Miniony wiek w znacznym stopniu zwiększył naszą wiedzę o świecie. Wśród najważniejszych dokonań tego okresu należy wymienić antybiotyki, teorię Wielkiego Wybuchu czy strukturę DNA. Mimo takiego postępu pozostaje jeszcze wiele rzeczy, o których niewiele wiemy: pandemia HIV, rak, ptasia grypa, bioterroryzm, globalne ocieplenie, dziury ozonowe. Choroby i klęski naszych czasów sprawiły, że nauka i naukowcy jeszcze nigdy nie byli tak blisko społeczeństwa. Stale zarzucani jesteśmy informacjami dotyczącymi dziury ozonowej, wciągani w dyskusje na temat klonowania i podziału komórki, żywności genetycznie modyfikowanej, testów przeprowadzanych na zwierzętach. Brak fundamentalnej wiedzy w wielu dziedzinach naukowych uświadamia nam jednak, że naukowcy funkcjonują z dala od nas. Mając poczucie bardzo istotnej roli nauki, jesteśmy sfrustrowani trudnością zrozumienia jej szczegółów.
„Naukowcy – czytamy we wstępie książki – myślą na wszelkie sposoby, dzięki którym zachowują swoje myśli dla siebie. Myślą głęboko, szczegółowo i w ściśle opracowanych ramach. Często myślą liczbami, a niekiedy wbrew intuicji. W swoich intelektualnych poszukiwaniach muszą być formalni, techniczni i skupieni na temacie. Jednak istnieje potężny i skuteczny środek ustalenia, co naukowcy myślą. Trzeba ich zapytać”.
Jeremy Stangroom, brytyjski pisarz i redaktor „The Philosophers Magazine”, podjął dyskusję z najznakomitszymi na świecie profesorami. Seria dwunastu wywiadów dotyczy najgłośniej dyskutowanych ostatnio dziedzin nauki. Susan Greenfield, profesor fizjologii, porusza problem depresji w świetle ludzkiego mózgu i świadomości. Genetyk Steve Jones konfrontuje się z Darwinowską ideą ewolucji gatunków, kreacjonizmem i problemem roślin genetycznie modyfikowanych. Dorothy Crawford i Mike Stratton opowiadają o mikrobiologii, wirusach i badaniach nad rakiem. Jeden z ciekawszych wywiadów w książce dotyczy etyki eksperymentów na zwierzętach. Dyskutuje o niej Stangroom z Colinem Blakemorem, szefem Medical Research Council, profesorem fizjologii, wielokrotnie krytykowanym przez obrońców praw zwierząt za badania nad aktywnością mózgu kotów i naczelnych. Wywiad ten pozwala profesorowi przedstawić argumenty świadczące, jego zdaniem, o konieczności kontynuowania badań na zwierzętach. Wyliczane przez niego fakty i korzyści, które mogą przynieść takie badania, sprawiają, że czytelnikowi, nawet największemu miłośnikowi zwierząt, trudno nie przyznać mu racji.
Nie wszyscy bohaterowie książki są przedstawicielami nauk empirycznych. Wśród naukowców pojawia się matematyk Norman Levitt, który porusza problem roli nauki w społeczeństwie, a także ukazuje zagrożenia związane z integralnością nauki, opisując, jak nauka, jako dyscyplina badawcza, może być źle rozumiana przez różne, często akademickie, ruchy pseudo− czy też antynaukowe. Niezwykłą postacią jest także, pracujący na skrzyżowaniu nauki i technologii, Kevin Warwick, profesor cybernetyki, doktor inżynierii komputerowej i robotyki, który pragnie żyć tak długo, by podłączyć swój mózg do komputera i stać się pierwszym na świecie cyborgiem.
Przeprowadzone przez Stangrooma wywiady pokazują osobom niezwiązanym z nauką, jak pracują współcześni naukowcy. Z rozmów tych wyłania się obraz ich idei, planów, a także dylematów, obraz zależności między nauką i technologią oraz wielu problemów społecznych i politycznych, które pojawiają się wraz z rozwojem nauki.
Dla wszystkich więc, którzy chcą wiedzieć, o czym myślą naukowcy, książka ta jest pozycją obowiązkową.
Powstanie tuż za wschodnią granicą Polski imperium sowieckiego, które w trakcie budowania zrębów państwowości II Rzeczypospolitej śmiertelnie jej zagrażało, stało się powodem rozważań nad komunizmem obecnych w polskim życiu intelektualnym lat 20. i 30. XX wieku. Myśliciele przedwojennej Polski wskazywali na rewolucję październikową jako na początek negacji dotychczasowego dorobku cywilizacyjnego. Mając możliwość obserwacji procesu budowy czerwonego imperium, nie dokonywali analizy komunizmu jako ideologii, skupiając się raczej na opisie sowieckiej rzeczywistości. Analiza tej ideologii, choć nie zawsze wiodąca do słusznych wniosków, stanie się dopiero domeną powojennych myślicieli Zachodu. Należy tylko żałować, że w tak niewielkim stopniu przyswoili sobie oni przedwojenny polski jej opis.
Elity umysłowe II Rzeczypospolitej dostrzegły w komunizmie nie wizję nowego doskonałego społeczeństwa, lecz socjotechnikę sprawowania rządów przy użyciu brutalnych środków. Nie nabrały się, jak uczeni zachodni, na propagowaną przez ZSRR ideę powszechnej równości, ale wyjątkowo wyraźnie widziały totalitarny system władzy oparty na wszechtrwodze.
Któż zatem podjął się przed wojną w Polsce krytyki komunizmu? Lista jest długa, a profesje wykonywane przez uczonych świadczą nie tylko o ważkości problemu w tamtych czasach, ale przede wszystkim o szerokości spojrzenia ówczesnych naszych elit na otaczającą rzeczywistość. Byli to bowiem ekonomiści – Adam Heydel, Adam Krzyżanowski, Ferdynand Zweig, teoretycy prawa – Ignacy Czuma, Stanisław Kutrzeba, Władysław Leopold Jaworski, katoliccy duchowni – kardynał August Hlond, biskupi – Józef Teodorowicz i Jan Stepa, księża – Józef Pastuszka i Stefan Wyszyński, a także filozofowie – Jerzy Braun, Jan Karol Kochanowski, socjolodzy – Florian Znaniecki, Ludwik Kulczycki, przedstawiciele polskiej szkoły sowietologicznej – Stanisław Swianiewicz, Wiktor Sukiennicki, publicyści – Jan Berson, Artur Śliwiński, Stanisław Mackiewicz. Głos zabierali działacze wszystkich ważniejszych stronnictw politycznych, a socjaliści – Ignacy Daszyński, Mieczysław Niedziałkowski, Bolesław Limanowski, Leon Wasilewski – manifestowali odrębność swej doktryny od komunizmu. Zdeklarowanym antykomunistą był Józef Piłsudski. Nie milczeli także piłsudczycy. Czołowi endecy, w osobach Romana Dmowskiego, Stanisława Grabskiego, Bohdana Wasiutyńskiego czy Zygmunta Wasilewskiego, swoimi tekstami filozoficznymi lub esejami publicystycznymi zapoznawali opinię publiczną z możliwością i następstwami ewentualnego rozszerzenia się na Zachód sowieckiej rewolucji. Twórczość wszystkich charakteryzuje negacja komunizmu i jego „praktycznych” zastosowań. Nieliczne pochwały uzyskały tylko takie „wynalazki rad”, jak: powszechna elektryfikacja Krzyżanowskiego i idea szkół ludowych Łunaczarskiego.
Krytykując komunizm Polacy zauważali, że godzi on w wolność, sprawiedliwość, praworządność. Wytykali radzieckim wychowawcom nowego pokolenia, że szkoła bolszewicka zatraca związek z przeszłością Rosji, a kontakty ze światem kurczą się coraz bardziej.
Zdawano sobie sprawę z planowanego ataku bolszewizmu na Europę. Polacy usiłowali ostrzec Zachód przed filozofią sowietyzmu, w której człowiek staje się „zwierzęciem, bez żadnej przyszłości i celu metafizycznego”.
Dla wielu Czytelników teza postawiona w tytule książki będzie zapewne nie do przyjęcia. Bo jakże to, mielibyśmy przyjąć, że mózg, wyraźnie różnicujący nas in plus od innych ssaków, powstał tylko jako uboczny produkt ewolucji?
Autorzy zbaczają z utartych ścieżek i twierdzą, że znacznie wcześniej niż do myślenia mózg służył hominidom jako… bufor termiczny. Ta właściwość, w większym stopniu niż pogłębiona analiza, pozwalała im w gorącym afrykańskim słońcu i bez wody przetrwać uporczywe polowania na zwierzynę. Co więcej, w połączeniu z dwunożnością, okazała się optymalnym rozwiązaniem do pokonywania biegiem nawet kilkukilometrowego dystansu. Jedynym ograniczeniem stawało się wówczas przegrzanie mózgu. Ewolucja i na to znalazła sposób: kora czołowa, najbardziej uszkadzana w wyniku stresu termicznego, u człowieka jest niemal dwukrotnie większa niż np. u szympansa. Objętość mózgu na przestrzeni setek tysięcy lat rosła wykładniczo, a wraz z nią – liczba neuronów i połączeń między nimi. Powstał w ten sposób niezawodny mechanizm, w którym ilość przekłada się na jakość. Uszkadzane w wyniku przegrzania neurony niemal natychmiast zastępowane są przez inne, nie powodując zakłóceń działania całego organu. Nieprzypadkowo nasuwa się skojarzenie z von Neumannem i jego teorią niezawodnego systemu złożonego z zawodnych elementów.
Mając taki mózg hominidy zwiększały swoją odporność, a to pozwalało przeciągać granicę możliwości biegowych. Doprowadzanie do przegrzewania mózgu wskutek uporczywego biegu nie byłoby jednak możliwe bez mechanizmu świadomej realizacji zamiarów – piszą Fiałkowski i Bielicki. W efekcie świadomego przezwyciężania „słabości ciała” strefa „żółta”, czyli ostrzegawcza, przesuwała się kosztem czerwonej – niebezpiecznej dla zdrowia, tak wówczas – w uporczywym biegu za zwierzyną, jak i dziś – choćby na trasie maratonu. Bez samoświadomości w obydwu przypadkach Homo ponosiłby klęskę. Jeśli dodać do tego obniżenie krtani, pozwalające zaczerpnąć dodatkową dawkę powietrza ustami, ale i determinujące powstanie mowy, to otrzymamy komplet preadaptacji, które całkiem przypadkowo, w wyniku dodatkowego wykorzystania w innym niż początkowo charakterze, tworzyły Homo sapiens. A w zasadzie to bieg tworzył człowieka, jego umysł zaś oraz krtań są po prostu ewolucyjną „nagrodą” za ten bieg – konkludują autorzy.
Ten dość rewolucyjny scenariusz piszą za pomocą modeli komputerowych i to właśnie z matematycznego racjonalizmu, wynika zadziwiająca logika wywodu. Fascynacja modelowaniem w rekonstruowaniu początków naszego gatunku nie dziwi, zwłaszcza u Fiałkowskiego, profesora nauk komputerowych. Bielicki – antropolog z krwi i kości, do tego stechnicyzowanego świata („defoltowy koncept”) wniósł ożywczy powiew znacznie bliższej nam socjobiologii. Zasadniczym defektem tej mieszanki jest jednak odmienność i w dużym stopniu nieprzewidywalność procesów naturalnych – nawet widzianych z odległej perspektywy czasu – od stworzonych pod pełną kontrolą badacza modeli. Wydaje się, że autorzy mają tego świadomość, dlatego wielokrotnie podkreślają warunkowość swojej koncepcji, nie pozbawiając jej przy tym autentyczności, ale też i nie dając prymatu nad innymi. Po 30 latach od postawienia hipotezy publikują ją w formie książkowej, odpowiadając tym samym na wszelkie wątpliwości i zarzuty, które pojawiły się w tym czasie. I mimo sygnalizowanych na wstępie zastrzeżeń, trudno odmówić jej sensu i spójności. Być może byłoby łatwiej, gdyby porzucić uniwersalne, czyli… ludzkie, rozumienie przypadku – podpowiadają naukowcy.
Wojna jest medialna. Tu jest tempo, są emocje i jest śmierć, a więc to, co wielu lubi w mediach najbardziej. Dlatego „można zaryzykować twierdzenie, iż przemoc i wojna zdominowały krajobraz medialny XX wieku” – pisze Urszula Jarecka we wstępie do swojej książki pod prowokacyjnym tytułem Nikczemny wojownik na słusznej wojnie. Nie chodzi tu o żadną konkretną wojnę, a o wojnę w ogóle i o to, jak jest ona obrazowana w mediach wizualnych.
Autorka odwołuje się do rozmaitych źródeł: fotografii prasowych, plakatów, serwisów informacyjnych, filmów dokumentalnych, seriali telewizyjnych czy nawet do malarstwa. Imponująca jest liczba filmów fabularnych, po które sięga. Barwnym, niekiedy poetyckim językiem obrazuje symboliczne sceny z filmów, jak na przykład – podobno „najkrwawsze w dziejach kina” – ujęcia z Szeregowca Ryana. Jarecka skłania tym samym do pytania, czy można mówić o pięknie wojny? Okazuje się, że tak, bo wojna w filmach jest estetyczna. Czasem wręcz „przeestetyzowana” – pisze autorka – za sprawą wysmakowanych zdjęć, wyszukanej scenografii czy pięknej muzyki. Nawet kategoria dźwięku w filmach wojennych jest poruszona w książce.
Czytelnik znajdzie tu mnóstwo ciekawych wątków, dotyczących na przykład: strachu, tabu śmierci, władzy, dzieciństwa na wojnie. Na szczególną uwagę zasługują rozważania nad pacyfizmem. Stylowi Jareckiej daleko do naukowego żargonu, dzięki temu znajdzie tu coś dla siebie każdy, choć troszkę zainteresowany problematyką mediów, filmu albo wojny.
Książkę ilustruje kilkanaście fotografii, głównie plakatów z czasów I i II wojny światowej. Ciekawe, że na większości z nich są kobiety. Jarecka poświęca zresztą cały rozdział kobietom i ich obrazowaniu w narracjach wojennych. Okazuje się, że są one ukazywane stereotypowo – jako pielęgniarki, prostytutki czy bezmyślne pracownice fabryk broni. Znajdziemy oczywiście w filmach i prawdziwe wojowniczki, ale znamienne, że jako pierwszy przykład Jarecka podaje film z gatunku fantasy.
Stereotypy nie dotyczą zresztą tylko kobiet. Uproszczenia to nieodzowna cecha kultury masowej i te właśnie eksponuje Jarecka. „Wzorce antyczne zostały dostosowane do współczesnego odbioru – pisze. – Z bogactwa charakterów pozostaje kilka »sztandarowych« cech”. Z różnych punków widzenia autorka prezentuje popularne wyobrażenia wojownika, żołnierza, ale także ofiary wojny. Okazuje się, że granica między bohaterem a ofiarą bywa płynna, a w niektórych mediach wręcz w ogóle jej nie ma.
Filmy wojenne, zdaniem Jareckiej, skłaniają do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o inne granice – o granice człowieczeństwa, postępowania człowieka wobec człowieka, wroga wobec wroga. Wojna, jak nic innego, uświadamia wartość życia. I każe liczyć – jaka jest cena życia, jaki jest sens śmierci.
Począwszy od Iliady, poprzez Pieśń o Rolandzie, Jerozolimę wyzwoloną, po Potop obecna była w literaturze tradycja budowania sacrum wokół wojny. To była wojna jako świętość. Media XX wieku burzą tę tradycję, odzierają wojnę ze wzniosłości. Wojna jest brutalna. A wojownik to już nie jest cnotliwy heros, dzielny rycerz czy honorowy żołnierz, to „maszyna obsługująca śmiercionośne narzędzia”. „Jakie cnoty może mieć maszyna?” – pyta retorycznie Jarecka.
„Jestem agnostykiem religijnym w sensie bardzo dosłownym. Nie jestem w stanie poznać przedmiotu moich religijnych przeświadczeń i z ogromną nieufnością, powiedziałbym nawet z rosnącym sceptycyzmem, przyglądam się tym wszystkim, którzy utrzymują, że są w stanie to zrobić. Nawet więcej. Jestem przekonany, iż takie roszczenie jest wysoce podejrzane poznawczo, a społecznie wręcz szkodliwe. Innymi słowy, to właśnie ludzie przekonani o celowości i trafności własnych formuł religijnych, a poza tym usiłujący narzucić je innym, zwykle niepodzielającym ich poznawczego optymizmu, byli i są źródłem nieszczęść dotykających ludzkość”.
Ta dość ryzykowna deklaracja pochodzi z książki prof. Stanisława Obirka Obrzeża katolicyzmu. Stanowi ona zbiór tekstów, które w większości były wcześniej publikowane (często z jakiejś okazji – i być może ten „okolicznościowy” charakter tekstów zaważył na ich treści). Rozbieżność tematyczna artykułów jest znaczna (problematyka żydowska, socjologizujące próby opisania katolicyzmu w Polsce, artykuły dotyczące ks. J. Tischnera, S. Lema, teatru J. Grotowskiego, T. Węcławskiego, polemiczne uwagi na temat książek Finkelsteina i Goldhagena) i nawet przy najlepszej woli nie da się książki podciągnąć pod kategorię monografii, a co najwyżej pod zbiór esejów. Tym, co ten zbiór spina, są odniesienia do kultury i historii Polski oraz katolicyzmu w Polsce. Prace podzielone są na trzy części schematem przeszłość – teraźniejszość – przyszłość, a wieńczy je tekst Odwaga pytań – Tomasza Polaka droga do prawdy poświęcony poszukiwaniom T. Węcławskiego. W sumie, mimo obiecującego tytułu, książka budzi rozczarowanie – za mało w niej analizy, natomiast zbyt wiele niespokojnych, emocjonalnych tekstów na różne sposoby prezentujących krytykę „polskiego katolicyzmu narodowego” z pozycji „katolicyzmu otwartego”.
Tekst Katolicyzm jako los zawiera tezę, iż polski katolicyzm jest „pozbawiony zarówno protestanckiego radykalizmu religijnego, jak i oświeceniowego krytycyzmu” i diagnozę, że „najbliższe lata przyniosą odejście od zmitologizowanej i masowej wersji katolicyzmu na rzecz religii prywatnej i »rynkowej«” (szkoda, że autor nie próbuje uzasadnić tych tez). Z kolei w tekście W co wierzy polski katolik? (mamy tu swoiste utożsamienie „polskiego katolika” z katolikiem „radiomaryjnym”) autor sugeruje występowanie w katolicyzmie polskim „degradujących tendencji” związanych z zanikaniem „odniesienia do źródłowych doświadczeń”, przejawiającego się szczególnie w „znajomości świętych tekstów” i zastępowaniu ich przez „religijność wtórną zapośredniczoną różnego rodzaju autorytetami” – religijność propagowana przez Radio Maryja ma być takiej tendencji współczesnym przejawem (wcześniej tendencja ta przejawiała się w nauczaniu Episkopatu Polski – „teologia ta uderza ubóstwem horyzontów myślowych i nieporadnością języka”). Autor konkluduje, że „polski katolik ukształtowany przez Radio Maryja na pewno nie wierzy w Jezusa Chrystusa, gdyż to nie On jest partnerem w jego modlitwach”, jako że inne zestawy modlitw i tematów zajmują jego wyobraźnię. Tezy te (znów bez argumentacji) nie wydają się po prostu prawdziwe.
Tym, co zdecydowanie najlepsze w książce, są prace o mniejszym ładunku krytyczno−polemicznym, pokazujące szeroką wiedzę autora – podejmujące wątki biograficzne czy dotyczące problematyki żydowskiej.
Wnioski z badań nad modelem kształcenia doktorantów pokazują, że jest on problemem, który niecierpliwie czeka na rozwiązanie. Tym bardziej że utrwalają się tendencje niekorzystne. Jedno z istotniejszych twierdzeń w książce formułują autorzy na samym jej końcu: „Wyraźnie (…) brakuje koncepcji tych studiów w nowych warunkach funkcjonowania nauki i szkolnictwa wyższego”.
Poziom doktoratów sukcesywnie się obniża. Liczba kandydatów zainteresowanych studiami doktoranckimi nie wzrasta lawinowo. A przecież miało być inaczej. Według Karty Bolońskiej uzyskanie doktoratu jest III stopniem edukacji, to na nim powinna się kończyć kariera studenta. Pod względem liczby osób z doktoratem Polska lokuje się w ostatniej dziesiątce krajów OECD. Takie usytuowanie doktoratu powoduje, że staje się on celem bardziej edukacyjnym niż naukowym.
Zgadzam się z autorami raportu – to nie w „umasowieniu” tkwi przyczyna kłopotów z niedomogami kształcenia doktorów, lecz w istniejącym modelu. Polega on z grubsza na tym, że doktoranci często nie wiedzą, gdzie będą pracować. Nie mają różnorodnych ofert i perspektyw po uzyskaniu stopnia naukowego. Kto przyjmie do pracy doktora, którego wiedza i umiejętności nie przydadzą się potencjalnemu pracodawcy?
W Polsce utrwalił się model tradycyjny, w którym doktorant wiąże swoją karierę z pracą w uczelni. Rynek minimalnie zainteresowany jest zatrudnianiem młodych doktorów (firmy z centralą w krajach zachodnich chętniej to robią). Chodzi więc o to, aby opracować i wdrożyć modele kształcenia doktorantów, które będą wynikały z różnorodnych potrzeb pozauczelnianych. Sam prestiż doktoratu nie jest na ogół wartością, dla której młody zdolny człowiek chce się poświęcić.
Dodatkowe uwarunkowanie negatywne, uniemożliwiające wypracowanie wielomodelowości kształcenia doktorantów, wynika z permanentnego niedofinansowania nauki i szkolnictwa wyższego (np. pula na granty promotorskie jest ograniczona).
W przedstawionych wynikach badań (zebranych głównie za pomocą ankiet i w drodze dyskusji) pojawiają się „wątki” poboczne, ale istotne w każdym modelu kształcenia. Jednym z nich jest kwestia „interdyscyplinarności” (wymóg naszych czasów, ale zbyt często stanowi alibi dla cwaniactwa i dyletanctwa). Powraca problematyka relacji mistrz−uczeń (promotor−doktorant), której obraz wypada dość dobrze. Nie może być inaczej. Rozpad więzi między tymi podmiotami oznaczałby upadek fundamentu, na którym opiera się kształcenie. Jednakże wyniki badań wzbudzają myśl, że nie wystarczą względy ludzkie, aby doktorantowi zapewnić rozwój. Udział doktoranta w autentycznych przedsięwzięciach badawczych najlepiej przygotowuje go do przyszłych ról i zawodowego wykorzystywania swego doświadczenia. Ale ta znana prawda kłóci się z konsekwencjami przyjęcia Karty Bolońskiej, która niejako wymusza to, aby doktoranta traktować jako tego, który przygotowuje kolejną pracę dyplomową. W świetle istniejącej ustawy dysertacja musi być wkładem w dotychczasową naukę. Jak widać, brak korelacji między prawem a przyjętymi zobowiązaniami wynikającymi z naszego wejścia do Unii Europejskiej, tradycjami i możliwościami życia naukowego oraz wyższego szkolnictwa a gospodarką i rynkiem blokuje pomyślną ewolucję modelu kształcenia doktorantów.
Widzenie działań w horyzoncie spodziewanych osiągnięć jeszcze nie stało się naszą specjalnością.