ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


Wchodząc w konflikt z władzami jednej uczelni, wszedłem w istocie w konflikt z całym środowiskiem.

Wszystkim zależy na spokojnym klimacie

Waldemar Korczyński

Na jednym z forów dyskusyjnych wyczytałem wyjątkowo jasno sformułowane wyznanie nieznanego mi naukowca na temat ludzi konfliktowych. Rzecz jest w moim odczuciu bardzo ciekawa z wielu powodów. Autor w kilku innych wypowiedziach okazywał się być bardzo przytomnym i nie zdarzało mu się kwestionować ani faktów, ani poprawnych rozumowań. Z jego wypowiedzi wnosić można, że idzie w nauce prostą drogą, szwindli nie robi i – mając poczucie własnej wartości – nie wpada w megalomanię, co niektórym się zdarza. Myślę, że w normalnej sytuacji należałoby uznać go za wzorzec. Nie wiem, czy piastuje on jakieś stanowisko decyzyjne, czy pisze „z wyobraźni”, ale napisał coś, co w moim odczuciu jest w dyskusji o tzw. etyce w nauce kluczowe.

A napisał tak: „Jako kierownik placówki nie zatrudnię osoby konfliktowej (którą w większości przypadków należałoby raczej nazwać niewychowaną). Nie zatrudnię też osoby po przejściach, bo za taką zazwyczaj ciągnie się niepotrzebny dla mnie ogon konfliktów i sporów. Poza tym osoby konfliktowe większość czasu dalej będą marnotrawiły na wszczynanie konfliktów i budzenie kontrowersji. Ot, taka ich natura i tego się nie zmieni. Przy czym nie ma dla mnie, jako kierownika placówki, znaczenia, czy i kto miał rację. Konflikt zawsze jest destrukcyjny, a więc dopóki mam wybór między kandydatami, zawsze opowiem się za kandydatem niekonfliktowym”.

Odebrałem to również jako skierowane do mnie, bo ja tak właśnie zostałem przez moich adwersarzy określony. Takie, personalne niejako, uwagi generują zawsze jakieś ogólniejsze refleksje, więc zrobiłem szybki rachunek sumienia i wyszło mi, że w okresie, kiedy byłem jakimś (zawsze bardzo nisko usytuowanym) szefem, też przydarzało mi się myśleć „zadaniowo” i konflikty nie tyle rozwiązywać, co ich oraz ich nosicieli (tzn. ludzi konfliktowych) unikać. W zasadzie nigdy nie podejmowałem decyzji w sprawie zatrudnienia jakiegoś konfliktowego osobnika, ale spróbowałem wyobrazić sobie tę sytuację.

Z opinią niewychowańca

Otóż w hierarchicznie zorganizowanym systemie kierujący jednostką ponosi odpowiedzialność za sprawność jej funkcjonowania. A konflikt jest rzeczywiście destrukcyjny i sprawności tej nie podnosi. Gdyby jednostką tą był np. oddział wojska, to dowódca powinien zawsze zachować się tak, jak opisał to autor wspomnianego postu: dla dobra ogółu konflikt eliminować, a już na pewno nie brać go sobie na głowę przyjmowaniem do roboty jakiegoś konfliktowego typa (nazwijmy go za autorem postu niewychowańcem).

Tak się składa, że ja – po wyrzuceniu z Akademii Świętokrzyskiej – zostałem z taką opinią niewychowańca zatrudniony w innej uczelni. Ustaliliśmy z moim nowym szefem (dziś doceniam jego odwagę), że z moim dotychczasowym konfliktem koniec i że od tej właśnie rozmowy ja się „wyciszam”. Mieliśmy obaj nadzieję, że wspomniany wyżej „niepotrzebny ogon konfliktów i sporów” zostanie w ten sposób ostatecznie ucięty i ja – akceptując poniesione straty – zacznę „od nowa”. Okazało się jednak, że zapomnieć muszą obie strony.

W prymitywnym, niewątpliwie, rozumieniu takiego jak ja niewychowańca, to ja poniosłem realne straty: straciłem pracę, gromadzone latami materiały, opinię (zostałem ukarany przez komisję dyscyplinarną), a nawet zabrano mi moje prywatne rzeczy o wartości co najmniej kilkuset złotych. Moi adwersarze – jeśli w ogóle cokolwiek utracili – to tylko opinię. I w znacznie mniejszym niż ja stopniu, bo np. lokalna prasa jednoznacznie określiła mnie jako faceta, który zamiast zajmować się robieniem habilitacji, robi „polskie piekło”. Mojego sprostowania wypisywanych bredni nikt drukować nie chciał. Sprawę opisało „FA”, ale „trefne” numery natychmiast znikły z uczelnianej biblioteki.

Myślałem więc wtedy, że jeśli przestanę „rozrabiać”, to wszystko się uspokoi, bo wszystkim zależy na spokojnym klimacie „pracy naukowej”. Myliłem się bardzo. Okazało się wkrótce, że nieznani sprawcy znaleźli sporo sposobów na takie ubarwienie mi życia, bym mógł o spokojnej pracy zapomnieć. Dochodziły mnie wprawdzie słuchy, że jeśli jasno wyznam, iż nie miałem racji i przeproszę, to mogę na spokój liczyć, ale to było powyżej moich możliwości, więc zacząłem na nowo marnotrawić czas na – nie tyle wszczynanie konfliktów i budzenie kontrowersji – co po prostu obronę przed totalnym zeszmaceniem się i zdaniem się całkowicie na łaskę i niełaskę – no właśnie – nie wiedziałem nawet kogo, bo wszystko okrywała mgła tajemnicy. Ot, taka moja natura i tego się nie zmieni.

Równi i użyteczni

Nie mogę powiedzieć, że dla człowieka, który mnie do pracy przyjmował, moja „wina” była tak całkiem oczywista, bo miałem niekiedy wrażenie, że mi nawet współczuł, ale wygląda na to, że dla kierownika placówki rzeczywiście nie miało znaczenia, czy i kto miał rację. Tak czy owak, było raczej kiepsko: z jednej strony umilanie mi życia przez nieznanych obrońców ludzi, których np. pytałem o ich naukowe dokonania, z drugiej zrozumiałe (vide cytowana wypowiedź) postawy mojego nowego szefostwa i otoczenia polegające na unikaniu konfliktów. Był też wyjątek: jeden z moich przełożonych poinformował mnie, że jakiś „matoł” pisze do niego anonimowe donosy na mnie i że on te donosy olewa, a jak się będą powtarzać, to wpisze adres na listę spamu. Nie to jest jednak ważne, ale fakt, że mimo mojej autentycznej woli zapomnienia o sprawie nie udało mi się wspomnianego „ogona konfliktów i sporów” odciąć.

Wchodząc w konflikt z władzami jednej uczelni, wszedłem w istocie w konflikt z całym środowiskiem. A wyboru wielkiego nie miałem; zostałem wmanewrowany w sytuację, w której jedynym wyborem było odpowiadać za winy innych lub wchodzić z nimi w konflikt. Opisałem to m.in. w „FA” z czerwca 2008. Nie wątpię, że autor przytoczonej wypowiedzi w nic nigdy wmanewrować się nie da, ale gdyby mu się przytrafiła sytuacja, kiedy jego przełożony pominie go w procesie decydowania, ale obarczy winą za tę decyzję, to nasz autor może popaść w konflikt bez szczególnego „wkładu własnego”. Takie są realia.

A problem jest w istocie stary jak świat i dobrze poznany – chodzi o ustalenie, dla jakich wartości „wyższych” wolno (należy?) się godzić na „uwalanie” jednostki. Rozmaici dziwacy twierdzą wprawdzie, że prawo (etyka chyba też?) ma być równe dla wszystkich, ale cytowana wypowiedź sprowadza rzecz do właściwych wymiarów. Naprawdę. Tę równość należy zawsze podzielić (pomnożyć?) przez użyteczność decydenta dla systemu. Każdego systemu, nie tylko nauki. Jest to prawda równie piękna, co oczywista. I dotyczy każdej grupy społecznej (korporacji?). Kłopot w tym, że nie zawsze jest dostatecznie jasno artykułowana, co powoduje, że niektórzy biorą jakieś wypowiedzi serio i potem siebie i otoczenie w kłopoty pakują. A jest przecież proste wyjście: seppuku. Bez względu na stopień współdzielenia winy każdy, poza oberszefem, tak się powinien ku chwale systemu i oberszefa zachować. Żarty na bok, chodzi naprawdę o poważne sprawy.

Opowieści o równości wobec prawa, etyce, etosie itp. są może i dobre na umoralniające pogadanki w szkółkach niedzielnych. Na co dzień trzeba jednak jakoś określić stopień odpowiedzialności i wymagań etycznych w zależności od pozycji w hierarchii. I tym dorosłym wyraźnie powiedzieć, że nie jest on proporcjonalny do znaczenia tej pozycji dla systemu, a odwrotnie: im ta pozycja w systemie wyższa, tym odpowiedzialność i konieczność postępowań etycznych mniejsza. Aby było jasne: nie oznacza to, że każdy reprezentant elit musi być nieetyczny, chodzi o to, by zachować umiar w wymaganiach pod adresem elit i rozmaite powiedzenia o tym, co to „zobowiązuje” czy jaką komu dać zbroję z języka ludzi dorosłych ostatecznie wyeliminować. Naprawdę, bo najpiękniejsza nawet hipokryzja jest gorsza od najbardziej powyginanej prawdy.

Dr Waldemar Korczyński, matematyk, emerytowany pracownik Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach.