Czesław Bielecki raczej rzadko zabiera głos jako publicysta, ale niemal zawsze są to uwagi celne oraz godne poważnej refleksji. Do takich należy jego artykuł na łamach „Rzeczpospolitej” („Plus−Minus” nr 49) Sukces Polaków, porażka Polski. Główna teza: obywatele naszego kraju odnoszą znaczące sukcesy w niemal każdej dziedzinie, podczas gdy politycy nie potrafią sprostać stawianym przed nimi zadaniom: „Znamienne: Polacy mają lepszą markę niż Polska. Stać ich na wizję własnego życia i kariery, pracują ciężko na przyszłość swoją i swoich dzieci. Ale tej wizji przyszłości nie ma w polskiej polityce i nic nie pokazuje tego lepiej niż spojrzenie rządców naszej wolności na minione 20 lat. Homo sovieticus okazał się silniejszy w klasie politycznej niż w społeczeństwie, na które ona sarka”. I dalej: „(…) po 20 latach od odzyskania niepodległości musi niepokoić, że władza nie umie zbudować konsensusu w żadnej z żywotnych kwestii, które należą do jej bezwzględnych prerogatyw. Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się Polska w G20. Szkoda, że nie zauważył, że żaden z naszych uniwersytetów nie zmieścił się w pierwszej światowej dwusetce”.
Nie chodzi mi, rzecz jasna, o samego Kaczyńskiego (występuje tu jako pars pro toto), lecz o te nieszczęsne uniwersytety. Ich ranga w świecie – mimo wysokiej często rangi pracujących w nich uczonych płci obojga – jest dramatycznie niska. W większej mierze odpowiedzialność za to ponoszą władze niż sami naukowcy, a tym bardziej studenci. Nie sposób nie podkreślić, iż czynnikiem sprawczym o największej sile rażenia jest kondycja finansowa polskiej nauki, a ta z kolei jest funkcją niedookreślenia w początkach minionego dwudziestolecia priorytetów w działalności państwa. To właśnie ów brak wizji, o którym pisze Bielecki. I brak umiejętności wypracowywania wspólnego stanowiska w kwestiach dla państwa najistotniejszych, co widać choćby w tak ważnej dziedzinie, jak polityka zagraniczna, w której dość długo utrzymujący się konsensus najważniejszych sił politycznych ostatnio uległ załamaniu.
Znamienne, że we wszystkich niemal rozdaniach politycznych kultura, szkolnictwo oraz nauka obsadzane są na ogół – może przypadek ministra Zdrojewskiego jest tu wyjątkiem, gdyż dotąd kulturą zajmowali się na ogół słabsi koalicjanci – przez działaczy o stosunkowo małej sile przebicia. Te funkcje ministerialne są marginesem działań rządowych, choć właśnie przedstawiciele nauki i kultury odgrywają znaczącą rolę w propagowaniu kraju na arenie międzynarodowej i są w tej materii skuteczniejsi od wojskowych czy dyplomatów – tym bardziej, że działają przede wszystkim wśród elit, zaś praca ich nie jest naznaczona doraźnością. Potęgą militarną w przewidywalnej przyszłości z pewnością nie będziemy, w sferze nauki czy kultury natomiast jest to – relatywnie niskim nakładem kosztów – możliwe. Przy tym nie chodzi o wielkie pieniądze. Rzecz w tym, że jak na razie z kasy – czyli z naszych podatków – nikt nie potrafi wysupłać nawet podstawowego minimum, które by mogło nie tyle nawet pozwolić na dynamiczny rozwój, co choćby powstrzymać postępującą zapaść. I choć zdaję sobie sprawę, że podobne rozważania w dobie światowego kryzysu gospodarczego można traktować jako pustą grę słowną, to jednocześnie pamiętam o uwagach mądrych ludzi powiadających, że kryzys może oznaczać zarówno zapaść, jak przesilenie: to czas, w którym można przygotować programy istotnych reform.
Fakt, iż żaden polski uniwersytet nie znalazł się w pierwszej światowej dwusetce, powinien być sygnałem alarmowym. W dalszej perspektywie oznacza to, że Polska stanie się dla poważniejszych graczy w tej dziedzinie obszarem drenażu mózgów. W efekcie będziemy się chełpić tym, iż kolejny laureat Nagrody Nobla „ma polskie korzenie”. Ale jego patenty będziemy musieli kupować za ciężkie pieniądze za granicą. To, oczywiście, potwierdzi tezę Bieleckiego o tym, że Polacy odnoszą sukces, który nie ma „przełożenia” na sukces Polski. Pisze on: „Nad sukcesami Polaków i porażkami Polski unosi się pytanie: Dlaczego? Odpowiedź na nie jest przeraźliwie prosta, tak prosta, że poważni intelektualiści i poważni politycy wolą ją raczej ignorować niż konfrontować się z nią. Chodzi o codzienny i odświętny brak kojarzenia zjawisk, o postrzeganie faktów jako przypadkowych zlepów, choćby ich konfiguracje powtarzały się jak w elementarzu, w najprostszym ćwiczeniu na rozumienie tekstu”.
I tu wszystko się zgadza. Bielecki zdaje się zapominać o wynikach badań, które sytuują Polaków na dość odległym miejscu w Europie, jeśli chodzi o rozumienie tekstów gazetowych, a zapewne nie tylko gazetowych. Jesteśmy społeczeństwem, w którym grubo ponad 50 proc. obywateli nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki. Nie sądzę, by wśród polityków proporcje były zasadniczo odmienne. To nie te czasy, gdy tacy ludzie, jak Józef Piłsudski, nie tylko potrafili wygłosić znaczące przemówienie z okazji sprowadzenia prochów Juliusza Słowackiego do kraju, lecz nadto znali jego twórczość (przypominam: mamy Rok Słowackiego). Panie i panowie od polityki oglądają raczej telewizję z programami, w których sami występują, czego im, oczywiście, nie można mieć za złe – trzymają rękę na pulsie. Tyle, że na własnym. Puls życia społecznego ich stosunkowo słabo interesuje, a w każdym razie coraz mniej. Tym bardziej puls polskiej kultury i nauki, który jeśli nie słabnie, to jedynie dzięki samozaparciu samych zainteresowanych, zdolnych, mimo trudności, podtrzymywać wciąż jeszcze etos swego powołania.