ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


OBYCIE

Leszek Szaruga

Od dłuższego czasu zwraca moją uwagę coś, co można by nazwać „brakiem obycia”, ogólnym nieprzygotowaniem do uczestnictwa w kulturze wśród ludzi, pomiędzy którymi w zasadzie z podobnym zjawiskiem nie powinienem mieć do czynienia – w gronie olbrzymiej większości studentów humanistyki. I coraz częściej zastanawiam się, czy w związku z tym nie byłoby celowe, a i dla wielu pożyteczne, wprowadzenie, przynajmniej na wydziałach humanistycznych, koniecznie na pierwszym roku studiów, dwóch semestrów przedmiotu, który pozwoliłby słuchaczom zorientować się, choćby najogólniej, w świecie kultury. Jedno jest pewne: olbrzymia większość studentów, z którymi na ten temat rozmawiałem, sądzi, że takie wprowadzenie byłoby dla nich przydatne.

Może kłopot byłby mniejszy, gdyby takie przygotowanie do uczestnictwa w kulturze wpisane było w program szkolnictwa niższych szczebli. Program ten jednak i tak jest przeładowany, a może jedynie po prostu źle skonstruowany. Można, oczywiście, założyć, że studenci sami powinni sobie z tym poradzić i że życie akademickie stwarza po temu dość okazji. Tyle iż założenie takie jest z gruntu nietrafne. Tak się bowiem dzieje, że studia, nawet humanistyczne, a zatem wymagające ogólnej orientacji w przestrzeni kultury, stają się studiami coraz bardziej wąskotematycznymi. Niby to nieuniknione, ale w istocie prowadzi do zaniku wspólnoty i poczucia sensu, nie mówiąc już o wizji całości – wszystko zaczyna istnieć osobno.

Nie zdziwiło mnie zatem wyznanie Edwarda W. Saida, który, podsumowując swe czterdziestoletnie doświadczenie nauczyciela akademickiego, stwierdzał: „Kiedy zaczynałem, można było uznać za pewnik, że studenci znają języki obce. Każdy musiał znać co najmniej dwa. Nauczyciel mógł też zakładać, że znają określone dzieła literackie, powiedzmy z zakresu literatury angielskiej i francuskiej, w tym wielkich jej twórców (…). Takiego założenia już przyjmować nie można. Dziś jest pogoń za tym, co zawężone, szczegółowe i wyspecjalizowane. A skutek jest taki, że w tej walce bardzo trudno o wymianę myśli, która dawałaby chwile olśnienia czy wolności”. Naprawdę coś w tym jest. I w końcu to nie nowoczesny wynalazek – nie przypadkiem jeszcze w okresie międzywojnia choćby Witkacy zapowiadał, że nie pozostanie w nas nic prócz zasady bezpośredniej użyteczności, a uczucia metafizyczne ulegać będą zanikowi.

I zanikają, są pozostawione specjalistom od uczuć metafizycznych. Ale oni z kolei – poza przypadkowymi sytuacjami – już nie czytają literatury, nie słuchają muzyki i nie oglądają obrazów. Oni zajmują się metafizyką. Są znakomitymi znawcami metafizyki i jedynymi prawdziwymi właścicielami uczuć metafizycznych, co powoduje, że każdego niespecjalistę, któremu zdarzy się w ich towarzystwie wspomnieć coś o własnych metafizycznych uczuciach, pogonią jako amatora i profana. Co nie znaczy, rzecz jasna, że do pewnego stopnia nie mają racji, jednakże jest to racja specjalisty. Bo w końcu uczucia metafizyczne nie istnieją same dla siebie i ich teoretyków, lecz są cząstką większej całości, jaką jest poznawanie świata, które nie stanowi efektu jedynie czysto racjonalnych zabiegów, lecz także recepcji emocjonalnej.

Coraz częściej odnoszę wrażenie – zwłaszcza gdy rozmawiam z młodszymi koleżankami i kolegami – że także w nauce nastąpiło takie pomieszanie języków, jakim ukarani zostali budowniczowie wieży Babel. Tu nie chodzi tylko o trudności w uzgodnieniu definicji poszczególnych pojęć, ale o coś, co można by nazwać brakiem wspólnego idiomu. Może to już los taki i nie ma na co narzekać: los to los i już. Ale świadomość rozpadu kanonu i poczucie, że kultura nie tworzy już przestrzeni porozumienia, trochę mnie osobiście przeraża.

W zamiarze moim zatem ów przedmiot prezentujący panoramę kultury współczesnej nie miałby na celu obciążania przeładowanych głów studenckich zbyt wielką wiedzą faktograficzną. Celem byłoby naszkicowanie mapy i wskazanie punktów orientacyjnych umożliwiających chętnym wejście do tego świata, niechętnym zaś – zdających sprawę z jego istnienia. To tak, jak z możliwością poznawania literatury obcej. Każdy w Niemczech wie, że polska literatura istnieje, ale niewielu chce się nią interesować. Jeśli jednak takie dziwaczne zainteresowanie wykaże, ma dość podręczników i opracowań, które go w ten świat wprowadzą i dość tłumaczeń, by – nawet bez znajomości języka – dość dobrze ową literaturę poznać. Polak takie możliwości w odniesieniu do literatury nie tylko niemieckiej, ale także innych sąsiadów ma wielokrotnie mniejsze.

To jednak nic dziwnego. Pomysł Stanisława Staszica, by poznawać język i kulturę sąsiadów, jakoś się u nas nie przyjął. Przyjmuje się natomiast stosowanie zasady ścisłej specjalizacji. Bo ostatecznie rozumiem, że przeciętny maturzysta nie zdaje sobie sprawy z faktu, że Tadeusz Gajcy to przedstawiciel tej samej generacji, co Wisława Szymborska, ale nie mogę się otrząsnąć ze zdumienia, gdy nie wie tego doktorant piszący o Gajcym referat na konferencję. Ale on nie wie tego również o Zbigniewie Herbercie. On jest specjalistą od poległych poetów czasu wojny. Tylko zastanawiam się, dlaczego ów doktorant uważa, że jest humanistą.