Miały co dziedziczyć dzieci prof. Jana Miodońskiego. Mają co kontynuować. Przedłużają i wzbogacają rodzinną uczoną tradycję, zapoczątkowaną w pokoleniu zdolnych i ambitnych rówieśników powstania styczniowego, którzy z królewskiego miasta Żywca poszli po nauki do krakowskiej Alma Mater. Po przodkach i po rodzicach pozostał im „wzór na całe życie”, jak mówi młodsza córka. Wzór żarliwego stosunku do pracy, szacunku dla każdej pracy. Ojciec wybitny lekarz−humanista i matka doktor geografii, o zainteresowaniach artystycznych, głęboko przeżywająca kontakt ze sztuką, zaszczepili trwale radość z tej pracy, która jest twórczością.
Trójka rodzeństwa – dzisiejszych profesorów – gościła mnie w krakowskim mieszkaniu pań Ewy Miodońskiej−Brookes i Barbary Miodońskiej, dokąd przyszedł prof. Adam Miodoński. Opowieści o drogach życiowych każdego z nich poprzedziły wspólne wspomnienia rodzinnego domu, skąd wynieśli bogate intelektualne oraz duchowe wiano. W eseju Z zagadnień etyki lekarskiej Jan Miodoński, jeden z ojców nowoczesnej otolaryngologii, budowniczy i kierownik kliniki tej specjalności w Krakowie, członek PAU, obrońca Akademii, gdy ją rozwiązywały powojenne władze, pisał: „Nic nie jest tak szkodliwe, jak wygłaszanie wzniosłych zasad, których praktyka życia społecznego nie potwierdza lub zgoła im przeczy”.
Najstarsza z rodzeństwa Miodońskich stwierdziła kategorycznie: – Nasze zainteresowania zawodowe wyszły z domu rodzinnego. Choroba Heine−Medina, przebyta w dzieciństwie, ograniczyła jej możliwości poruszania się, ale rodzice rekompensowali to m.in. regularnymi wyprawami do teatrów – Słowackiego i Starego. Ewa, niedorosła jeszcze do tego, słuchała opowiadań siostry. Znajomy rodziców, fotograf teatralny, zapraszał Barbarę do swego atelier−sklepu i obdarowywał zdjęciami z ulubionych przedstawień, które to zdjęcia do dzisiaj są w domu, a wielekroć służyły pani Ewie w... pracy dydaktycznej.
Decyzja wyboru studiów dojrzewała wtedy, gdy do Krakowa powrócił z wojennego rabunku Ołtarz Mariacki Wita Stwosza i rozparcelowane jego elementy konserwowano na Wawelu. Prof. Marian Słonecki, kierujący pracami, zaprosił państwa Miodońskich i Barbara zobaczyła rzeźby z dziurami po kornikach, tamponami zabezpieczającymi, ubytkami polichromii. To przeżycie należy do genezy zainteresowań dzisiejszej pani profesor. Studiowała historię sztuki przywożona na wózku, czasami wnoszona do sal wykładowych przez matkę, później kolegów. Ewa przynosiła siostrze książki z biblioteki. Najbliższym, a także gronu przyjaciół Barbara Miodońska przypisuje udział w swoim dorobku naukowym.
Impuls pierwszy do pracy badawczej wzięła od ojca – w postaci pasji pchającej do pokonywania trudności, niezważania na formalne oznaki kariery, radości z tych, które są owocem własnych dociekań.
W uniwersytecie spotkała znakomitych mistrzów, pod wpływem których ukształtowały się zainteresowania sztuką średniowieczną. Pani Barbara robi dygresję w opowiadaniu biografii, żeby skonstatować, że jej pokolenie, ograniczone w wyjazdach za granicę, poświęciło się badaniom dawnej sztuki polskiej, którym, mimo że dotyczyły głównie zabytków sakralnych, opresje ideologiczne mniej przeszkadzały.
Jej specjalizacją na resztę życia stało się malarstwo książkowe – iluminatorstwo, zwłaszcza ksiąg liturgicznych. Mistrzynią w tej specjalności była prof. Zofia Ameisenowa, kustosz Biblioteki Jagiellońskiej. Tematem rozprawy doktorskiej Barbary były księgi katedry krakowskiej. Zakończywszy te badania obroną pracy w r. 1961, pani doktor, pracująca etatowo w Bibliotece Czartoryskich, wówczas dziale Muzeum Narodowego, postawiła sobie za cel zbadanie i opisanie malarstwa książkowego całej Małopolski. Podczas krakowskiego spotkania obejrzałam piękną, dużą książkę prof. Barbary Miodońskiej – pionierskie dzieło będące syntezą najnowszej wiedzy o średniowiecznym malarstwie książkowym tego regionu. Od autorki usłyszałam, że sporo fotografii wykonał... jej brat.
Studia prof. Barbary Miodońskiej (tytuł uzyskała w 1994) nad malarstwem i grafiką książkową polskiego średniowiecza i renesansu odsłaniają wiele problemów ideowych dawnej kultury, wskazując tropy nowych interpretacji, budząc wiele pytań. Jednym z takich problemów było pojmowanie państwa i władzy w perspektywie metafizycznej – król jako ziemski obraz Boga−władcy świata.
W bogatym dorobku jest praca o zawartości graficznej pierwszego wydania drukiem Statutów Królestwa Polskiego, znanych jako Statut Łaskiego, szereg artykułów w czasopismach naukowych, wreszcie wspomniana monografia Małopolskie malarstwo książkowe 1320−1540.
W domu trójki rodzeństwa żywe były zainteresowania artystyczne i literackie. Ojciec był miłośnikiem Wyspiańskiego, którego czytał i oglądał na scenie, a kiedy nauczycielka Ewy, pochodząca z bronowickiej rodziny Trąbków, związanej z Rydlami, zabrała tam całą klasę i pokazała obecną Rydlówkę, wówczas prywatne mieszkanie, a także Tetmajerówkę – był zachwycony atmosferą tych miejsc i recytował fragmenty Wesela.
Ewa przez całe naukowe życie zajmuje się... Wyspiańskim. Poszła na polonistykę po październiku ‘56 i dzisiaj wspomina: – Studiowałam w najlepszym okresie z tego, co mogło być po wojnie. Miałam do czynienia z bardzo wybitnymi i bardzo zróżnicowanymi osobowościowo profesorami. Na pierwszym roku słuchała międzywydziałowych wykładów Romana Ingardena (wrócił wtedy na uniwersytet) z poetyki. Notatki z tych wykładów służyły pani profesor Miodońskiej−Brookes w pracy ze studentami przez wiele lat. Najściślejszy krąg mistrzów stanowili: Maria Dłuska, Henryk Markiewicz, Kazimierz Wyka. – Każde z nich uczyło nas wolności myślenia. Nie narzucali niczego – otwierali drogi i ukazywali horyzonty. Pani profesor stara się tak samo postępować wobec swoich studentów i doktorantów.
Po studiach i stażu uniwersyteckim została asystentką, przechodząc kolejne szczeble akademickiej kariery (doktorat – 1970, habilitacja – 1979, profesura – 1997) w UJ. Zamierzała zająć się Słowackim, którego czytała w narodowym wydaniu ofiarowywanym sukcesywnie jej ojcu przez zaprzyjaźnionego z domem wybitnego badacza twórczości wieszcza i redaktora pełnej edycji, Juliusza Kleinera. Za radą prof. Markiewicza poświęciła się jednak Wyspiańskiemu i jego epoce.
Zaraz po doktoracie zaczął się drugi nurt pracy badawczej i zainteresowań, zakorzenionych w domowym umiłowaniu teatru, relacjach starszej siostry oraz własnego doświadczenia teatru żywego. Prof. Wyka zarekomendował panią doktor jako wykładowcę historii dramatu i teatru na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Związek z tą uczelnią okazał się owocny – znaczna część prac Ewy Miodońskiej−Brookes dotyczy twórczości Wyspiańskiego, która wymaga rozpoznania wielu wątków i nurtów sztuki teatru, nie tylko polskiego, ale i europejskiego.
W PWST spotkała innych studentów niż na polonistyce. Pośród jednych i drugich ma wielu przyjaciół. Przygotowując wykłady dla tych ze szkoły teatralnej, zdobyła wiedzę i doświadczenie dydaktyczne, które uważa za fundament w drugiej, uprawianej przez nią dziedzinie – teatrologii, otwartej jako kierunek studiów w UJ. Dzięki owemu połączeniu historii literatury, teatrologii, a także teorii literatury i sztuki, pani profesor może wszystkim swoim słuchaczom proponować różne perspektywy humanistyczne, różne podejścia interpretacyjne.
Z rodzinnej atmosfery, z przyjaznej zażyłości rodzeństwa Miodońskich bierze się jeszcze jeden składnik wyposażenia intelektualnego pani prof. Ewy i oryginalny wątek jej badań. Interesując się zawsze pracami starszej siostry, zyskała wiedzę o sztukach plastycznych i wrażliwość na ich dokonania. Okazało się to niesłychanie przydatne, inspirujące i płodne, gdy sama poświęciła się badaniu artysty, który był i pisarzem, i malarzem, artystą książki i scenografem. Pozwoliło pokazać jego dorobek pisarski w całym złożonym kontekście kulturowym. W monograficznej książce Ewy Miodońskiej−Brookes o Akropolis Wyspiańskiego wiedza z historii sztuki zajmuje sporo miejsca. Pierwszym czytelnikiem−recenzentem była Barbara, a zdjęcia robił brat.
Średni z trojga dzisiejszych profesorów poszedł śladem ojca, choć nie całkiem dokładnie i nie od razu. Adam Miodoński skończył studia na Wydziale Przyrodniczym UJ w r. 1957. Doktorat zrobił 8 lat później, a w 1974 został także doktorem nauk medycznych w krakowskiej AM im. Kopernika. Już wcześniej, jak wspomina, poczuł i przekonał się, że ojciec traktuje go jak kolegę, co było wielką radością, ale większym wyzwaniem.
Pierwsze kroki stawiał na macierzystym wydziale – asystentura w Instytucie Zoologii. W 1977 habilitował się, w 1984 został profesorem nadzwyczajnym – ciągle w uniwersytecie. Równolegle pracował i przechodził awanse akademickie w AM, uzyskując profesurę w r. 1990. Po lakonicznym ich wymienieniu, mój rozmówca cofnął się w przeszłość, żeby objaśnić główne motywy swoich naukowych wyborów.
Gdy ojciec pod koniec życia chorował, a syn chodził z nim na wizyty lekarskie, usłyszał kiedyś, że powinien się specjalizować w laryngologii, co odrzucał, czując, że ojcu nie dorówna. Posłuchał jednak, choć zaszedł już dość daleko drogą neuroanatomii, pod kierunkiem wybitnego badacza prof. Jerzego Kreinera. Zszedł z niej w obszar naczyń krwionośnych, a niebawem (1970) udało mu się wyjechać na stypendium do Centralnego Instytutu Badań Mózgu w Amsterdamie. Niezależnie od zajęć tam odbywanych, trafił do pracowni chirurgii eksperymentalnej Szpitala Akademickiego św. Wilhelminy i mógł wykonywać badania nad interesującym go systemem naczyniowym. Niedługo później pojawiła się możliwość analizowania preparatów w mikroskopie skanningowym, co otwierało zupełnie nowe perspektywy.
Prof. Miodoński junior powiada, że traktując najpoważniej pragnienie ojca, cały czas myślał o tym, jak odnieść swoje badania podstawowe do otolaryngologii.
Mikroskopia elektronowa okazała się dobrą metodą, której stosowanie umożliwił dar (aparatura) Jana Pawła II dla jego szkolnego kolegi i wieloletniego przyjaciela prof. Jana Kusia, co pozwoliło zorganizować Pracownię Mikroskopii Skanningowej Kliniki Otolaryngologicznej Collegium Medicum UJ. Adam Miodoński, powróciwszy na uczelnię, którą kiedyś ukończył, uczestniczył w badaniach pracowni do przejścia na emeryturę.
Na wielkim obszarze poznania powstawał dorobek profesora liczący blisko sto prac, w tym kilka wspólnie napisanych książek i dwa podręczniki. Spełnił oczekiwania swego ojca, tak samo jak obie jego siostry w innych obszarach. Dla wszystkich studia i praca naukowa były naturalnym wyborem. Oczywistym dążeniem do tego, co nazywają „wzorem na całe życie”.
W rodzinnym wzorze są także wyraźne rysy społecznikowskie. Te dziedziczą dzieci prof. Jana Miodońskiego w postawach nakazujących przeciwstawiać się kłamstwu, nieuczciwości, próbom zniewolenia umysłów. Prof. Ewa związała się z opozycją demokratyczną po marcu ‘68. Później była działaczką „Solidarności”. W stanie wojennym współinicjatorką powołania Arcybiskupiego Komitetu Pomocy Represjonowanym. Adam służył pomocą lekarską każdemu i zawsze, kiedy była potrzebna, znajdując wsparcie sióstr. Ten wątek rodzinnej tradycji zasługuje na osobną opowieść.