ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
« Poprzedni artykuł


Gdzie jesteśmy?

Leszek Szaruga

Czesław Bielecki raczej rzadko zabiera głos jako publicysta, ale niemal zawsze są to uwagi celne oraz godne poważnej refleksji. Do takich należy jego artykuł na łamach „Rzeczpospolitej” („Plus−Minus” nr 49) Sukces Polaków, porażka Polski. Główna teza: obywatele naszego kraju odnoszą znaczące sukcesy w niemal każdej dziedzinie, podczas gdy politycy nie potrafią sprostać stawianym przed nimi zadaniom: „Znamienne: Polacy mają lepszą markę niż Polska. Stać ich na wizję własnego życia i kariery, pracują ciężko na przyszłość swoją i swoich dzieci. Ale tej wizji przyszłości nie ma w polskiej polityce i nic nie pokazuje tego lepiej niż spojrzenie rządców naszej wolności na minione 20 lat. Homo sovieticus okazał się silniejszy w klasie politycznej niż w społeczeństwie, na które ona sarka”. I dalej: „(…) po 20 latach od odzyskania niepodległości musi niepokoić, że władza nie umie zbudować konsensusu w żadnej z żywotnych kwestii, które należą do jej bezwzględnych prerogatyw. Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się Polska w G20. Szkoda, że nie zauważył, że żaden z naszych uniwersytetów nie zmieścił się w pierwszej światowej dwusetce”.

Nie chodzi mi, rzecz jasna, o samego Kaczyńskiego (występuje tu jako pars pro toto), lecz o te nieszczęsne uniwersytety. Ich ranga w świecie – mimo wysokiej często rangi pracujących w nich uczonych płci obojga – jest dramatycznie niska. W większej mierze odpowiedzialność za to ponoszą władze niż sami naukowcy, a tym bardziej studenci. Nie sposób nie podkreślić, iż czynnikiem sprawczym o największej sile rażenia jest kondycja finansowa polskiej nauki, a ta z kolei jest funkcją niedookreślenia w początkach minionego dwudziestolecia priorytetów w działalności państwa. To właśnie ów brak wizji, o którym pisze Bielecki. I brak umiejętności wypracowywania wspólnego stanowiska w kwestiach dla państwa najistotniejszych, co widać choćby w tak ważnej dziedzinie, jak polityka zagraniczna, w której dość długo utrzymujący się konsensus najważniejszych sił politycznych ostatnio uległ załamaniu.

Znamienne, że we wszystkich niemal rozdaniach politycznych kultura, szkolnictwo oraz nauka obsadzane są na ogół – może przypadek ministra Zdrojewskiego jest tu wyjątkiem, gdyż dotąd kulturą zajmowali się na ogół słabsi koalicjanci – przez działaczy o stosunkowo małej sile przebicia. Te funkcje ministerialne są marginesem działań rządowych, choć właśnie przedstawiciele nauki i kultury odgrywają znaczącą rolę w propagowaniu kraju na arenie międzynarodowej i są w tej materii skuteczniejsi od wojskowych czy dyplomatów – tym bardziej, że działają przede wszystkim wśród elit, zaś praca ich nie jest naznaczona doraźnością. Potęgą militarną w przewidywalnej przyszłości z pewnością nie będziemy, w sferze nauki czy kultury natomiast jest to – relatywnie niskim nakładem kosztów – możliwe. Przy tym nie chodzi o wielkie pieniądze. Rzecz w tym, że jak na razie z kasy – czyli z naszych podatków – nikt nie potrafi wysupłać nawet podstawowego minimum, które by mogło nie tyle nawet pozwolić na dynamiczny rozwój, co choćby powstrzymać postępującą zapaść. I choć zdaję sobie sprawę, że podobne rozważania w dobie światowego kryzysu gospodarczego można traktować jako pustą grę słowną, to jednocześnie pamiętam o uwagach mądrych ludzi powiadających, że kryzys może oznaczać zarówno zapaść, jak przesilenie: to czas, w którym można przygotować programy istotnych reform.

Fakt, iż żaden polski uniwersytet nie znalazł się w pierwszej światowej dwusetce, powinien być sygnałem alarmowym. W dalszej perspektywie oznacza to, że Polska stanie się dla poważniejszych graczy w tej dziedzinie obszarem drenażu mózgów. W efekcie będziemy się chełpić tym, iż kolejny laureat Nagrody Nobla „ma polskie korzenie”. Ale jego patenty będziemy musieli kupować za ciężkie pieniądze za granicą. To, oczywiście, potwierdzi tezę Bieleckiego o tym, że Polacy odnoszą sukces, który nie ma „przełożenia” na sukces Polski. Pisze on: „Nad sukcesami Polaków i porażkami Polski unosi się pytanie: Dlaczego? Odpowiedź na nie jest przeraźliwie prosta, tak prosta, że poważni intelektualiści i poważni politycy wolą ją raczej ignorować niż konfrontować się z nią. Chodzi o codzienny i odświętny brak kojarzenia zjawisk, o postrzeganie faktów jako przypadkowych zlepów, choćby ich konfiguracje powtarzały się jak w elementarzu, w najprostszym ćwiczeniu na rozumienie tekstu”.

I tu wszystko się zgadza. Bielecki zdaje się zapominać o wynikach badań, które sytuują Polaków na dość odległym miejscu w Europie, jeśli chodzi o rozumienie tekstów gazetowych, a zapewne nie tylko gazetowych. Jesteśmy społeczeństwem, w którym grubo ponad 50 proc. obywateli nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki. Nie sądzę, by wśród polityków proporcje były zasadniczo odmienne. To nie te czasy, gdy tacy ludzie, jak Józef Piłsudski, nie tylko potrafili wygłosić znaczące przemówienie z okazji sprowadzenia prochów Juliusza Słowackiego do kraju, lecz nadto znali jego twórczość (przypominam: mamy Rok Słowackiego). Panie i panowie od polityki oglądają raczej telewizję z programami, w których sami występują, czego im, oczywiście, nie można mieć za złe – trzymają rękę na pulsie. Tyle, że na własnym. Puls życia społecznego ich stosunkowo słabo interesuje, a w każdym razie coraz mniej. Tym bardziej puls polskiej kultury i nauki, który jeśli nie słabnie, to jedynie dzięki samozaparciu samych zainteresowanych, zdolnych, mimo trudności, podtrzymywać wciąż jeszcze etos swego powołania.