścią. Glucksmann, w nawiązaniu do antycznego dramatu i pism Seneki, wskazuje trzy etapy takiego działania: dolor, furor i nefas: „kanoniczny scenariusz nadający tragedii strukturę rozwija się w trzech etapach. Pierwsza runda, dolor, bohater kryje się w sobie, daje się pochłonąć swemu cierpieniu, wyolbrzymia je do tego stopnia, że nie słyszy w sobie nic poza nim. Druga runda, furor, ból objawia się na zewnątrz i ściera w proch to, co bliskie, później to, co bardziej odległe. Ostatnia, trzecia runda, nefas, kiedy nieznana dotąd zbrodnia zmiata ślad teraźniejszości i przyszłości (...). W sercu mechanizmu porusza się niewzruszony silnik, odio, gniew (...) w całości jest jednym wzburzeniem i znajduje swój wyraz w gwałtownym porywie szału i zionie z gruntu nieziemską żądzą broni, krwi, śmiertelnych tortur”.
Druga interesująca rzecz to trzy miejsca, które Glucksmann wskazuje jako tereny współczesnej nienawiści. Po pierwsze, współczesny antysemityzm, ogniskujący się w powszechnej, przynajmniej we Francji, niechęci do Izraela oraz sympatii do islamu i Palestyńczyków; dzisiejszy terroryzm zaś to, według Glucksmanna, nowa ikona nienawiści. Drugi przejaw nienawiści to dominujący w Europie kontynentalnej antyamerykanizm, z Bushem przyrównywanym w prasie np. francuskiej (sic!) do Hitlera i z zachwytami nad klęską Ameryki, jakie się pojawiły po 11 września 2001. Trzecia zaś forma nienawiści to „najstarsza w historii” nienawiść do kobiet. Trwałość i powszechność tej ostatniej tłumaczona jest przez Glucksmanna słabością kobiety. „W jej nagiej i widocznej skończoności jawi się jako alter ego wszystkich ego, których zuchwałość każe im traktować ją z góry.”
Na koniec uwaga (krytyczna?). Rozprawa nie daje (chyba w ogóle nie szuka) metafizycznego wyjaśnienia fenomenu zła. Pytanie o naturę zła i jego korzenie (w naturze człowieka?) w książce nie pada. Autor zatrzymuje się (być może w sposób zamierzony, żeby nie stracić donośności krzyku) na płaszczyźnie fenomenologicznej. Ten, kto wierzy, że zło istnieje, ale chciałby się dowiedzieć dlaczego, nie jest zatem jej głównym adresatem.
Często się słyszy, że nie ma złych ludzi, są tylko złe uczynki. Rodney Castleden z takim twierdzeniem raczej by się nie zgodził. Przedstawia w swojej książce ludzi, którzy celowo i systematycznie popełniali złe czyny. W ich postępowaniu nie było niczego przypadkowego czy nieumyślnego, zatem trudno szukać usprawiedliwienia tego, co zrobili. Autor wychodzi z założenia, że zło jest komponentem naszego życia, czy tego chcemy, czy nie. Należy mu się przyjrzeć z bliska, po to, by je zrozumieć (przynajmniej próbować), bronić się przed nim, a jeszcze lepiej – umieć zdusić je w zarodku.
Zło w dużej mierze zależy od ducha epoki. Niektóre okresy w historii wydają się bardziej obfitować w złych ludzi niż inne. Dwudziesty wiek wiąże się z niespotykaną wcześniej epidemią zła, prawdopodobnie dlatego, że technologia i uprzemysłowienie działań wojennych uczyniły stosunkowo łatwym zabijanie ogromnej ilości ludzi przy użyciu broni masowego rażenia. Każdy z 20 największych krwawych epizodów XX stulecia, opisywanego jako haemoclysm, czyli powódź krwi, pociągał za sobą miliony ofiar.
Castleden pisze we wstępie, że jego praca jest dokładną analizą zła. Takie twierdzenie jest jednak mylące. W książce opisano ponad 90 najgorszych ludzi, ale na każdą postać przypadają zaledwie 2−3 strony. To zdecydowanie za mało, by czytelnik mógł wniknąć w psychikę zbrodniarza, zrozumieć go czy przerazić się jego sposobem myślenia i czynami. Opisywani ludzie pozostają papierowi, bo suche fakty, jakimi autor operuje, nie są w stanie poruszyć nas, zbulwersować, sprawić, że poczujemy do tych potworów odrazę i wstręt. Nie da się jednak ukryć, że książkę wertuje się z nieprzyzwoitą ciekawością i łapczywością, nieco wstydząc się tego, że zło może bardziej pociągać niż dobro.
Autor grupuje opisywane postaci ze względu na różne rodzaje zła. Są wśród nich: Straszne kobiety, Naziści, Seryjni mordercy, Współcześni tyrani i zbrodniarze wojenni. Wszystkich jednak łączy jedna charakterystyczna cecha: nieprzewidywalność. Iwan Groźny np. cierpiał na depresję maniakalną z napadami szalonego sadyzmu na przemian z okresami statycznej depresji religijnej, kiedy to nosił pokutne odzienie i publicznie wyznawał swoje grzechy. Kaligula jako mały chłopiec doskonale odgrywał rolę maskotki wśród żołnierzy, którzy ubierali go w malutki mundur i równie małe, żołnierskie buty. Zaledwie kilka lat później uroczy chłopczyk przeobraził się w dziką bestię uzależnioną od ekscesów seksualnych. Elżbieta Batory, piękna hrabianka o gładkiej cerze i jasnych włosach, z braku innych rozrywek na zamku piła ludzką krew i stała się inspiracją Brama Stokera do stworzenia powieści o Drakuli. Heinrich Himmler podczas wizyty na froncie rosyjskim oglądał zorganizowaną specjalnie dla niego egzekucję – rozstrzelanie setki Żydów. Zrobiło mu się niedobrze i prawie zemdlał. Po tym zdarzeniu zarządził bardziej „humanitarną” metodę egzekucji: zastosowanie trującego gazu w specjalnie zbudowanych komorach, upozorowanych na kabiny prysznicowe. Był to przerażający przebłysk wrażliwości i człowieczeństwa.
Zło kłóci się z zasadami – przynajmniej dla większości z nas – i choć wolimy o tym nie pamiętać, stanowi integralną część historii, a co gorsza – jest nieodłącznym elementem naszej codzienności.
Dostaliśmy kolejną już książkę powstałą na podstwie materiałów zgromadzonych podczas pracy nad Wielką Encyklopedią PWN. Tym razem jest to obszerne opracowanie dziejów ludzkiej twórczości, zarówno w dziedzinie myśli teoretycznej, jak i wszelkich przejawów artystycznej aktywności. Chronologiczny układ książki pozwala śledzić rozwój kultury od prehistorii aż do naszych czasów. Całość podzielono na pięć rozdziałów według wielkich epok (Prahistora i starożytność, Średniowiecze, Nowożytność, Wiek XIX i Współczesność), a w ich ramach pomieszczono przegląd kierunków i stylów (np. od preromantyzmu do secesji w rozdziale Wiek XIX, od fowizmu do wideo−artu we Współczesności). W kręgu zainteresowań twórców encyklopedii znalazło się całe spektrum dziedzin sztuki: od architektury, przez rzeźbę i malarstwo, muzykę, literaturę i teatr, po film i sztuki audiowizualne. Zasadnicze teksty opisujące kierunki w dziejach kultury są bogato ilustrowane oraz uzupełnione o dodatkowe zestawienia, noty i opisy. Otrzymujemy więc kompetentny przewodnik po historii sztuki. Jeśli dodamy do tego staranność i estetykę wydania, pozostaje tylko polecić tę książkę wszystkim zainteresowanym sztuką zarówno zawodowo, jak i hobbystycznie.
Jaki obraz działalności artystycznej człowieka wyłania się z tej książki? Niewątpliwie jest to obraz upadku. Monumentalne dokonania starożytności, których tylko niewielka część dochowała się do naszych czasów i odwołujące się do nich dzieła nowożytnego klasycyzmu, akty strzeliste średniowiecza tworzone ad maiorem Dei gloriam i urocze deformacje barokowo−rokokowych manieryzmów, głęboko humanistyczne zainteresowania renesansu i realizmu czy pozytywizmu, rozwichrzone parapsychologie romantyczne i ekspresjonistyczne lęki, a także przeestetyzowane, patetyczne dzieła symbolizmu czy secesji – wszystkie te prądy i trendy w kulturze łączyło jedno podstawowe kryterium: wysokie umiejętności warsztatowe artystów, to, co z języka niemieckiego znamy jako kunst. Dzięki dbałości o artystyczny kształt i wyraz dzieła, twórca nie tracił kontaktu z odbiorcą. Sztuka nie zawsze bywała „Biblią dla ubogich”, niemniej forma wciąż pozostawała płaszczyzną komunikacji, nawet z nieco mniej wyrobionym odbiorcą.
I komu to przeszkadzało? – można by zapytać. Demontaż sztuki zaczął się na przełomie wieków XIX i XX, w epoce moderny. Wątki indywidualistyczne pojawiały się, co prawda, już przedtem, ale teraz hasło walki z filistrem i jego konsekwencja – „sztuka dla sztuki” wprost nakazywały ignorować potencjalną publiczność. Od tej pory język sztuki staje się coraz bardziej hermetyczny, a jej tematyka systematycznie się zawęża do samego artysty i aktu twórczego, zaś metody oddziaływania ograniczają się do prowokacji i szokowania. Artystą może zostać każdy, wystarczy, że będzie miał na to papier, a wówczas wszystko, co wychodzi spod jego ręki, staje się automatycznie dziełem sztuki. Coraz bardziej górnolotnie brzmiące manifesty, zastępują rzeczywiste działania artystyczne.
I tak rozchodzą się drogi twórców i ich odbiorców. Pomieszanie języków powoduje brak jakiejkolwiek komunikacji. Budowa Wieży Babel, świadczącej o potędze wyobraźni i kunsztu, o tkwiącej w człowieku Bożej iskrze, przerabiającej „zjadaczy chleba w aniołów”, zostaje skutecznie przerwana. I nic nie wskazuje na to, by prace mogły kiedyś znowu ruszyć z miejsca. Pouczające, choć niewesołe.
O Ryszardzie Kapuścińskim wydano już kilka prac, na ogół zbiorowych. Jedną z nich jest książka opracowana przez Bogusława Wróblewskiego. Autorami szkiców są znani i uznani krytycy literaccy, literaturoznawcy, językoznawcy, twórcy, politolodzy czy akademicy o zainteresowaniach kulturoznawczych: W. Pisarek, J. Bralczyk, M. Czermińska, M. Głowiński, J. Mikołajewski, L. Mądzik, P. Czapliński i inni.
Badacze rozpatrują twórczość Kapuścińskiego przede wszystkim jako pisarza. Posługując się instrumentarium literaturoznawczym i językoznawczym, opisują jego utwory w wymiarze przynależności do literatury. Wnikliwie omówione zostały jego dwa tomy wierszy.
Mimo że opracowaniom tym trudno odmówić bogactwa poznawczego, to jednak czegoś w książce brakuje. Skoncentrowano się przeważnie na „formie”, a przecież jądro pisarstwa Kapuścińskiego mieści się gdzie indziej. Ale i nie tutaj tkwi przyczyna pewnej słabości tego skądinąd ciekawego wydawnictwa. Problem, jak sądzę, polega na tym, że wobec twórczości Kapuścińskiego przyjęto postawę afirmatywną: jego teksty, wypowiedzi i autokomentarze przyjęto nieomal w kategoriach słowa objawionego. A przecież badacze, wgłębiając się w osobowość twórczą autora Hebanu bezbłędnie pokazują, że źródłem jego pasji podróżowania i pisania był samokrytycyzm i krytycyzm wobec świata. Wielkość Kapuścińskiego najbardziej ujawnia się wtedy, gdy czytelnik podejmuje z nim polemikę (uczynił to w jakimś stopniu w swoim syntetycznym szkicu P. Czapliński, który pokazuje, jak reporter dotarł do granic uprawianego przez siebie gatunku).
Mimo powyższego zastrzeżenia, zachęcam do lektury tego wielowymiarowego portretu, w którym Kapuściński odkrywany jest jako mędrzec, prozaik, poeta, eseista, dziennikarz, fotograf, wykładowca, politolog, filozof, kulturoznawca, uczestnik najnowszej historii zarówno Polski, jak i Azji, Afryki czy Ameryki Południowej. Tak wielu autorów o różnej wrażliwości i zainteresowaniach dostrzegło wspólne wyjątkowe właściwości pisarstwa Kapuścińskiego – jest ono emanacją czy też następstwem żywego człowieczeństwa. Zdolność pisarza do empatii, do współodczuwania oraz autentyczne zaciekawienie drugim człowiekiem wyznaczają tu swego rodzaju pewnik, od którego zaczyna się myślenie o Kapuścińskim. W tych rozmaitych narracjach, w których pojawia się czasem ton osobisty, poufały, powtarzają się tak kluczowe dla zrozumienia tego pisarstwa słowa, jak: „godność”, „wolność”, „równość”, „braterstwo”, „kultura”, „tożsamość”, „inność”. Nie ulega wątpliwości, że wiele zła bierze się z tego, iż ktoś kogoś upodlił lub pragnie to zrobić z racji przyznawania wyłącznie sobie lub swojej kulturze faktycznej wartości. Reportażysta pokazał mnóstwo razy, że upodlenie było i jest jednym z najskuteczniejszych sposobów realizowania żądzy dominacji.
Zastanawia mnie, że żaden z autorów nie waha się przed identyfikowaniem tekstów Kapuścińskiego z nim samym. Odejście zaś od fikcji nie stanowi przeszkody, by traktować jego książki w kategoriach artystycznych. Świadomość, że autor Imperium odnosi się wciąż do obserwacji i doświadczeń realnych, wzmacnia u interpretatorów potrzebę snucia refleksji etycznej. Nikt się nie dziwi, że Kapuściński podjął się misji zrozumienia tego, co dzieje się z ludźmi i ludzkością. Wspominam o tym, bo mogło się wydawać, że nawet w uniwersyteckim dyskursie humanistycznym pozbyliśmy się wiary w moralną funkcję literatury.
Co łączy „Damę z harfą” i św. Krzysztofa z Kopic, epitafia Kitlizów, figurę Chrystusa znalezioną na składowisku kamieni Zieleni Miejskiej w Opolu, kolumnę dominikańską, figury czterech pór roku z Biestrzykowic? Nie tylko to, że wszystkie te przepiękne, zabytkowe rzeźby zostały przez bezmyślnych ludzi skazane na zniszczenie, a następnie uratowane dzięki pasji jednego człowieka. Także to, że dziś zdobią budynki i place Uniwersytetu Opolskiego. W sąsiedztwie Collegium Maius i wspomnianych zabytkowych figur pojawiły się też pomniki wybitnych artystów kultury popularnej: A. Osieckiej, Cz. Niemena i M. Grechuty. Wszyscy oni byli związani z Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu. Posągi stare i nowe łączy nie tylko miejsce posadowienia, ale także to, że powstały z inicjatywy prof. Stanisława Niciei, byłego rektora UO.
Książka opowiada o tym, jak z ruin podominikańskiego budynku, który przez wiele lat pełnił funkcję szpitala, powstał wspaniały gmach uniwersytecki – Collegium Maius. Pasja prof. Niciei doprowadziła do odbudowy zabytkowych gmachów (również Collegium Minus, czyli dawny sierociniec), a także do ozdoby tych obiektów i ich okolicy wspaniałymi pomnikami.
Opisując dzieje obiektów i rzeźb, które dziś tworzą klimat uniwersytetu, prof. Nicieja przywołuje ludzi, którzy wnieśli choćby najdrobniejszy wkład w to dzieło. Obok wybitnych polityków, biznesmenów, profesorów i artystów pojawiają się nazwiska ludzi prostych, pracowników uniwersytetu, wójtów, rzemieślników. Wskazuje także tych, którzy doprowadzili do ruiny zabytkowe obiekty Śląska, nie tylko pojedyncze rzeźby, ale i całe zespoły pałacowe. Niestety, często pojawiają się w tym kontekście nazwiska konserwatorów zabytków – urzędników państwowych, którzy powinni zabytki ratować.
Prof. Nicieja rzetelnie przytacza kwoty, niemałe, jakie na pozyskanie i restaurację tych obiektów i rzeźb wydano. Czy było warto? Moim zdaniem tak. Uniwersytet powinien bowiem być nie tylko miejscem badań naukowych i wykładów, ale także twórcą i obrońcą kultury. Dzięki zabytkowym gmachom, pięknym rzeźbom posadowionym w historycznych wspaniałych miejscach Uniwersytet Opolski może dziś pełnić tę rolę.
Autor oddaje, co należne wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji jego pomysłów. Trzeba przyznać, że to właśnie jego determinacja i pasja doprowadziły do ocalenia wspaniałych obiektów przed zniszczeniem, do wzbogacenia substancji uniwersyteckiej we wspaniałe zabytkowe obiekty i umożliwienia młodemu Uniwersytetowi Opolskiemu pełnienie należnej takiej instytucji roli. Prof. Nicieja, który wpadł na szalony pomysł, zdołał zaszczepić nim inne osoby i zrealizować go, ma też znakomite pióro i potrafił w sposób barwny i fascynujący opisać niezwykłą historię przywrócenia do życia i właściwej roli centrum starego grodu.
Szkoda, że nie do końca rozumieją to władze miejskie i nie kontynuują dzieła uniwersytetu. W sąsiedztwie wspaniałych gmachów UO powstała galeria handlowa, a tuż obok funkcjonuje obskurny parking, oszpecony barakiem służącym robotnikom z sąsiedniej budowy. A przecież przywracając wzgórzu rangę, na którą z racji położenia i historii zasługuje, można było stworzyć z tego placu centralne miejsce miasta, gdzie spotykaliby się opolanie. Prof. Nicieja kreuje nową nazwę tego miejsca – Wzgórze Uniwersyteckie. Niestety, jest w tym osamotniony.